Reklama

Płomień, wysoki, jasny

Płomień, wysoki, jasny

29.03.2021
Czyta się kilka minut
Wysiadł z samolotu w Houston, z czerwonym szalikiem na szyi, migreną oraz słownikiem niemiecko-angielskim pod pachą. Był bardzo uprzejmy, ale zmęczony i zdezorientowany, a ja zacząłem się zastanawiać, co też najlepszego narobiłem.
Adam Zagajewski w oknie swojego mieszkania, Kraków, styczeń 2010 r. BOGDAN KRĘŻEL DLA „TP”
I

In memoriam Adam Zagajewski

Był człowiekiem wielkiej prawości i charakteru. Był moim bliskim przyjacielem, a przyjaźń z nim zmieniła moje życie, dlatego tak trudno mi teraz, po jego nagłej śmierci, przezwyciężyć smutek i uporządkować myśli. Nie jestem gotowy, by Adama podsumować i pozwolić mu odejść, ale to dobrze, że mogę o nim napisać, ponieważ dla mnie i dla wielu innych ludzi był wzorcową obecnością. Wiem dobrze, że żal, który osobiście odczuwam, podziela bardzo wiele osób; ból po jego stracie rozchodzi się z krakowskiego szpitala promieniście po świecie. Adam był raczej skrytym człowiekiem, ale nasz lament jest jak rwąca rzeka, która występuje z brzegów. Nic jej nie zatrzyma; ten smutek jest jak powódź.

Przez ponad trzydzieści lat byliśmy bliskimi współpracownikami, więc trudno mi mówić o nim w czasie przeszłym, rana jest na to o wiele za świeża, ale myślę, że jest w tym jakiś sposób godzenia się z katastrofą. Adam był człowiekiem życzliwym, zawsze myślącym o innych, prawym, nieco introwertycznym, z natury cichym, skromnym, lubiącym samotność, miał skłonność do melancholii, choć posiadał także talent do przyjaźni, cienki dowcip, niesłychane poczucie humoru i szczególny dar radości. Lubiłem go rozśmieszać i obserwować, jak te jego gąsienicowe brwi wyginają się w górę. Miał jasne, przenikliwe oczy. Nienaganne maniery, wielką godność postawy; uważam, że należał do duchowej arystokracji, był czystym artystą, takim jak Tomasz Mann czy Rainer Maria Rilke, czy Zbigniew Herbert. Niewątpliwa była jego nieugięta wola – nic nie mogło go odwieść od pisarskiego życia – oraz żywe powołanie poetyckie. Adam patrzył wprost w płomień.

Gość w Teksasie

Jako intelektualista znał na wyrywki historię, co szczególnie imponowało Amerykanom – jesteśmy narodem wybitnie ahistorycznym. Nie ulega wątpliwości, że zawsze był zaangażowany w polską politykę, która stanowiła jego nieustanną troskę, ale jednocześnie wsłuchiwał się uważnie w rytmy swojego życia wewnętrznego. Uwielbiał długie samotne popołudniowe spacery w parku. Lubił podróżować, najbardziej w te miejsca, gdzie mógł wybrać się do muzeów, by kontemplować obrazy, które kochał, zwłaszcza malarstwo holenderskie Złotego Wieku; ale bardzo chętnie wracał też do swojego gabinetu w Krakowie.

Uwielbiał muzykę klasyczną – „Muzyka przypomina nam, czym jest miłość – pisał. – Gdyby ktoś zapomniał, niech słucha muzyki” – i wiele poranków spędził w zachwyceniu, wsłuchany w ballady Chopina, sonaty Schuberta czy symfonie Mahlera. Jego wiersze dowodzą, że dobrze znał filozofię, na przykład Schopenhauera i Nietzschego, przemawiających do jego precyzyjnej inteligencji i wrodzonego sceptycyzmu, ale muzyka oddziaływała na niego bardziej trzewiowo, głębiej. Stanowiła nieodłączną część jego edukacji emocjonalnej. Zawsze byłem przekonany o tym, że Adam ma potężne życie wewnętrzne.

Zakochałem się w wierszach Adama, zanim jeszcze poznałem i mogłem pokochać jego samego. Doskonale pamiętam wstrząs i uniesienie, narastające przejęcie, które czułem czytając jego wczesny wybór wierszy „Tremor”, pierwszą książkę wydaną po angielsku, w przekładzie Renaty Gorczyńskiej. Natychmiast postanowiłem, że muszę zrobić wszystko, by ściągnąć go na uniwersytet w Houston, gdzie sam od niedawna zacząłem pracować, jako wykładowcę w programie creative writing. Nie miałem pojęcia, czy w ogóle mówi po angielsku i czy ma doświadczenie jako nauczyciel akademicki – nie miało to dla mnie najmniejszego znaczenia, do tego stopnia zakochałem się w jego poezji – i ta moja namiętność zwyciężyła. Argumentowałem, że mamy oto jedyną i niepowtarzalną okazję, by zatrudnić spadkobiercę Czesława Miłosza i Josifa Brodskiego, europejskiego poetę najwyższej klasy.

W tym okresie Adam mieszkał w Courbevoie na przedmieściach Paryża i szukał pracy – Francuzi nie umieli docenić tego wyrafinowanego flâneura, przechadzającego się pomiędzy nimi. I tak w 1988 r. Adam wysiadł z samolotu w ­Houston, z czerwonym szalikiem na szyi, migreną oraz słownikiem niemiecko-angielskim pod pachą. Był bardzo uprzejmy, ale zdawał się zmęczony i zdezorientowany, a ja zacząłem się zastanawiać, co też najlepszego narobiłem.

Houston było absurdalnym miejscem dla Adama, ale już następnego dnia znaleźliśmy jakąś kawiarnię i zaczęliśmy rozmawiać o poezji – a rozmowa ta trwała przez trzydzieści lat. Nieodmiennie bawiła go amerykańska otwartość, która była dla niego męcząca, ale w końcu skruszyła starannie przez niego wznoszoną fasadę. Zaaklimatyzował się zaskakująco dobrze, częściowo dlatego, że odkrył bibliotekę uniwersytecką, Rice Library, gdzie zachwycił go wolny dostęp do półek, zresztą znakomicie zaopatrzonych w nowe w znacznej części książki. Trochę się martwiłem, że podkradnie nam Adama jakiś inny program creative writing (przez te lata nieraz podejmowano takie próby), dlatego nie chciałem mu zdradzić, że ciche biblioteki z wolnym dostępem do półek występują powszechnie także na innych amerykańskich uniwersytetach. Kiedy z wizytą do Houston przyjechała żona Adama, Maja, postanowił, że po pierwsze pokaże jej Rice Library.

Przez kolejnych piętnaście lat Adam spędzał jeden semestr w roku w Houston, pisał tu, uczył na naszych studiach, gdzie był uwielbiany, i jeździł po całych Stanach Zjednoczonych, by czytać wiersze. Przeżyliśmy razem niejedną przygodę – miał podstępny sposób wchodzenia ze mną w polemiki w trakcie dyskusji, podcinał moje argumenty ze znawstwem przybysza ze Starego Świata, zaczynając ripostę od frazy: „Mój dobry przyjaciel Eddie uważa...” – a nasze wyobraźnie iskrzyły w rozmowie. Jego dzieło wywarło na mnie osobiście ogromny wpływ, który od pewnego momentu był odczuwalny również szerzej na amerykańskiej scenie poetyckiej.

Nieskrzyżowane drogi

Zdaje mi się zresztą, że był to wpływ dwukierunkowy. Kiedy Czesław Miłosz przeprowadził się do Krakowa, brakowało mu kontaktów z amerykańskimi poetami, nieodłącznej części jego kalifornijskiego życia, więc Adam wpadł na pomysł, żeby pocieszyć Miłosza organizując poetyckie kolokwium ku jego czci. Razem stworzyliśmy Krakowskie Seminarium, które przez dziesięć lat było okazją do spotkań polskich, europejskich i amerykańskich luminarzy literatury – uczestnikami bywali Tomas Venclova, Seamus Heaney, Eavan Boland, W.S. Merwin – którzy dyskutowali o fundamentalnych kwestiach dotyczących poezji, polityki i historii. Miłosz przekonał nawet Wisławę Szymborską, żeby wystąpiła w trakcie jednego z wieczorów w kościele – w kościele polskiej poezji. Adam z pewnością należał do grona jego arcykapłanów.

Nie ma chyba lepszej charakterystyki Adama niż jego wiersz „Autoportret”, który chwyta zarówno jego życie codzienne, jak i to, co kochał ponadczasowo. Napisał go w latach 90., kiedy wciąż jeszcze mieszkał w Paryżu, przed powrotem do Krakowa. Przypomnienie tego wiersza sporo mnie kosztuje, bo Adam jest w nim sportretowany tak niesłychanie żywo – znał siebie samego bardzo dobrze! – że zaraz po jego śmierci nie mogę tego utworu czytać bez emocji. Czas teraźniejszy jest tak przejmujący:

Między komputerem, ołówkiem i maszyną do pisania
schodzi mi pół dnia. Kiedyś zrobi się z tego pół wieku.
Mieszkam w obcych miastach i niekiedy rozmawiam
z obcymi ludźmi o rzeczach, które są mi obce.
Dużo słucham muzyki: Bacha, Mahlera, Chopina, Szostakowicza.
W muzyce znajduję siłę, słabość i ból, trzy żywioły.
Czwarty nie ma imienia.
Czytam poetów, żywych i umarłych, uczę się od nich
wytrwałości, wiary i dumy. Próbuję zrozumieć
wielkich filozofów – najczęściej udaje mi się
uchwycić tylko strzępy ich drogocennych myśli.
Lubię chodzić na długie spacery paryskimi ulicami
i patrzeć na moich bliźnich, ożywionych zazdrością,
pożądaniem lub gniewem; obserwować srebrną monetę,
która przechodzi z dłoni do dłoni i powoli traci
swój okrągły kształt (zaciera się profil cesarza).
Tuż obok rosną drzewa, niewyrażające nic,
jeśli nie liczyć zielonej, obojętnej doskonałości.
Po polach kroczą czarne ptaki,
które wciąż na coś czekają, cierpliwe jak hiszpańskie wdowy.
Nie jestem już młody, ale wciąż są starsi ode mnie.
Lubię głęboki sen, kiedy mnie nie ma,
i szybką jazdę rowerem wiejską szosą, gdy topole i domy
rozpływają się jak cumulusy na pogodnym niebie.
Czasem przemawiają do mnie obrazy w muzeach
i nagle znika ironia.
Uwielbiam przyglądać się twarzy mojej żony.
Co tydzień, w niedzielę, telefonuję do ojca.
Co dwa tygodnie spotykam się z przyjaciółmi,
w ten sposób dochowujemy sobie wierności.
Mój kraj wyzwolił się od jednego zła. Chciałbym,
żeby za tym poszło jeszcze jedno wyzwolenie.
Czy mogę być w tym przydatny? Nie wiem.
Nie jestem wprawdzie dzieckiem morza,
jak napisał o sobie Antonio Machado,
ale dzieckiem powietrza, mięty i wiolonczeli,
i nie wszystkie drogi wysokiego świata
krzyżują się ze ścieżkami życia, które, na razie,
należy do mnie.

Oto niezwykła autocharakterystyka poety, który stawia nas wobec wielkich tajemnic. Wiersze Zagajewskiego wiodą ku czemuś, co jest głębokie i dziwne, i być może bezgraniczne w nas samych. Są blisko spokrewnione z modlitwą, z paradoksalnym wyczuciem prawdy, żarliwą potrzebą poszukiwania i silną tęsknotą za jasnością. Wystarczy przeczytać „Płomień”:

Boże, daj nam długą zimę
i cichą muzykę, i usta cierpliwe,
i trochę dumy – zanim
skończy się nasz wiek.
Daj nam zdziwienie
i płomień, wysoki, jasny.

Czytając teraz na nowo wiersze Adama dostrzegam, że śmierć zawsze rzuca na nie cień i jest w nich ostra świadomość ludzkiego okrucieństwa. Dają świadectwo powracającemu barbarzyństwu – tej kostnicy, historii, która stale nam uprzytamnia, co ludzie zdolni są robić sobie nawzajem. „To może być Bośnia, dzisiaj, / Polska we wrześniu 39, Francja – / osiem miesięcy później, Turyngia w 45, / Somalia lub Afganistan, Egipt” – powiada w wierszu „Uchodźcy”. „W parku Saint-Cloud (...) Myślałem o twoich słowach: / Świat jest okrutny, pożera się / nawzajem, jest okrutny, okrutny” – napisał w wierszu dedykowanym Józefowi Czapskiemu.

A jednak wiersze Zagajewskiego przepełniają również cudowne momenty duchowego blasku. „Przeszył mnie ostry harpun zachwytu” – stwierdza w wierszu „Okrutny”. „Wiem, że jestem sam i jednocześnie złączony / z tobą, trwale, szczęśliwie i boleśnie – notuje w „Obecności”. – Wiem, że tylko tajemnice są nieśmiertelne”. Dla Adama nawet pływanie było jak modlitwa: „dłonie łączą się i rozdzielają, / łączą i rozdzielają, / nieomal bez końca”. Zdumiewam się tym, jak jego wiersze przenoszą nas w obszary majestatyczne, bezgraniczne i nieznane.

Trzy miasta

Adam Zagajewski napisał wiele wierszy poświęconych podróży i przemieszczaniu się, ale naprawdę ważne są u niego trzy miasta: średniowieczny Lwów, gdzie się urodził („Zawsze było za dużo Lwowa – wyznaje – nikt nie umiał / zrozumieć wszystkich dzielnic”), brzydkie, przemysłowe Gliwice, gdzie dorastał („...rozmawiają ze sobą dwa miasta” – powiada. – „Dwa miasta, różne, lecz skazane na trudną miłość, jak mężczyźni i kobiety”), oraz Kraków, gdzie studiował i gdzie rozbudziła się w nim fascynacja poezją, muzyką i filozofią. Był poetą o rilkeańskiej wyobraźni, który wierzył, że poezja ma moc przenoszenia nas ku temu, co w nas samych najwznioślejsze.

A jednak w początku lat 70. ruszył zupełnie inną drogą, pisał bowiem wiersze spod znaku organizującego się ruchu opozycyjnego. Było w nim silne poczucie, że na pisarzu ciąży społeczna odpowiedzialność, oraz jasne przekonanie, że „zbiorowość (narodu, społeczeństwa, pokolenia) jest zasadniczym bohaterem i adresatem prac twórczych, artystycznych”. W jego wczesnych wierszach jest surowa, krzepka energia, ale te utwory nie przekroczyły swojego momentu historycznego. Jednakże od połowy lat 70. Zagajewski stopniowo przechodzi na drugą stronę swojej natury. Daje upust potrzebie estetyki i oddaje się (wieczystym) wartościom sztuki. Jak sam mówi: „Odkryłem, że istnieje też »metafizyczna« strona mojego »ja«, która jest raczej anarchiczna – niezainteresowana polityką czy historią, ale poezją i muzyką”.

Pielgrzym

Zagajewski nigdy nie zapomniał, jak ważne jest odnoszenie się do problemów społeczeństwa, potrzeba civitas, zarazem jednak nauczył się, jak fundamentalną wartość mają prywatność i moralność mówienia tylko we własnym imieniu. Wiersz „Ogień” jest punktem zwrotnym w przemianie, jaką przeszedł poeta-dysydent:

Jestem chyba zwykłym mieszczańskim
obrońcą praw jednostki, słowo wolność
rozumiem bez nadzwyczajnych klasowych
ograniczeń, naiwny politycznie, przeciętnie
wykształcony (krótkie chwile jasności
to jego główne pożywienie), pamiętam
płomienny apel tego ognia, który wysusza
spragnione wargi tłumu a potem pali
książki i zwęgla skórę miast, śpiewałem
także te piosenki, wiem jakie to wspaniałe
biec razem z innymi, później zostaję sam,
w ustach mam smak popiołu i słyszę
kłamstwa ironiczny głos, krzyczy chór
a ja dotykam głowy, tam pod palcami
wypukła czaszka ojczyzny mojej twardy brzeg.

Owe sprzeczne żądania wobec uwagi poety doprowadziły do powstania jeszcze głębszych metafizycznych podziałów. Zagajewski zawsze był poetą nieodpartych dualizmów („Świat jest rozdarty. Niech żyje dualizm! Trzeba go chwalić, skoro nie można się bez niego obejść” – głosił.) W jego dziele odbywa się potężny dialektyczny ruch między rzeczywistością i wyobraźnią, między historią i filozofią, między tym, co czasowe, a tym, co wieczne.

„W poezji spotykają się dwa sprzeczne pierwiastki, ekstaza i ironia – stwierdza Zagajewski w „Dwóch miastach”. – Pierwiastek ekstatyczny wiąże się z bezwarunkową akceptacją świata, nawet tego, co w nim okrutne i absurdalne. Ironia natomiast jest artystyczną reprezentacją myślenia, krytycyzmu, wątpienia”. Sam starał się wyważyć między tymi dwoma żywiołami, a jednak najsilniejszym impulsem była u niego potrzeba opiewania okaleczonego świata, tak, opiewania tajemnic świata, a nawet zaświatów.

W pewnym sensie był pielgrzymem, szukającym, celebransem dążącym do tego, co boskie, niezmienne, absolutne. W jego wierszach tak wiele jest promiennych momentów pełni. Są duchowymi znakami, hymnami do tego, co nieznane, dźwigniami przenoszącymi nas w sferę transcendencji. Niepojęta i nieznośna jest świadomość, że Adama nie ma, ja jednak czuję wdzięczność za naszą długą przyjaźń i wiem, że jego wiersze będą ze mną do końca życia. © Przełożyła MAGDA HEYDEL

EDWARD HIRSCH (ur. 1950) jest amerykańskim poetą i krytykiem, prezesem fundacji John Simon Guggenheim Memorial, publikuje w „The New York Times Book Review” oraz „The Washington Post Book World”. Jest autorem ­bestsellerowej książki „How to Read a Poem and Fall in Love with Poetry”, w której tłumaczy, jak czytać poezję i dlaczego jest ona kluczowa dla rozwoju kultury. W Polsce ukazał się tom jego wierszy „Dzika wdzięczność” w przekładzie Mai Wodeckiej.

Tytuł i śródtytuły pochodzą od redakcji.


CZYTAJ TAKŻE

363 DNI BEZ NOBLA. ROZMOWA Z ADAMEM ZAGAJEWSKIM: Wśród poetów istnieje poczucie wspólnoty i świadomość, że jesteśmy dysydentami nowoczesnego społeczeństwa. Nie bierzemy udziału w festiwalu konsumpcji >>>

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]