Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Oko i umysł malarza

Oko i umysł malarza

29.02.2008
Czyta się kilka minut
Namalowana przezeń postać Wolności wiodącej lud na barykady - "dziwaczna mieszanina Fryne, przekupki i bogini Wolności", jak pisał Heinrich Heine - stała się jednym z emblematów Republiki Francuskiej. Kilka innych dużych płócien Eugeniusza Delacroix, w tym oszałamiająca krwawym przepychem "orgia śmierci", jaką jest "Śmierć Sardanapala", wisi w reprezentacyjnych salach Muzeum Luwru. Ale - jak się zdaje - jego malarstwo nikogo specjalnie dziś nie porusza, a już na pewno nie budzi namiętności. A niegdyś budziło wielkie.
W

W Polsce gorącym admiratorem Delacroix był profesor Juliusz Starzyński, twórca Instytutu Sztuki PAN. To niegdyś z jego inicjatywy dwie nieocenione tłumaczki: Joanna Guze i Julia Hartwig dokonały olbrzymiej pracy, jaką był przekład całości obszernych "Dzienników" malarza, wydany po raz pierwszy przez Zakład Narodowy imienia Ossolińskich w 1968 roku. Obecnie wydawnictwo słowo / obraz terytoria "Dzienniki" wznowiło. Jest więc okazja do przypomnienia jednej z największych postaci malarskiego romantyzmu, nie tylko jego intymnych zapisków.

Fakt, że to właśnie "Barykada" zakorzeni się w powszechnej wyobraźni, wejdzie na trwałe do francuskiej ikonografii państwowej i zapewni mu miejsce w historii, zdziwiłby zapewne samego Delacroix. Obraz, mający upamiętniać paryskie walki uliczne rewolucji lipcowej 1830 roku, od początku był kłopotliwy. Chodziło nie tylko o jego artystyczną niespójność - połączenie drastycznego w swym realizmie reportażu z krwawych zamieszek "mętów i tałatajstwa" (to też Heine) z alegoryczną postacią Wolności z nagą piersią i trójkolorowym sztandarem. Po dojściu do władzy Ludwika Filipa obraz, uprzednio zakupiony do zbiorów państwowych, został z powrotem zdeponowany u autora pod warunkiem, że nie będzie wystawiany na widok publiczny. Rodzajem zadośćuczynienia dla artysty stał się - załatwiony przez znajomości i protekcje - udział w rządowej delegacji udającej się do właśnie podbitej Algierii i Maroka, która to afrykańska podróż miała okazać się wielce owocna dla dalszego malarstwa Delacroix. Co zaś do obrazu, to ponownie ukazał swą aktualność, gdy wybuchła rewolucja lutowa 1848 roku. Wystawiono go w Galerii Luksemburskiej, ale już planowany objazd po Francji, który miał zacząć się od robotniczego Lyonu, nie doszedł do skutku. Gdy opadł rewolucyjny zapał, wkrótce po zamachu stanu Ludwika Napoleona "Wolność wiodąca lud" została zamknięta w muzealnym magazynie. Nie tylko książki mają swoje losy. Także obrazy i rzeźby, o pomnikach nie wspominając.

"Przedwcześnie dojrzała siła"

"Nie ma wielkiego artysty bez arcydzieła: - ale ci wszyscy, którzy stworzyli za życia jedno arcydzieło, nie są jeszcze z tego powodu wielcy. Dzieła takie powstają zazwyczaj w młodości. Jakaś przedwcześnie dojrzała siła, płomień we krwi i płomień ducha dają niekiedy utwór pełen blasku; lecz należy potwierdzić zaufanie do talentu pracami wieku dojrzałego, wieku siły prawdziwej" - notował Delacroix w 1856 roku. Artysta dobiegał wtedy sześćdziesiątki, zażywał pełnego uznania, a jednak zdania te ujawniają istotny rys - jeśli nie rysę - jego twórczości.

Malarz debiutował na Salonie w 1822 roku iście "dantejskim" w swej grozie obrazem "Barka Dantego", który postawił go na czele młodego malarstwa romantycznego. Następne lata przyniosły kolejne olśniewające płótna: namalowane dla wsparcia walczącej o niepodległość Grecji "Rzeź na Chios" i "Grecję na ruinach Missolonghi", frenetyczną "Śmierć Sardanapala", no i wreszcie "Wolność wiodącą lud". A zatem w ciągu niespełna dziesięciu lat "przedwcześnie dojrzała siła, płomień we krwi i płomień ducha" zrodziły właściwie wszystkie dzieła, które zapewniły artyście miejsce w historii malarstwa. Co z potwierdzeniem talentu w wieku dojrzałym? W 1834 roku powstał jeszcze jeden urzekający obraz: "Kobiety algierskie", najpiękniejszy owoc afrykańskiej podróży. Przez następne trzy dekady Delacroix dużo wystawiał na Salonie, wiele malował na prywatne zamówienia i na handel, ciesząc się oficjalnym poparciem, wykonał kilka wysoce prestiżowych dekoracji ściennych: na plafonie jednej z sal Luwru, na plafonie biblioteki Pałacu Luksemburskiego, w Izbie Deputowanych, w paryskim ratuszu, w kościele Saint Sulpice... Wszystkim tym dziełom brak już jednak porywającej siły, jaką miały prace jego młodości.

Niestety, "Dziennik" tych najbardziej twórczych lat nie obejmuje. "Dziennik młodości" to dość ogólnikowe zapiski z lat 1822-1824, a zatem do czasu pracy nad "Rzezią na Chios". Delacroix powrócił do diariusza podczas podróży do Maroka w 1832 r., by zacząć systematyczne prowadzenie dziennika dopiero w roku 1847, a zatem zbliżając się do pięćdziesiątki. Pisał do śmierci w 1863 roku, pozostawiając dzieło olbrzymie. Można powiedzieć, że z biegiem lat, wraz ze słabnięciem twórczej mocy, "Dzienniki" stawały się coraz ważniejszym partnerem twórczości malarskiej.

Intymny dziennik - forma jakże typowa dla tamtej epoki - to nie jedyny element spuścizny pisarskiej Delacroix. Przemożna potrzeba wypowiadania się słowem pisanym stanowiła jedną z głównych cech osobowości artysty, który w młodości wahał się nad kierunkiem artystycznej drogi - literackiej czy malarskiej. Poza "Dziennikami" pełna teoretycznych refleksji korespondencja, artykuły i studia literackie, wyciągi z lektur, niezliczone notatki w brulionach i szkicownikach - składają się na jedyny w swoim rodzaju materiał pozwalający wniknąć w umysłowość i myśl twórczą artysty.

Pisma Delacroix, choć w przeważającej części o charakterze ściśle prywatnym, rzadko publikowane, jeszcze rzadziej programowe - nie są wszakże tylko osobistą, luźną refleksją. Obok głębokiej literackiej i muzycznej kultury uderzająca jest jego znajomość dawnej teorii sztuki, ślady inspiracji i lektur pism Horacego, Longinusa, Dolcego, Celliniego, Poussina, Boileau, de Pilesa, Addisona, Reynoldsa, Woltera, Diderota, pani de Staël, Byrona, Stendhala... Motywem tego wszechstronnego oczytania był młodzieńczy zamysł "Słownika Sztuk Pięknych", podjęty na nowo w wyniku lektury własnych zapisków w roku 1857, idea innego jeszcze, także niezrealizowanego dzieła, którego zalążki można odnaleźć w "Dziennikach", a nade wszystko sam charakter intelektu Delacroix: antydogmatyczny, liberalny, wymagający rozpatrywania zagadnień "niejako w dwóch osobach".

"Te wszystkie kolacje..."

Na kartach "Dziennika" przewijają się rozważania dotyczące wszystkich niemal wielkich problemów nowożytnej teorii sztuki: celu sztuki, naśladownictwa natury, procesu twórczego, wyobraźni, geniuszu, piękna, wzniosłości, jedności, reguł, koloru, linii. Sądy Delacroix rzadko jednak są kategoryczne, jednoznaczne czy zapalczywe. Jako człowiek wytworny i opanowany, chciał tę samą ścisłą regułę, jaką stosował wobec samego siebie, nadać swym wypowiedziom, dążąc do poddania romantycznego temperamentu klasycznym ideałom umiaru i powściągliwości. Stąd płynie jedna z przyjemności lektury "Dzienników" - to jakby rozpisana na dni i lata rozmowa z kimś niezwykłego umysłu i wrażliwości oka, od niechcenia rzucającego myśli, z których inni wysmażyliby doktrynalny traktat, on sam zaś rychło zaczyna mieć wątpliwości, niczego nie narzuca, zawsze refleksyjny i otwarty.

No, ale "Dzienniki" to nie tylko myśli o sztuce. To nieregularny, jednak zapis życia artysty. Na ile autentycznie "intymny"? - by powtórzyć pytanie zawsze stawiane diariuszom sławnych ludzi. Niespójność, przypadkowość, całkowity brak hierarchii i porządku zapisków przemawiają za ich prawdziwie osobistym, nieprzeznaczonym do publikacji charakterem. Bezpośrednio po zacytowanym z Beyle’a zdaniu: "Nie zaniedbuj niczego, co może uczynić cię wielkim", następuje: "Przyrządzić rzeżuchę tak jak szpinak". To materii pomieszanie utrzymuje się nieprzerwanie na kartach "Dziennika", również w ostatnich latach, gdy coraz większe partie tekstu są brulionem przygotowywanego "Słownika Sztuk Pięknych".

Mamy zatem dziennik artysty o zdecydowanie samotniczym usposobieniu, zarazem jednak głęboko zanurzonego w paryskim świecie artystycznym, bywalca salonów, muzeów, teatrów, opery. Delacroix, aczkolwiek bez cienia snobizmów, obraca się wśród paryskiej elity. Jako człowiek prawdziwie światowy, zachowuje pełen dystans wobec światowego życia. Ileż dziennych zapisków kończy się zdaniem: "kolacja u..."! U pani Villot, u baronowej de Forget, u hrabiny d’Haussonville, u księżnej Matyldy, u pani de Neuville, u Bertina... "Te wszystkie kolacje mnie zgubią" - konkluduje malarz, nieustannie skarżący się na dolegliwości gastryczne, ale to nic nie zmienia w jego towarzyskich powinnościach, związanych nie tylko z wysoką pozycją towarzyską, ale i urzędową (był akademikiem, członkiem Instytutu, co było - i chyba nadal jest - najwyższym laurem dla artysty francuskiego).

"Widziałem arcydzieło"

W tej sieci towarzyskich koneksji, powiązań i zobowiązań nas oczywiście najbardziej interesują związki z Polakami. Są liczne, a wśród nich oczywiście najważniejsza przyjaźń z Chopinem, poznanym za pośrednictwem George Sand. Przypomnijmy, że "Dziennik" rozpoczyna się w roku 1847, a zatem na dwa lata przed śmiercią kompozytora, nie obejmuje wspólnego "lata w Nohant", ale i tak Chopin wciąż przewija się w zapiskach, zawsze pełnych wyrazów zachwytu i uwielbienia. Jeszcze 7 kwietnia 1847 roku na przejażdżce powozem Chopin tłumaczy Delacroix zasady kontrapunktu, ale już 18 kwietnia malarz notuje: "wieczór u Chopina; był umęczony, bez tchu".

Otrzymana w ulubionej wiejskiej posiadłości w Champrosay wiadomość o śmierci przyjaciela wywołuje wybuch gniewnego żalu: "Cóż za strata! Niegodni łajdacy rozpierają się na swoich miejscach, podczas gdy ta piękna dusza oddala się od nas!". Zapewne wtedy powstał ołówkowy portret Chopina w unieśmiertelniającym kostiumie Dantego, podpisany "Cher Chopin". Jakby szukając najwłaściwszych słów, w początku 1852 roku Delacroix wprowadza do "Dziennika" obszerny wypis z artykułu Liszta o Chopinie. Pozostaje wierny w miłości do muzyki przyjaciela - przez następne lata będzie częstym gościem domowych koncertów uczennicy Chopina, księżnej Marceliny Czartoryskiej.

Drugi polski trop to znajomość Delacroix z Henrykiem Rodakowskim. Nie była to znajomość zażyła, ale tym bardziej cenimy słowa zapisane po wiosennej wizycie w paryskich pracowniach: "Jakie smutne cierpienia, jakie nieuleczalne przypadki obłędu! Z wyprawy tej miałem tylko jedną przyjemność, ale za to wielką, widziałem prawdziwe arcydzieło: Rodakowskiego »Portret matki«". Tego dnia

- 8 kwietnia 1853 roku - po raz pierwszy tą najwyższą pochwałą obdarzony został obraz polskiego malarza. Na następną taką okazję trzeba będzie długo czekać.

Jak Delacroix potrafił być bezlitosny w ocenie współczesnych mu malarzy, niech świadczy poczyniony zaledwie tydzień później zapis z wystawy, na której artysta po raz pierwszy zetknął się z malarstwem Courbeta. Był to osławiony, bezczelny obraz "Kąpiące się", który rzekomo smagnięty szpicrutą przez cesarza wzbudził kpiny cesarzowej i rychło został usunięty z pokazu ze względu na powszechne zgorszenie: "Zadziwił mnie rozmach i siła głównego obrazu; ale jakiż to obraz! Jaki temat! Pospolitość form nie ma znaczenia; ta pospolitość i jałowość myśli są odrażające; gdybyż ta myśl, taka jaka jest, była przynajmniej jasna! Czego chcą te dwie postaci? Gruba mieszczka widziana od tyłu i zupełnie naga, prócz strzępa niedbale namalowanej ścierki, okrywającej dół pośladków, wychodzi z płytkiej kałuży, w której nie można by nawet zamoczyć nóg. Jej gest nic nie wyraża (...) O Rossini! O Mozarcie! O natchnieni geniusze wszystkich sztuk, którzy odsłaniacie tylko to, co należy pokazać! Co powiedzielibyście patrząc na te obrazy? O Semiramido!".

Ale - co świetnie pokazuje zdolność Delacroix do wzniesienia się ponad własne uprzedzenia - już dwa lata później artysta zmienia zdanie pod wrażeniem indywidualnego pokazu Courbeta i wystawionego tam po raz pierwszy wielkiego płótna "Atelier, czyli alegoria rzeczywista": "Byłem tam sam prawie przez godzinę i odkryłem w jego odrzuconym obrazie arcydzieło; nie mogłem się odeń oderwać".

"Te obojętne istoty"

Sięgając po dzienniki "intymne", oczekujemy zwykle jakichś zwierzeń, niedyskrecji, chociażby plotek. Tu nic z tego. "Dzienniki" Delacroix to coś zupełnie innego od "Dzienników" Goncourtów, które bracia zaczęli systematycznie spisywać w 1851 roku, a zatem w zbliżonym czasie i miejscu. To nie pisane dla potomności "pamiętniki z życia literackiego", dające nieoceniony skądinąd wgląd w artystyczne życie Paryża. Delacroix daje nam przede wszystkim obraz samego siebie. Ale obraz szczególny, bo dany przez człowieka skrytego, bez śladu ekshibicjonizmu. Przy pozorze pełnej równowagi obraz pełen sprzeczności.

Wizerunek prowadzącego życie towarzyskie introwertyka bliskiego mizantropii, paryżanina nieznoszącego Paryża, niechętnego współczesnym wynalazkom entuzjasty dagerotypu. Autora rewolucyjnej ikony, jaką jest "Barykada", o zdecydowanie konserwatywnych i antysocjalistycznych poglądach. Człowieka niepewnego pochodzenia (utrzymywała się plotka, że jest nieślubnym synem napoleońskiego ministra Talleyranda), pełnego arystokratycznej pogardy dla parweniuszy. Wielbiciela muzyki i bywalca koncertów przedkładającego Mozarta nad całą współczesną twórczość (z wyjątkiem oczywiście Chopina). Wolterianina, ale nie ateisty, antyklerykała malującego w kościele. Mężczyzny otoczonego przez piękne i niezwykłe kobiety, jak słynna śpiewaczka Paulina Viardot, Delfina Potocka, George Sand czy Marcelina Czartoryska, prawdziwie przywiązanego tylko do "mojej dobrej Jenny", czyli Eugenii Le Gouillou, prowadzącej mu dom gospodyni, którą zresztą oskarżano o odsuwanie artysty od przyjaciół. W "Dziennikach" zachwyt dla kobiecej urody ("czarodziejka pani Potocka", "pani de Caen wyglądała podczas kolacji nad wyraz korzystnie; kiedy jestem przy niej, muszę bezustannie poskramiać serce, ale jedynie wtedy, gdy jest w wieczorowej toalecie z odsłoniętymi rękami i ramionami") przeplata się z niechęcią mizogina ("te obojętne istoty"). Twórca tak zmysłowych wyobrażeń, jak wygięte w miłosno-śmiertelnym spazmie ciało mordowanej nałożnicy w "Śmierci Sardanapala", prowokacyjna "Zuchwała kobieta" czy orientalne "obiekty seksualne", jakimi są "Kobiety algierskie", żył samotnie, zachowując starokawalerską wstrzemięźliwość. Delacroix to wreszcie walczący wciąż z niestrawnością wątrobiarz, który zauważa: "Wielcy ludzie piszący pamiętniki nie poświęcają dość uwagi działaniu dobrej kolacji na stan umysłu".

"Śliczny ton złamany"

"Dzienniki" to także miejsce notatek i rozważań malarza-

-praktyka. To najbardziej autentyczna, prawdziwie "intymna" ich część. Tu artysta pisze tylko dla siebie. Słowo zaledwie wspomaga oko malarza i jego pamięć. Dziennik afrykańskiej podróży to nie romantyczny journal de voyage, ale czysto robocze, surowe zapisy motywów i plam barwnych. W późniejszych latach pomiędzy diariuszowe zapisy wciskają się czysto warsztatowe noty: "refleks żółtej zieleni na młodym ciele jest konieczny: umbra naturalna, żółć neapolitańska, żółć cynkowa błyszcząca, zieleń szmaragdowa. Ten ton mieszany z przezroczystym tonem pomarańczowym z palety, żółtą laką, cynobrem i kadmium, daje śliczny ton złamany, taki sam jak w żółtej partii nieba w »Apollu«; doskonały w ciepłych podmalowaniach dla świateł" - i tak dalej, całymi stronicami.

Oko malarza to nie tylko słynne "palety Delacroix". To także zdolność widzenia. "Któregoś tu ranka, stojąc w słońcu na mojej galerii, zauważyłem, że światło rozkłada się jak w pryzmacie na włoskach mojej szarej kurtki. Lśniły wszystkimi kolorami tęczy niby kryształ czy diament". Także dla takich spostrzeżeń rzeczy niedostrzeganych warto czytać Delacroix.

I na koniec przesłanie malarza, ostatnia notatka, spisana ołówkiem na kilka tygodni przed śmiercią: "Pierwszą zaletą obrazu jest, że daje radość oczom. To nie znaczy, że myśl się nie liczy; ale z malarstwem jest jak z pięknymi wierszami: wszystka mądrość świata nie sprawi, aby były dobre, jeśli rażą ucho. Powiada się: mieć ucho; nie wszystkie oczy są stworzone do smakowania malarstwa. Wielu ludzi ma oko złe albo bezwładne; widzą przedmioty dosłownie, ale doskonałości - wcale".

Eugene Delacroix, Dzienniki. Część pierwsza 1822-1853, część druga 1854-1863, przełożyły Joanna Guze i Julia Hartwig, Gdańsk 2003-2007, słowo / obraz terytoria

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]