Reklama

Pensja dla tramwajarza

Pensja dla tramwajarza

w cyklu WOŚ SIĘ JEŻY
07.03.2019
Czyta się kilka minut
W Polsce panuje przekonanie, że pracownicy fizyczni nie powinni zbyt dużo zarabiać. To zatruty owoc transformacji.
Rafał Woś / Fot. Grażyna Makara
Rafał Woś / Fot. Grażyna Makara
C

Ci, co byli na sali obrad miejskiej komisji infrastruktury, relacjonują, że po ogłoszeniu wysokości zarobków warszawskich motorniczych wśród radnych przeszedł szmer. Samorządowcy chcieli wiedzieć, więc szef miejskiej spółki Tramwaje Warszawskie im odpowiedział. Motorniczy warszawskiego tramwaju zarabia 5,5 tys. zł brutto, a jeśli jeździ w weekendy, nocą i zapracuje na premię za brak opóźnień, to jego miesięczne wynagrodzenie może wzrosnąć jeszcze o tysiąc złotych. I prawdopodobnie czeka go podwyżka.

Szokuje to Państwa? Mnie nieszczególnie. To 4-4,5 tys. zł na rękę za pracę na pełen etat – często poza przedziałem od dziewiątej do siedemnastej. Do tego niełatwo coś sobie na boku dorobić. Pracuje się w trybie z jednej strony dość monotonnym (hamowanie, otwieranie drzwi, zamykanie drzwi, przyspieszenie, hamowanie, otwieranie…), z drugiej wymagającym jednak pełnej koncentracji (w końcu to ruch uliczny). Na dodatek nie jest to branża, w której można mówić o robieniu długofalowej kariery. Kto wie, czy już za lat 5 albo 7 jakiś Google, Apple albo inny Volkswagen nie zaleje świata niezawodnymi w ruchu miejskim tramwajami autonomicznymi, które kierowców nie potrzebują. Biorąc pod uwagę wszystkie te ograniczenia te 5,5 tys. brutto nie wydaje się jakoś szczególnie szokującym wynagrodzeniem.

A jednak wśród warszawskich radnych przeszedł szmer podziwu zmieszanego ze zdziwieniem. Zaś na Twitterze przewodniczący jednej z biznesowych organizacji lobbystycznych skomentował zgryźliwie „Brawo polska klasa polityczna! Motorniczy zarabia już tyle co wiceminister! I będą podwyżki, bo nie ma chętnych! Na motorniczego oczywiście”.

Wątpię, by była to obrona pensji wiceministrów. Chodziło więc najpewniej o to, że motorniczy powinien znać swoje miejsce w szeregu. A już na pewno nie zarabiać powyżej dochodowej dominanty dzisiejszego polskiego społeczeństwa. Zresztą, gdyby ów lobbysta przeforsował coś, co jego organizacja od lat szepce do ucha kolejnych rządów (jak szeptali Platformie, tak szepczą PiS-owi), toby motorniczy owych 5,5 tys. zł brutto na bank nie zarabiał. Bo wrota dla migracji zarobkowej do Polski byłyby otwarte dużo szerzej – i Tramwaje nie musiałyby motorniczych przyciągać lepszymi ofertami, tylko przebierałyby w chętnych jak w ulęgałkach już na poziomie płacy równej 4,5 tys.

Dziwiąc się zdziwieniu na pensje motorniczych próbuję jednak zrozumieć, jakie głębsze przyczyny mogą za tym zdziwieniem stać. Stawiam na wyniesione z minionych trzech dekad polskiego realnego kapitalizmu przekonanie, że pracownik najemny (a zwłaszcza fizyczny) nie powinien zbyt dużo zarabiać.


Polecamy: Woś się jeży - autorska rubryka Rafała Wosia co czwartek w serwisie internetowym "TP"


Faktycznie po roku 1989 trend był w Polsce taki, że rósł dystans pomiędzy zarobkami niskimi i wysokimi. Gdyby podzielić społeczeństwo pod względem dochodu na decyle (dziesięć równych części), to przed wojną górne 10 proc. zarabiało jakieś 210 proc. mediany. Czyli mówiąc po ludzku, przedstawiciel wyższej klasy średniej (wyższy urzędnik, wykładowca uniwersytecki, lekarz albo prawnik) miał dochody ponad dwa i pół razy większe od pensji znajdującej się dokładnie pośrodku dochodowego rozkładu całego społeczeństwa. Nadejście komuny te nierówności znacząco zmniejszyło. Dlatego w latach 70. czy 80. górny decyl miał tylko 150 proc. tego, co przeciętnie zarabiający. Po roku 1989 dochody najbogatszych szybko wróciły do przedwojennych poziomów i dziś znów sięgają ponad 200 proc. mediany.

Jeszcze mocniej widać to biorąc pod lupę dochody klasy wyższej (górne 5 proc.) dochodowego spektrum, które dziś sięgają 280 proc. mediany dochodów. Tutaj dominacja jest dużo wyraźniejsza niż przed wojną, gdzie w rekordowym roku 1933 górne pięć procent miało dochód wysokości 270 proc. mediany. 

Jeśli więc dla wielu Polaków obalenie komunizmu i transformacja wiążą się z powrotem rynkowej „normalności”, to faktycznie każde wieści o „zbyt wysokich” zarobkach klasy robotniczej muszą budzić niezdrowe podniecenie. Oznaczają bowiem niechybny dysonans poznawczy.

Czasem towarzyszą temu też nerwowe reakcje przedstawicieli grup zawodowych, z którymi polska transformacja nie obeszła się zbyt łaskawie. Tak było, gdy rok temu pewien nauczyciel z Oławy napisał list do minister edukacji. „Pytam Panią Minister: jak może Pani zaproponować od 1 kwietnia 2018 roku, płacę zasadniczą nauczyciela dyplomowanego, a zatem mistrza w zawodzie, z trzydziestoletnim stażem i tytułem magistra lub doktora, w wysokości 3317 zł brutto? W moim mieście, na drzwiach >>Biedronki<<, umieszczono ofertę pracy dla kasjera – sprzedawcy z wynagrodzeniem dla rozpoczynających pracę, 3250 zł miesięcznie. O 101 zł więcej niż dzisiaj otrzymuje profesor oświaty w szkole i o 956 zł miesięcznie więcej niż nauczyciel, z tytułem magistra, rozpoczynający pracę. W tej samej sieci magazynier otrzyma na starcie 3550 zł brutto, a zastępca kierownika sklepu 4100 zł brutto miesięcznie”.

Sympatyzując z uzasadnionym gniewem oławskiego nauczyciela pozwolę sobie jednak zauważyć, że takie stawianie sprawy to ślepa uliczka. Tak jak każda próba porównywania zarobków osiąganych przez ludzi w realnym kapitalizmie. Bądźmy szczerzy: to, że w warunkach gospodarki rynkowej ktoś zarabia 10 tys., a inny 5 tys., znaczy tylko tyle, że jeden zarabia dwa razy więcej od drugiego. Nic więcej. Nie znaczy to, że ten lepiej opłacany jest dwa razy lepszy, bardziej wydajny lub bardziej perspektywiczny.

Dochód pracownika najemnego w kapitalizmie to pochodna szeregu czynników, najczęściej niezależnych od samego pracownika. Istnieją badania, które pokazują, że ma znaczenie nawet moment cyklu koniunkturalnego, w którym wchodzimy na rynek. Ci, co szli do pierwszej pracy w czasie recesji, do końca życia zarabiać będą (oczywiście mówimy o wartościach uśrednionych, nie o jednostkowych przypadkach) mniej niż ich odpowiednicy z pokolenia, które trafiło na czas pomyślnych makroekonomicznych wiatrów. Inne (lepsze) będą zarobki pracownika, w którego branży działają związki zawodowe. A inne pracownika z takiej branży, gdzie można liczyć tylko na siebie, a każdy współpracownik to raczej konkurent niż sojusznik w walce z wyzyskiem pryncypała.

Pamiętam, że sam w latach 90. uważałem spawacza za najgorszy zawód świata. A to dlatego, że mój wuj spawacz stracił właśnie pracę w Hucie Katowice – i wszyscy powtarzali, że to sytuacja beznadziejna. Dziś słyszę, że spawacz może wyciągnąć nawet 10 tys. zł miesięcznie. Oczywiście wujowi już to nie pomoże.

Przyjmijmy więc, że rynek w kapitalizmie nie umie wyceniać pracy zgodnie z jej obiektywną wartością. Bo gdyby umiał, toby nie było takich różnic w zarobkach pomiędzy np. pracownikami konsultingu (bez których, mówiąc szczerze, świat się nie zawali), a np. ratownikami medycznymi.

Nade wszystko nie wiążmy jednak wyceny naszej pracy ze sposobem na ustalanie naszej osobistej wartości. Dużo bezpieczniej wyznaczyć sobie orientacyjny pułap dochodów godziwych, które zagwarantują nam dobrą ludzką egzystencję. Ten pułap można oczywiście regulować w zależności od potrzeb czy okoliczności. Ale zżymanie się, że ktoś zarabia więcej od nas, choć przecież jego praca nie wymaga kwalifikacji, na które my pracowaliśmy latami, nie ma większego sensu. A jeśli już czujemy nieodpartą potrzebę takiego gniewu, to przynajmniej skierujmy jego ostrze faktycznie ku tym kilku górnym procentom dochodowego spektrum. A nie przeciwko motorniczym czy kierownikom sklepu Biedronka.

Czytaj także: Rafał Woś: Dług, czyli bebechy gospodarki

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Rafał Woś / Fot. Grażyna Makara
Dziennikarz ekonomiczny, laureat m.in. Nagrody im. Dariusza Fikusa, Nagrody NBP im. Władysława Grabskiego i Grand Press Economy, wielokrotnie nominowany do innych nagród dziennikarskich, np...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Choć jako człowiek z kategorii konsultingu (bez którego ponoć świat się nie zawali), poczułem lekkie ukłucie w sercu, muszę przyznać, że generalnie zgadzam się z Autorem. Tak, pogląd, że polski pracownik nie powinien zarabiać za dużo (czytaj: zarabiać godnie), jest zmorą, i jako pogląd stosowany ponosi odpowiedzialność za stworzenie jednej z barier innowacyjnego rozwoju polskiej gospodarki. Ale czemu się dziwić (z całym szacunkiem dla tramwajarzy), gdy często słyszaną reakcją na postulaty płacowe polskich nauczycieli jest sarkastyczne pytanie: mało im wakacji?...

Pamiętam próby wartościowania stanowisk pracy - takie projekty pod światłym przewodnictwem domorosłych konsultantów, którzy zarządom spółek sprzedawali rozwiązanie okiełzania apetytów płacowych pracowników i jednocześnie tworzyli naukę na potrzeby, w największym stopniu, własne (w Polsce makabryczny wylew doktoratów na temat wartościowania pracy i na tematy pokrewne). Na wyjazdowych spotkaniach pracowały kilkudziesięcioosobowe grupy projektowe ( np. wartościowanie stanowisk w LOT-cie) Wyniki były takie, że powstawały jakieś widełki płacowe silnie skorelowane z latami pracy i wykształceniem a nie z efektami. Kiedy jednak ktoś bardzo dobry nie wpasowywał się w takie zaszeregowanie jakiego oczekiwał to albo szukał nowego miejsca pracy albo firma indywidualnie negocjowała warunki. Ostatecznie idąc za zachodnimi naukowcami wycofywano się z wyceny stanowiska pracy opartej o lata doświadczenia i poziom wykształcenia ( no i powstawały kolejne doktoraty podważające poprzednie doktoraty). Można powiedzieć, że popyt i podaż na umiejętności, a nie „wysługa lat „ i zaświadczenia o ukończonych kursach, szkoleniach, kształtowały wysokość wynagrodzeń. Wśród ludzi, którzy doświadczyli i/lub doświadczają takiego „rynkowego” podejścia do kształtowania poziomu wynagrodzenia, wyższe wynagrodzenia dla niektórych zawodów fizycznych nie wywołują zdziwienia , dlatego, że oni myślą w kategoriach przydatności zawodu do zaspokojenia potrzeb oraz dostępności tych kompetencji na rynku pracy. Inaczej sytuacja wygląda szczególnie w tzw sferze budżetowej, wśród tych, którzy nie musieli efektami swojej pracy prezentować swojej wartości. Słabi urzędnicy takich czy innych referatów wykonujący funkcje odtwórcze, nauczyciele co do których często nie bez przyczyny mówi się o negatywnej selekcji (tzn.jak nie potrafił odnaleźć się w zawodach przynoszących prestiż i/lub pieniądze to znalazł powołanie do bycia belfrem) itp. nadal będą pozycjonować się w kategoriach: wykształcenie i doświadczenie (liczone w latach – no bo nie w jakości wykształcenia czy w osiągnięciach – na to żaden związek zawodowy sfery budżetowej się nie zgodzi ani żaden polityk zabiegający o głosy wyborców). Dla tych ludzi bardzo dobry fachowiec fizyczny będzie kimś „gorszym”. Niestety harmonogram wyborów politycznych nie pozwoli przeprowadzić reformy, która zatroszczyłaby się o jakość naszych urzędników czy nauczycieli również tych uniwersyteckich.

Autor podaje skrajny przykład dobrze opłacanego stanowiska pracy dla osób bez kwalifikacji i w dużym mieście.Skoro przed 30 laty umówiliśmy się na gospodarkę rynkową,to zgodziliśmy się by rynek wyznaczał dochody.Jednak często to państwo wyznacza dochody preferując pewne 'branże'.Np; u nas premiowany jest wymiar sprawiedliwości[wydatek kilka razy większy licząc procent PKB niż w Finlandii],a odstaje opieka zdrowotna [udział kilka razy mniejszy licząc procent PKB niż w tej samej Finlandii].Przekłada się to na zarobki np. ratownik medyczny [niska pensja]kontra kurator sądowy[ wysoka pensja]
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]