Reklama

One się nie zbuntują

One się nie zbuntują

20.01.2021
Czyta się kilka minut
Lucetta Scaraffia, była redaktorka naczelna watykańskiego miesięcznika dla kobiet „Donne Chiesa Mondo”: Zakonnica, jeśli doświadcza przemocy ze strony księży, powinna iść do prokuratury. Kościół na pewno nic z tym nie zrobi.
Lucetta Scaraffia, Rzym, 2019 r. / Fot. Gregorio Borgia / AP Photo / East News
E

Edward Augustyn: Czy to prawda, że straciła Pani pracę w Watykanie, bo jest Pani feministką?

Lucetta Scaraffia: Nie pracowałam w Watykanie, więc trudno powiedzieć, bym straciła pracę. Przez siedem lat współpracowałam z redakcją „L’Osservatore Romano”. W zasadzie nieodpłatnie. I nasza współpraca skończyła się, rzeczywiście, dlatego, że za dużo mówiłam. Nasz miesięcznik powstał po to, by dać głos tym, których zazwyczaj w Kościele nie słychać – kobietom, zwłaszcza zakonnicom. One zwykle nie mają możliwości, by opowiedzieć o swoim życiu, powołaniu, o tym, co robią w świecie. Pewnie to się nie spodobało. Nowy dyrektor chciał ingerować w poruszane przez nas tematy i w skład redakcji. Nie zgodziłyśmy się i podałyśmy się do dymisji.

A co to właściwie znaczy, być katolicką feministką?

To znaczy być chrześcijaninem, bo w chrześcijaństwie nie ma niewolnika ani wolnego, ani mężczyzny, ani kobiety. Wszyscy są równi. To znaczy czytać Ewangelię, która jest księgą niezwykłą dla feminizmu. W społeczeństwie, w którym kobiety były uważane za gorsze pod każdym względem, Jezus uznał je za równoprawnych partnerów do rozmowy. Powierzył im swoje najważniejsze przesłanie – o zmartwychwstaniu. Mówił im wszystko, nie czyniąc żadnej różnicy pomiędzy kobietami i mężczyznami.

Ale – jak mówi Kościół – nie zaprosił ich na Ostatnią Wieczerzę, gdy ustanawiał sakrament eucharystii i kapłaństwa. Jest Pani za kapłaństwem kobiet?

Nie. Jestem przeciwna. Skoro największym niebezpieczeństwem dla współczesnego Kościoła jest klerykalizm, jak mówi papież Franciszek, to po co jeszcze klerykalizować kobiety? A przez kapłaństwo kobiety weszłyby do stanu duchownego. Tymczasem chodzi o to, by zmniejszać władzę duchownych, a zwiększać rolę świeckich. W tym kobiet. Powinny uczestniczyć w życiu Kościoła ze wszystkimi prawami i z całym szacunkiem, jaki przynależy osobom świeckim. Nie trzeba być kapłanem, żeby nauczać, nie trzeba święceń, by kierować komisją, dykasterią, radą. Nawet watykański sekretarz stanu nie musi być księdzem. Aż do początku XX wieku prawo kościelne pozwalało mianować na kardynała osobę świecką.

Jak są dziś traktowane kobiety w Watykanie?

W ogóle nie są traktowane. Są niewidoczne. Niezauważone. Bez znaczenia. Tak jakby ich w ogóle tam nie było. A te, które już są, muszą chodzić ze spuszczoną głową i ciągle udowadniać swoje posłuszeństwo. Zresztą wybiera się je właśnie dlatego, że są milczące i posłuszne.

Naprawdę nic się nie zmieniło w ostatnich latach? Kobiety zajmują coraz wyższe stanowiska w kongregacjach, jedna została nawet podsekretarzem w Sekretariacie Stanu.

Sytuacja zmieni się na lepsze wtedy, gdy w rządzeniu Kościołem będą brały udział przełożone zakonów żeńskich wybierane przez same zakonnice. Bo teraz kobiety, których liczba rzeczywiście nieznacznie wzrosła, są wybierane przez hierarchię. A hierarchia wybiera tylko takie, których posłuszeństwa jest pewna. 

Była Pani ekspertem na synodzie rodzinnym. Nie uważa Pani, że to ważna rola? 

Byłyśmy –  kilkanaście kobiet – listkami figowymi. Siedziałyśmy na tyłach auli, mogłyśmy sobie popatrzeć z daleka. Nawet gdy mówiłyśmy, nie miało to żadnego znaczenia. Debata toczyła się wyłącznie na płaszczyźnie teologicznej, która nie miała nic wspólnego z rzeczywistością. Kobiety mogły i chciały mówić o rzeczywistości, ale biskupów i kardynałów w ogóle to nie obchodziło. Absolutnie. Interesował ich tylko aspekt teologiczny problemu. I ewentualnie polityczny.

Może Pani krytycyzm wynika z tego, że została Pani źle potraktowana.

Gdy oddawałam łamy miesięcznika wykorzystywanym zakonnicom, dobrze wiedziałam, czym to się skończy i w jakie problemy się pakuję. Dlatego nie mam urazu ani nie kieruję się resentymentem.


Czytaj także: Odwrót z Watykanu - Zuzanna Radzik o zmianach w redakcji „Donne Chiesa Mondo”


 

Napisałyście, że zakonnice są traktowane jak służące. W Polsce przeciwko takiemu określeniu zaprotestowały niedawno same siostry. Powiedziały, że nie czują się służącymi, bo wstąpiły do zakonu z wolnej i nieprzymuszonej woli.

Istnieje też dobrowolne niewolnictwo. To prawda – one to niewolnictwo wybrały. I na pewno były przekonane, że wybierają służbę Bogu. Ale ich powołanie mogłoby prowadzić do sensowniejszych zadań, do zrobienia czegoś znacznie cenniejszego i ważniejszego dla społeczeństwa niż służba biskupom. Kobiety trzymają ten Kościół na nogach. Siostry zakonne stanowią 2/3 z wszystkich osób zakonnych na świecie. To one najwięcej pracują. Są wszędzie. Są świadkami życia chrześcijańskiego znacznie bardziej wiarygodnymi niż duchowieństwo. Mogłyby więc wykonywać ważniejsze funkcje, niż prowadzenie domu biskupowi.

Prowadzenie domu biskupowi czy praca na plebanii nie jest chyba niczym uwłaczającym? 

Oczywiście, o ile osoba ją wykonująca byłaby traktowana na równi z innymi. Czy siostry, które prowadzą dom biskupa, są traktowane tak, jak księża, którzy tam pracują? Czy siadają z nimi do wspólnego stołu? Są traktowane gorzej, pogardzane, a czasem nawet stają się ofiarami seksualnych nadużyć.

One się nie zbuntują, bo nie mogą. Nie mają innego świata niż zakon. Do kogo mają się zwrócić? Nikt ich nie wysłucha. Są zatem łatwą zdobyczą dla księży. Może nie tak łatwą jak dzieci. Dzieci są „bezpieczniejsze”, zwłaszcza chłopcy, bo nie zachodzą w ciążę. Z zakonnicami, zwłaszcza młodymi, bo takie najczęściej padają ofiarą gwałtów, jest przecież dodatkowy problem. Ciąża, a nawet zmuszanie do aborcji. Wiem, że tak się dzieje. To jest dopiero skandal. Z jednej strony Kościół prowadzi bitwę przeciwko aborcji, a z drugiej – księża sami namawiają kobiety, w tym siostry zakonne, do aborcji. Groby pobielane.

Ale chyba jednak mówimy o patologii, nie o normie?

Tak, oczywiście, że to nie jest normą. Ale przemoc seksualna jest znacznie bardziej rozpowszechniona, niż nam się wydaje. Występuje nie tylko w Afryce, ale też we wszystkich krajach azjatyckich, we Włoszech, w Niemczech, USA, Irlandii, Francji. Zapewne i w Polsce, bo dlaczego miałoby jej u was nie być? Może trudno w to uwierzyć, ale najwyższa pora sobie to uświadomić. 


Edward Augustyn: Wykorzystywanie seksualne zakonnic przez księży to wciąż temat tabu w Kościele. Choć wiele wskazuje na to, że skala problemu jest znaczna.


 

To zresztą sprawy znane od dawna. Pierwsze doniesienia były już w latach 90. ubiegłego wieku, gdy rozprzestrzeniała się epidemia AIDS w Afryce. Dwie przełożone generalne złożyły doniesienie, że dla księży zakonnice zamknięte w klasztorach są gwarancją „bezpiecznego seksu”, bo nie są zarażone wirusem HIV. Dochodziło do masowych gwałtów. Kolejne sprawy wychodzą na światło dzienne teraz, przy okazji skandali związanych z wykorzystywaniem nieletnich i po akcji #MeToo kobiet świeckich, które ośmieliły się potępić przemoc seksualną. Są zakonnice, które zaczynają o tym mówić. Tak jak ta indyjska zakonnica, która doniosła na biskupa. Po roku pojawiła się druga. Coś się ruszyło. We Francji przewodnicząca unii wszystkich zakonów, męskich i żeńskich, s. Véronique Margron, dominikanka, stworzyła komisję, która przyjmuje skargi od sióstr. I jest ich sporo.  

Klasztory żeńskie są uzależnione finansowo – czy to od zakonów męskich, czy od biskupa, czy nawet od proboszcza. Może i w tym leży przyczyna?

Tak. Są tego dwa powody: władza i pieniądze. Jest nadużycie władzy i jest uzależnienie ekonomiczne. W związku z tym księża wobec zakonnic czują się bezkarni. 

Co może zrobić zakonnica w Polsce czy we Włoszech, jeśli doświadcza przemocy – fizycznej, psychicznej czy seksualnej ze strony księży? 

Powinna iść do prokuratury. Kościół na pewno nic z tym nie zrobi.  

To niemożliwe.

Dlaczego?

Choćby dlatego, że wiąże ją ślub posłuszeństwa.

Ale posłuszeństwo nie polega na tym, by dać się gwałcić. Posłuszeństwo musi być zgodne z prawem.

Jak młoda dziewczyna, zakonnica, ma pójść do sądu? Dla niej jedyną dostępną drogą jest pójście do spowiednika, ewentualnie do przełożonej. 

Dlatego trzeba jej pomóc – tworzyć instytucje wspierające, choćby telefony zaufania, oferujące porady prawne i wsparcie psychologiczne. 

Bo przede wszystkim należy wysłuchać ich skarg, poważnie potraktować ich głosy. Jak na razie jedyna pomoc przychodzi ze strony mediów, które uniemożliwiają wyciszenie niektórych spraw. 

Jest jeszcze drugi argument: nie nagłaśniać tych spraw ze względu na dobro Kościoła.

Kościół jest o wiele bardziej niszczony przez to, co się dzieje, niż przez złożenie doniesienia. Rak zżera go od środka. Mówienie czy pisanie o tych sprawach, składanie zawiadomień o przestępstwie, pozwala walczyć z patologią. I to jest prawdziwa troska o dobro Kościoła. 

Co powinien zrobić papież?

Choćby nakazać, by wszystkie skargi, jakie trafiają do przełożonych, przekazywać do Watykanu. A tam powinny zostać otwarte postępowania. 

Tak jak w przypadku wykorzystywania nieletnich. Tu jednak mamy do czynienia z osobami dorosłymi.

Wiele osób uważa, że chodzi o sprawy pomiędzy dwojgiem dorosłych, że wszytko dzieje się za obopólną zgodą, więc nikogo nie powinno to obchodzić. Mówiąc krótko, wydaje im się, że chodzi o zakochanie, złamanie ślubu czystości. Ludzie naprawdę nie wiedzą, jak wygląda sytuacja zakonnic, na czym polega ich życie. Nie wiedzą, że one żyją w innym świecie. Nie rozumieją, że tu nie chodzi o złamanie ślubu czystości, tylko o przymus. Czyli o gwałt. Uważam, że z uwagi na szereg okoliczności – choćby składane śluby czy izolację od świata zewnętrznego – zakonnice należy włączyć do kategorii dorosłych osób bezbronnych, o których mówią nowe przepisy. Choć wiem, że tak się nie dzieje.

Lucetta Scaraffia jest historyczką, byłą redaktorką naczelną watykańskiego miesięcznika dla kobiet „Donne Chiesa Mondo”. W Polsce telefon zaufania dla osób „zranionych w Kościele” czynny jest pod numerem 800 280 900 w każdy wtorek od godz. 19 do 22.


ogłoszenie społeczne

Autor artykułu

Dziennikarz i fotoedytor „Tygodnika Powszechnego”. Absolwent teatrologii UJ, studiował też historię i kulturę Włoch w ramach stypendium przyznanego przez konsorcjum ICoN zrzeszające kilka...

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]