Reklama

Odważmy się na alternatywę

Odważmy się na alternatywę

w cyklu WOŚ SIĘ JEŻY
05.06.2019
Czyta się kilka minut
Dlaczego mówienie o alternatywnym modelu polskiej transformacji budzi tyle wściekłości? Cóż takiego strasznego się wydarzy, jeśli dopuścimy myśl, że można było inaczej? Czy naprawdę uczyni nas to uboższymi? A może będzie dokładnie odwrotnie?
Rafał Woś / Fot. Grażyna Makara
Rafał Woś / Fot. Grażyna Makara
W

W opowiadaniu „Czarny Piotr” Arthura Conan Doyle’a jest fragment, który mnie znokautował. Zwłaszcza że trafiłem nań zupełnym przypadkiem w przeddzień tegorocznej rocznicy 4 czerwca 1989 r. Sherlock Holmes mówi tu wprost, jak bardzo go irytuje myślenie w kategoriach „Nie da się inaczej. I kropka”. Fragment, o którym mówię, brzmi tak:

„I jak, Watsonie, co o tym sądzisz? – spytał Holmes następnego ranka, gdy ruszyliśmy w drogę powrotną do domu.

– Widzę, że nie jesteś zadowolony.

– Ależ nie, mój drogi, jestem jak najbardziej zadowolony, nie podobają mi się jednak metody pracy Stanleya Hopkinsa. Zawiodłem się na nim. Spodziewałem się po nim więcej. Należy zawsze szukać innej możliwej alternatywy i ją obalać. A nie poprzestawać na odpowiedzi, która wydaje nam się jedyna i słuszna. To pierwsza zasada prowadzenia śledztwa w sprawach karnych”.

Mam w zasadzie tak samo jak słynny detektyw z Baker Street. Tak jak on rozczarował się idącymi na łatwiznę metodami pracy detektywa Scotland Yardu, tak ja zawiodłem się na ojcach (i matkach) polskiej transformacji właśnie z powodu tej ich podniesionej do roli cnoty bezalternatywności. Nigdy nie miałem im za złe, że usiedli z PZPR-em przy Okrągłym Stole. Nie chowam pretensji do Tadeusza Mazowieckiego, że sięgnął po Leszka Balcerowicza, który zamiast społecznej gospodarki rynkowej na wzór RFN, wolał prowadzić terapię szokową pomysłu Jeffreya Sachsa. Mój problem jest zupełnie inny. Polega na tym, że solidarnościowe elity polityczne każdą próbę krytyki czy korekty przyjętego wtedy kursu karały przyczepianiem etykietek: „oszołoma”, „człowieka o sowieckiej mentalności” czy przyklejeniem łatki „przeciwnika demokracji”. W ten sposób autorzy polskiej transformacji dusili w Polakach demokratycznego ducha. I to dokładnie w momencie, gdy – rzekomo – odzyskiwaliśmy wolność.

To etykietkowanie silne jest do dziś. Czuję je na własnej skórze, bo o politycznej i ekonomicznej alternatywie wobec terapii szokowej piszę od paru lat. Zazwyczaj jest bowiem tak: mówisz „była alternatywa” i w odpowiedzi słyszysz, że (cytaty autentyczne):

a. Nie wiesz, co mówisz (prawdopodobnie dlatego,  jesteś „szczylem” i to w dodatku „niezbyt oczytanym”); 

b. Jesteś „piewcą gułagu” lub innych rozwiązań innych totalitarnych w stylu Korei Północnej. Ewentualnie chciałbyś, żeby Polska była Wenezuelą lub Białorusią/Ukrainą;

c. Jesteś tanim mądralą („złotoustym za dychę”), który z dzisiejszej perspektywy ocenia ówczesne wydarzenia w kompletnym oderwaniu od realiów tamtych dni. 

Ja jednak wciąż wierzę, że można inaczej. I to nie tylko wtedy. Również dziś można inaczej dyskutować o tym, co można było zrobić inaczej. Aby to udowodnić, zasygnalizuję w tym miejscu (krótko) kilka propozycji, które były autentyczną alternatywą wobec przyjętego po 4 czerwca 1989 r. kursu polskich przemian. Aby uniknąć zarzutów o formułowane po niewczasie besserwisserstwo, zaznaczam, że wszystkie one istniały już w roku 1989 lub skrystalizowały się chwilę później. Każda propozycja była też głoszona publicznie przez postacie o sporym autorytecie publicznym.

 

Alternatywa 1. Model skandynawski

Kto proponował? Tadeusz Kowalik. Ekonomista i ważny doradca pierwszej Solidarności. To on zaprosił do strajkującej Stoczni Gdańskiej Tadeusza Mazowieckiego.

Co proponował? Na początku roku 1989 grupa polskich ekonomistów doradzających rządowi (jeszcze wtedy gabinetowi Mieczysława F. Rakowskiego) pojechała do Sztokholmu na wizytę studyjną. W skład delegacji wchodzili ekonomiści starsi – choćby Jan Mujżel czy Krzysztof Porwit – ale byli też młodsi: Marcin Święcicki oraz Michał Rutkowski. Mujżel i Święcicki będą zresztą wkrótce po powrocie uczestniczyć w obradach Okrągłego Stołu, jeden po stronie Solidarności, a drugi PZPR-u. Święcicki zostanie także ministrem w rządzie Tadeusza Mazowieckiego. Ze swojej wyprawy ekonomiści napisali raport. Głosili w nim, że gospodarka szwedzka to wymarzony model do naśladowania dla wychodzącej z socjalizmu Polski. Kowalik naprzykrzał się władzy tym modelem przez cały przełom 1989 i 1990. Powiadał: W Szwecji jest przecież kapitalizm. A tamtejsze firmy funkcjonują w warunkach ostrych rygorów efektywnościowych narzuconych przez rynek międzynarodowy. Z tego powodu nie ma w niej miejsca na paternalizm w stosunku do przedsiębiorstw czy branż trwale nieefektywnych. Jednak nawet olbrzymie programy restrukturyzacyjne, np. likwidacja całego praktycznie przemysłu stoczniowego, przebiegają tam w warunkach spokoju społecznego. I to pomimo (a może właśnie dzięki) stale utrzymującej się znacznej siły związków zawodowych. 

Jaki efekt? Model szwedzki przy konstruowaniu terapii szokowej kompletnie zignorowano. Kowalikowi dorobiono gębę „szalonego dziadunia”, nierozumiejącego wyzwań współczesnej gospodarki. Stanowiącą o sednie modelu szwedzkiego koordynację zinstytucjonalizowanego dialogu pracodawców z pracownikami podjęto dopiero kilka lat później, w czasie rządu Hanny Suchockiej. A sfinalizowano po odsunięciu Solidarności od władzy po wyborach 1993 r., powołując tzw. komisję trójstronną. Ale też nie była to osobna ustawa, tylko uchwała Rady Ministrów, co wskazuje, że nawet wtedy nie traktowano dialogu priorytetowo. W praktyce tych kilku straconych lat nie udało się tak łatwo nadrobić, a polska praca została na długo osłabiona. Skutki widać do dziś.

 

Alternatywa 2. Model popytowy 

Kto proponował? Ekonomista Kazimierz Łaski, uznany na świecie badacz z Wiedeńskiego Instytutu Porównań Gospodarczych, uczeń najsłynniejszego polskiego ekonomisty XX wieku Michała Kaleckiego.

Co proponował? W 1989 r. Łaski napisał dla nowego polskiego rządu zestaw rad. Przestrzegał przez realnymi konsekwencjami planu Balcerowicza dla rodzimej gospodarki. Pisał, że połączenie uwolnienia cen nośników energii, wysokiej dewaluacji złotego i zaporowych stóp procentowych spowoduje drastyczny spadek płac realnych. To z kolei przełoży się na znaczący spadek popytu krajowego i recesję. Co nie będzie sprzyjało modernizacji zacofanej gospodarki ani walce z inflacją. Propozycje złagodzenia terapii szokowej Łaski suflował za pośrednictwem innego ucznia Kaleckiego, prof. Jerzego Osiatyńskiego, wówczas aktywnego politycznie członka rządów Mazowieckiego, a potem Suchockiej. 

Jaki efekt? Ekspertyza została odrzucona przez resort finansów, a doradzający wtedy Leszkowi Balcerowiczowi młody ekonomista z Londynu Jacek Rostowski napisał odpowiedź, w której zarzucił Łaskiemu rażące błędy metodologiczne. Faktycznie jednak chodziło o to, że rząd Mazowieckiego odrzucał wówczas wszelką krytykę zamysłów Balcerowicza, widząc w niej drogę do rozwodnienia całego planu, nawet kosztem pogłębiającej się recesji. Sfrustrowany Łaski zrezygnował z doradzania rządowi i krytykował filozofię przeprowadzenia polskiej transformacji (zwłaszcza jej szokowy charakter) już z pewnego oddalenia.


Czytaj także: Rzeczpospolita niesolidarna - rozmowa Rafała Wosia z Karolem Modzelewskim w  "Smaku wolności", wydaniu specjalnym "Tygodnika Powszechnego"


Dlaczego Łaski i Osiatyński (a wraz z nimi również Kalecki) ponieśli porażkę? Po pierwsze, kaleckizm głosi, że najzdrowsze jest patrzenie na gospodarkę od strony popytu. A to oznacza, że bogactwo narodów buduje się od dołu. Jeżeli pracownik osiąga zbyt niskie dochody, to nie może kupować towarów i usług, w związku z czym przedsiębiorca musi redukować zatrudnienie. A gospodarka wpada w błędne koło samonapędzającej się recesji. Która rodzi na dodatek fatalne skutki społeczne. Takie podejście nie było jednak modne w Polsce po 1989 r. Uważano bowiem, że bogactwo idzie z góry (ekonomiści nazywają to podejściem podażowym) i dlatego jej wyznawcy muszą się koncentrować na tworzeniu ułatwień dla posiadaczy kapitału (czyli przedsiębiorców i pracodawców), uważając, że bogactwo będzie w naturalny sposób skapywało w dół. I dotrze do pracowników.

Drugi powód nieobecności kaleckistów przy budowaniu podstaw ładu gospodarczego III RP to ich jednoznacznie pozytywny stosunek do angażowania się państwa w gospodarkę. Według szkoły Kaleckiego etatystyczna interwencja to najlepszy sposób, by zapobiec cyklicznemu wpadaniu gospodarki w recesję. Głównie z powodu naturalnej skłonności sektora prywatnego do oszczędności, która jest drogą do stagnacji i kumulowania nierówności społecznych. Dlatego państwo nie może uchylać się od roli promotora inwestycji. Bo zostawienie tego zadania sektorowi prywatnemu czy kapitałowi zagranicznemu byłoby nieodpowiedzialnością wobec obywateli. 

 

Alternatywa 3. Dochód podstawowy na start transformacji

Kto proponował? Lech Wałęsa w kampanii prezydenckiej 1990 r.

Co proponował? Postulat „100 mln złotych dla każdego”. Czyli mówiąc językiem ekonomicznym – jednorazowy rodzaj spadku powszechnego w wysokości mniej więcej ośmioletniej średniej pensji w gospodarce narodowej. 

Jeśli się nad tym chwilę zastanowić, to pomysł nie wydaje się ani trochę absurdalny. Przeciwnie. To nawiązanie do sposobu myślenia, o jakim pisał już w latach 30. słynny polski ekonomista Oskar Lange. „Należy ustanowić udział każdej jednostki w dochodzie płynącym z kapitału i bogactw naturalnych, które są własnością społeczeństwa” – dowodził Lange, wtedy gwiazda Uniwersytetu Chicagowskiego. Oddając dobrze to, czym jest dochód podstawowy. Oczywiście, że jego wrogowie zawsze będą go wyszydzać jako „pieniądze wypłacane za nic”. Można jednak równie dobrze mówić, że to rodzaj „spadku powszechnego” – wynagrodzenia za krzywdę, jaką było ustanowienie własności prywatnej. Gdy silni ogniem i mieczem (a potem prawem kaduka) uwłaszczyli się na wspólnej własności, mówiąc, że teraz ta ziemia jest ich. Niech sobie kapitalizm dalej istnieje, ale aby wynagrodzić tamtą przemoc, stwórzmy coś w rodzaju publicznego funduszu, który będzie wypłacał każdemu człowiekowi ekwiwalent utraconego spadku.


Czytaj także: Rafał Woś: Homo sovieticus po latach


Załóżmy przez chwilę, że ta suma zostałaby wypłacona w formie stałych comiesięcznych (i oczywiście indeksowanych o inflację) transz. Uzasadnienie mogłoby brzmieć: Polacy zostali poddani wielkiemu i nieprzemyślanemu eksperymentowi terapii szokowej i zwyczajnie należał się im jakiś rodzaj zadośćuczynienia za utratę bezpieczeństwa ekonomicznego, którą polski skok w rynek wszak przyniósł. Co wiązało się z kolei z kapitulacją państwa w wielu dziedzinach usług publicznych, które w Polsce Ludowej obiecywało gwarantować. Skoro coś się obywatelom zabiera, to w zdrowym społeczeństwie demokratycznym godzi się przecież dać coś w zamian. Czy historia polskich przemian nie wyglądałaby zupełnie inaczej, gdyby ów pomysł zrealizowano? Ma to sens tym bardziej, że Wałęsa wskazywał nawet na źródła finansowania projektu. Miały to być zyski z nadchodzącej prywatyzacji. Kolejne lata pokazały, że polska prywatyzacja została przeprowadzona inaczej. A zyski, które przyniosła, trafiły do kieszeni nielicznych. 

Jaki efekt? Wałęsa został wyśmiany przy pomocy doskonale znanej mieszanki argumentów. Zarzucano mu analfabetyzm ekonomiczny, populizm i dyktatorskie ciągoty. Co gorsza, sam Wałęsa po wyborczym sukcesie o 100 mln zapomniał. Przypominał o tym jedynie Kazik Staszewski w dwóch wersjach popularnego hitu: „Wałęsa, dawaj moje 100 mln”, a po przejściu fali inflacji: „dawaj moje 300 mln”.

Wnioski

To zaledwie trzy niezależne od siebie propozycje innej filozofii polskich przemian. Każda z nich istniała już wówczas. Żadna się nie przebiła. Ale nie dlatego, że była zła. Tylko dlatego, że ówczesne elity nie były zainteresowane. Jeśli ze wspominania roku 1989 ma wyjść coś sensownego, to chyba tylko to, że alternatywy nie wolno wyciszać. Odważmy się o niej myśleć. To nam wszystkim pomoże. Tak dziś, jak i w przyszłości. Oddajmy na koniec jeszcze raz głos Sherlockowi:

„– Jaka jest więc alternatywa? – zapytałem.

– Drogi Watsonie. To wątek dochodzenia, które sam prowadzę. Być może prowadzi donikąd, jeszcze tego nie wiem, ale zamierzam doprowadzić go do końca”.

 

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Rafał Woś / Fot. Grażyna Makara
Dziennikarz ekonomiczny, laureat m.in. Nagrody im. Dariusza Fikusa, Nagrody NBP im. Władysława Grabskiego i Grand Press Economy, wielokrotnie nominowany do innych nagród dziennikarskich, np...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

to myślenie sensu stricto. Artykuł na piątkę(a nawet szóstkę...)

że do szczęścia nam jedynie red. Wosia brakowało na stanowisku premiera w 1989 - oczywiście za młody był, ale dziś na pewno zrobi karierę ze swoimi ex post proroctwami - no nie, nie zrobi, powtarzanie haseł typu 'model szwedzki czy 'zinstytucjonalizowany dialog' to zajęcie w sam raz dla kandydata na magistra, chleba się z tego nie upiecze, a już na pewno nie 30 lat temu

Nie ma nic złego w historii alternatywnej, a powiedzaiłbym nawet, że jest w niej wiele dobrego. Budowanie alternatywnych modeli jest niewatpliwie ważną metodą w rozwiązaniu współczesnych problemów i lanowaniu przyszłości. Nie wymaga to chyba żadnej odwagi. Myśle jednak, że aby arykuł był pełny, należałoby owe propozycje alternatywne zestawić z realiami polskimi z 1989 r. Bo jeśli mówimy o modelu szwedzkim, który funkcjonował w realiach wolnorynkowych od w zasadzie czasu powojennego to trudno ten model przenieść bezpośrednio na system, który w tym czasie działał w realiach gospodarki centralnie sterowanej. Chętnie chciałbym usłyszeć argumenty z 1989 r. przeciwników tych modeli alternatywnych: jakie konkretne błedy merytoryczne zarzucał wówczas Jacek Rostowski Łaskiemu? Może miał rację? I umówmy się też co do jednego, że owe «100 mln Walęsy dla każdego obywatela» było watpliwą «autentyczną alternatywą» dla propozycji Balcerowicza, biorąc pod uwagę zarówno kontekst polityczny, społeczny i ekonomiczny tego okresu (trzeba pamietać, że gospodarka nie diała w próżni). Zgoda jednak co do jednego, Polska mogła pójść inną drogą po 1989 w dalszej perspektywie, można było plan Balcerowicza poprawiać, np. stopniowo wprowadzać model skandynawski (np. silniejsza pozycja związków zawodowych) czy model popytowy. Pytanie jednak, czy w 1989 było to możliwe. Może warto byłoby zrobić takie modele – dajemy obywatelom 100 mln. w 1989 i jak to może oddziaływać na sferę budżtową państwa, inwetycje państwowe, popyt itd, itp. Dyskutujmy o alternatywnych modelach, ale w szerszej, albo inaczej, głębszej perspektywie.

Słuszna, a nawet konieczna uwaga - jeżeli autor nie opisuje stanu początkowego gospodarki w 89 r to nie znamy warunków brzegowych dla każdego rozpatrywanego modelu. Nie będę utrudniał analizy widmem 100 mln, bo jak widzę, nawet trudno mówić o inflacji w tamtym okresie.

Nie jestem ekonomistką, a i obowiązkowe zajecia i zaliczenia na studiach z ekonomii nie szły mi najlepiej. Niemniej jestem wciąż pełna dobrej woli i gotowości, aby zrozumieć, dlaczego rozdawnictwo grosza publicznego ludziom, którzy te pieniądze przepija i przejedzą, ma napędzać gospodarke. Poza krótkotrwałymi korzyściami ze zbytu towarów (nawet największe pieniądze, które nie są odnawiane, się kończą) takie postępowanie wytwarza fatalny odruch społeczny: daj, daj, daj, a jak nie dasz, to nie zagłosuje na ciebie. Gorzej, ze taki trend prezentuje nie tylko red. Woś. Wczoraj posłuchałam sobie wystąpienia prof. Modzelewskiego w "Polska w kawałkach" w Superstacji i szczęka mi opadła jeszcze nizej niż redaktorowi prowadzącemu. W telewizorze było całkiem wesoło. Profesor stwierdził, ze Polska nie powinna być krajem biednym, a nie jest ostatnio dzięki rozdawnictwu powszechnemu. Jeszcze tylko należy pozbyć się roszczeń niemieckich(sic!) i żydowskich i obniżyć podatki. Tzn. zlikwidować opodatkowanie tej części przychodu, która jest przeznaczana na inwestycje, a nie na konsumpcję. Czyli - to już mój wniosek - opodatkować państwowe apanaże przeznaczane np. dla emerytów i patologii społecznej z 10-ciorgiem dzieci, którzy przecież w nic nie zainwestują takich śmiesznych pieniędzy, a zwolnić inwestorów, czyli ludzi bogatych, którzy swoje pieniądze zarobili, a nie dostali. Nie wiem, czy to dobra analogia, ale mój ojciec zwykł tak charakteryzować politykę społeczno-gospodarczą PRL-u: łobuzy jedną ręka dają, a dziesięciorgiem zabieraja

Nie śledzę komentów Szanownej Przedmówczyni, ale czy w podobnym tonie pisała pani o postulatach strajkujących nauczycieli ("dajcie bezwarunkowo po 1000 zł na głowę, bo rozwalimy to państwo!") i niepełnosprawnych? Czym różni się to, co mówi pani Hartwich, od wyśmiewanego w memach "dej, mam horom curke", poza tym, że ma syna i prawdopodobnie lepiej radzi sobie z ortografią? Natomiast postulat zwalniania ludzi bogatych z podatków byłby całkiem fajny, gdyby nie to, że w dzisiejszych warunkach inwestowanie nie musi wiązać się np. z rozwojem infrastruktury (to to bogactwo, które w oczywisty sposób poprawia jakość życia wszystkich) czy wytwarzaniem dóbr, a jeśli nawet, to te dobra nie muszą być i przeważnie nie są wytwarzane lokalnie, generując miejsca pracy itd. Odniosę się wreszcie do "kupowania głosów". A czemuż to głosy miałyby być wyłączone z reguł działania wolnego rynku? Kto chce rządzić, a nie ma jaj, żeby dojść do władzy siłą, niech się zastanowi, jak za nią zapłacić, a nie skamle, że niedobry lud nie chce mu jej podać na tacy.

Co do moich poglądów na rozdawnictwo: nie zauważył Pan, ze nauczyciele nie żądali od władzy prezentów, tylko godziwego wynagrodzenia za pracę. Strajki ekonomiczne działy się od początku gospodarki wielkoprzemyslowej, czyli od połowy XIX w., wstyd, ze w XXI-wiecznej Polsce wciąż takie strajki są, a jest to skutek kompletnego wyjałowienia kompetencyjnego władzy. I nie mam tu bynajmniej na myśli jedynie władzy PiS-owskiej, bo problem jest bardzo stary, podobnie jak z finansowaniem służby zdrowia. To ostatnie koresponduje z innym tematem - finansowaniem opieki nad osobami niepełnosprawnymi. Skoro politycy sprzeciwiający się aborcji ze względu na trwałe uszkodzenie plodu nie chcą być konsekwentni i otoczyć dostateczną opieką finansową osób urodzonych z trwałymi anomaliami, sa głęboko cyniczni i nieodpowiedzialni. Kupowanie głosów jest oczywiście oczywista oczywistoscia, apeluje jednak ponownie o refleksje nad skutkami społecznymi tego zjawiska. Tworzy, a właściwie pogłębia demoralizacje i tak już skundlonego społeczeństwa. Ta władza bez czci, wiary i odpowiedzialności za polska rację uważa, ze po niej choćby potop, bo przecież po najdłuższych rzadach w jakiś sposób od tych rzadów zostanie odsunieta. Oby nie rekami wściekłego, zdemoralizowanego społeczeństwa, któremu już nie będzie miała z czego zapłacić, bo zasoby zgromadzone przez poprzednie ekipy się wyczerpią.

ale nie bardziej. a Szanowna Pani rozumie je bardziej niż się da. Pan Woś zresztą też, tylko trochę mniej i w drugą stronę. Z ekonomią jest ten problem, że nie jest to nauka ścisła, właściwie w małym stopniu można ją nazwać nauką.

Chyba podobnie wypowiadał się prof. Romuald Kudliński, który usiłował mnie nauczyć ekonomii:))). Nie odniósł szczególnego sukcesu, niemniej zdołał mnie przekonać, ze pieniądze nie inwestowane i nie pomnażane kiedyś się kończą, a wówczas skutki społeczne i gospodarcze mogą być katastrofalne. Mogą być, bo jak Pan słusznie zauważył, ekonomia nie jest nauka scisłą, a rozwój wypadków będzie zalezał od elementów znanych, jak i całkiem niespodziewanych. Jak na razie - 500+ wbrew przekonaniom prof. Modzelewskiego nie wyciągnęło z biedy Polaków. Takie 500 zet jest "pieniadzem" dla mnie i innych emerytów, a nie ludzi, którzy musza dziecko wychować, nakarmić i wykształcić. Chyba, ze nie mają tego zamiaru, a wówczas te pieniądze idą w gwizdek, a nie w rozwój. Tymczasem ceny rosną jak na drożdżach, co wpedza w biedę takich emerytów jak ja. To się chyba nazywa gospodarka ekstensywna, czyli rabunkowa.

A ja myślałem, że to z powodu 500+ zmuszony zostałem do rezygnacji z korzystania z pływalni w weekendy i do wyjazdów na narty w okresie ferii. A to co się dzieje na plażach nad Bałtykiem w wakacje to też nie efekt 500+? Tylko nie należało przesadzać i przewiduję, że tzw. piątka Kaczyńskiego będzie katastrofą, możnaby powiedzieć, że on, tak jak Pani, rozumie sprawy prościej niż się da. Możnaby gdyby nie to, że jemu zupełnie o co innego chodzi niż mówi.

Czy jest Pan pewien, ze nie można przejść przez Krupówki swobodnie ani rozłożyć kocyka na plazy dopiero po przyznaniu 500+? Bo ja nie jeżdżę w te rejony od wielu, wielu lat właśnie z powodów przez Pana wymienionych. Na zdrowy rozum: co można zrobić za 500 zł, no, powiedzmy za tysiąc, w przypadku czteroosobowej rodziny? Przeciez nie spędzić tygodnia w Zakopanym ani w Miedzyzdrojach… No, może za 800 zet jakaś babulinka pojedzie z wycieczką parafialną do Miedjugorie. Prymitywna propaganda PiS-owska, niestety, ale zaczyna docierać nawet na forum Tygodnika Powszechnego.

Postawię śmiałą hipotezę, że dla części rodzin 500+ nie jest ani warunkiem przeżycia (lub przepicia ;), ani nic nie znaczącym dodatkiem do wysokich zarobków, ale właśnie tą sumą, która pozwala na zaspokojenie jakichś potrzeb powyżej minimum egzystencji. W przypadku owej rodziny rodzice + 2 dzieci jest to 500 x 12 x 2 = 12000 zł rocznie. Jasne, że prawdopodobnie mało kto odkłada w całości tę sumę na rodzinny fundusz wakacyjny, jednak na tydzień w Sromowcach Niżnych spokojnie wystarczy mniej niż połowa. Dlaczego Sromowce? Otóż przypadkiem spędziłem tam kilka dni w pierwszym roku "pińcet plus" i wielokrotnie tam usłyszałem, że najstarsi pienińscy górale nie pamiętają takich tłumów, głównie rodzin z dziećmi. Czy ja się z tego cieszę? No, średnio, bo beneficjentem 500+ nie jestem, a tłumów nie lubię, ale przecież nikt mi nie każe jeździć znów do Sromowców i zresztą zazwyczaj szukam dalszych i mniej uczęszczanych destynacji. To tylko "anecdotal evidence", więc na jakimś seminarium pewnie bym się nim nie posłużył, ale tutaj ma skontrować równie anegdotyczny argument o babci na pielgrzymce. Jak ktoś chce, to znajdzie solidniejsze analizy.

Błagam...proszę nie powtarzać tych facecji polskiego Pinokia o rodzinach, które nigdzie nie jeździły na wakacje, dopiero kiedy zainkasowały 500 zet (bo przecież nie więcej, ile rodzin ma trójke dzieci?), od razu dostały skrzydeł. Mimo fatalnie opłacanego zawodu i notorycznego braku pieniędzy od lat (od kiedy stało się to możliwe) podróżuję po świecie przynajmniej raz w roku. Pozyczam, oddaję dzięki temu, ze pożyczam w innym miejscu....znane ruchy u ludzi, którzy cos chcą zrobić, a nie maja kasy. I od lat obserwuję bardzo pozytywne zjawisko w Polsce: ludzie, którzy zazwyczaj załowali pieniędzy na wakacje, bo nie mieli takich zwyczajów i takich potrzeb (woleli posłać dzieci do dziadków na wieś), jeżdżą nie tylko do Świnoujscia i Zakopanego, ale masowo na Costa del Sol, czy inne Costy. PiS-owskie rozdawnictwo naprawdę nie ma z tym wiele wspólnego, bo mieć nie może. Co można zwojować za 500 zet? To jest równowartość trzech nocy nad polskim morzem i 120 euro, czyli baaaardzo skromne obiady dla jednej osoby podczas 10-dniowego pobytu na jakiejś Coscie

A już wydawała mi się Pani kulturalną osobą.

Przyjmuję do wiadomości, ze nie jeździł Pan na narty do Zakopanego. No i przepraszam za podejrzenie, ze tak było, do głowy by mi nie przyszło, ze jazda na narty do tej miejscowości jest obciachem:)))

Są zajęcia tyleż satysfakcjonujące, co bezpłodne. Np. masturbacja albo snucie alternatywnych wizji historii. A gdyby tak Piłsudski rzeczywiście wydał Niemcom prewencyjną wojnę w 1933? A gdyby spróbowano dogadać się z Hitlerem i wspólnie uderzono na ZSRR? A gdyby w powojennym chaosie wzorem Austrii i Finlandii udało się uzyskać od Rosjan status państwa samorządnego gospodarczo w zamian za życzliwą neutralność? Niestety, każde doświadczenie historyczne ma jednorazowy charakter i wiele świadczy na korzyść swego rodzaju fatalizmu ex post, czyli przeświadczenia, że gdyby coś było niekonieczne, to by się nie wydarzyło. W 1945 karty w Polsce rozgrywali tacy politycy, jacy wtedy umieli dostać się do stołu gry, i może powinniśmy dziękować Opatrzności, że przynajmniej na początku krytycznego okresu byli to ludzie pokroju Gomułki, człowieka odważnego, na swój sposób patrioty, z wizją i wolą negocjowania i forsowania tej wizji w warunkach faktycznej okupacji przez Rosjan. Przy tym niestety tępego doktrynera i ignoranta w kwestiach gospodarczych, co nie dziwi u człowieka, który zakończył edukację w wieku lat 12. Ale gdyby wtedy trafił nam się znany z późnego komunizmu aparatczyk w rodzaju Kwaśniewskiego - gładko ostrugany i taki zwyczajnie ludzki, ale i bez innych motywacji niż dobro osobiste - to, kto wie, może Polska skończyłaby jako republika radziecka i to niekoniecznie sięgająca aż po Bug? Tego nie wiemy, podobnie jak nie dowiemy się, co byłoby w Polsce, gdyby nie Balcerowicz, ten neoliberalny Gomuła (w tym sensie, że też odważny, patriota i wizjoner ;). To co rzeczywiste, jest rozumne, to co rozumne jest rzeczywiste.

Dlaczego nie można mówić o alternatywnym modelu transformacji? Można, tylko po co? Mamy nie 1989 rok tylko 2019 i nawet jeśli mogła być transformacja przeprowadzona lepiej (co jest nie do udowodnienia)to już po herbacie.

A propos wzorów skandynawskich, parę dni temu w Guardianie entuzjazmowano się po raz kolejny fińskim cudem (Finlandia to w końcu kulturowo i historycznie też Skandynawia, chociaż nie nordycka) w polityce społecznej. Cytuję: "Finlandia jest jedynym krajem UE, w którym bezdomność spada. W czym tkwi sekret? W dawaniu ludziom mieszkań natychmiast, kiedy ich potrzebują - bezwarunkowo". As simple as that! ;) I nie są to jakieś kontenery. W nowych dzielnicach fińskiej stolicy obowiązuje ustalony housing mix: 25% lokali socjalnych (bez górnego limitu dochodów!), 30% własnościowych subsydiowanych i 45% czysto komercyjnych. Władze pilnują również, aby budynki komunalne i prywatne nie różniły się zbytnio standardem, przynajmniej widocznym z ulicy. Trochę to kosztuje (ćwierć miliarda), ale ludzie są dzięki temu zdrowsi, spokojniejsi i mniej skłonni do przestępstw, co przynosi 15000 EUR oszczędności na głowę. Jak to liczą - autor artykułu nie podaje. Lojalnie informuje natomiast, że Helsinki nie są może typową zachodnią stolicą. Magistrat ma do dyspozycji 60000 mieszkań socjalnych (co siódmy helsińczyk mieszka w takim), 70% gruntów budowlanych w mieście i własną firmę deweloperską, dzięki czemu chce niebawem stawiać 7000 nowych domów rocznie. Właśnie zauważyłem: same szczęśliwe siódemki. ;)

"Drogi Watsonie. To wątek dochodzenia, które sam prowadzę. Być może prowadzi donikąd, jeszcze tego nie wiem, ale zamierzam doprowadzić go do końca" No właśnie. O tym, czy te alternatywne scenariusze były dobre czy złe, przekonalibyśmy się tylko wówczas, gdybyśmy któryś z nich doprowadzili do końca. Moim zdaniem sama rozkmina jak najbardziej na miejscu, ale czy "to nam wszystkim pomoże"? W gimnastyce umysłu pewnie tak.

Czy i komu chwała to dyskusyjne, ale na pewno obaj panowie walnie przyczynili się do ukształtowania warunków brzegowych, w których III RP rozpoczęła swoje istnienie. Tego zaszczytu nikt im nie odbierze. I, jak wyżej napisałem, pewnie tak być musiało, skoro było. Teraz natomiast ster jest w innych rękach i Balcerowicz może sobie podziamgać w mediach na nowe porządki. Jego czarne wizje sprzed 4 lat kompletnie się nie sprawdzają. Poza tym tak mało kto się dziś przejmuje starcem "z twarzą zasupłaną przez nienawiść". To poetycki koncept Tomasza Jastruna na temat twarzy śp. Zbigniewa Romaszewskiego, ale pasuje jak ulał ;)

warunki brzegowe były precyzyjnie określone - kompletna ekonomiczna i gospodarcza r u i n a, olbrzymie długi i pusta kasa, aparat władzy w rozkładzie, na horyzoncie totalny chaos - i za wyprowadzenie w krótkim czasie kraju z tego gnoju cześć i chwała temu właśnie rządowi

Nieprawda. Kryzys "egzystencjalny" państwa został złagodzony jeszcze przez ostatni rząd komunistyczny i to w końcu odchodzący komuniści wystąpili z inicjatywą przekazania pałeczki w sztafecie ustrojów, co świadczy o tym, że przynajmniej o tyle panowali nad sytuacją. Nie zapominajmy też o właściwym twórcy planu reform Jeffreyu Sachsie i o zasługach właściwego decydenta, czyli "biura politycznego" w osobach Geremka, Kuronia, i Michnika i Mazowieckiego (w tej kolejności), mającego z kolei wiarę, że poprze ich Wałęsa. Byli odważni, optymistyczni i kierowali się zapewne najlepszą wiedzą, jaką mieli - z tym że wszyscy byli ekonomicznymi ignorantami, a jeden (zresztą największy z nich idealista) w tym czasie praktycznie cały czas był na rauszu. Balcerowicz nie był nawet pierwszym fachowcem, do którego się zwrócono, tyle że inni inaczej oceniali sytuację lub się bali. Aha, pamiętajmy też o tym narodzie, lżonym dzisiaj od pincetów i "ciemnego luda", który w swojej masie z nadzieją i gotowością do poświęceń odniósł się do planu, ufny w mądrość przywódców i opiekę boskiej opatrzności, a dopiero potem wielu popadło w rozpacz i beznadzieję. Stąd zresztą późniejsza fala wrogości, która z czasem opadła i dzisiaj sobie swobodnie gdybamy, wiedząc, że nasze ściśle indywidualne losy bardziej zależą od nas samych niż od decyzji owych mężów 30 lat temu. Pozwolę sobie tu na dygresję na temat Powstania Warszawskiego. Przywódcy chcieli dobrze i wiedzieli to, co mogli wiedzieć. Spodziewali się czegoś w rodzaju rozbrojenia Niemców w 1918 - łatwego w wykonaniu i politycznie bezcennego. Rosjanie mieli wejść za kilka, kilkanaście godzin i zostać powitani jak sojusznicy. Nie wiemy i nie będziemy wiedzieli, czy Stalin planował zatrzymanie frontu od początku, czy też zmienił w ostatniej chwili decyzję, wyzyskując nieoczekiwaną okazję. A jeśli to drugie, to wcale nie jest oczywiste, że należało zaczekać. Szybsze zakończenie wojny, setki tysięcy mniej ofiar - i to z najlepszych wśród narodu, ale... Może też Rosjanie poczynaliby sobie bardziej bezceremonialnie jako wyzwoliciele, może otwarcie potraktowaliby Polskę jako należny łup wojenny, może nie chcieliby gadać nawet z krajowymi komunistami? I druga strona, czyli Polacy - jak poradziliby sobie z postępującą integracją z imperium bez mitu Powstania? Po tragicznym w skutkach powstaniu 1863 roku Witkiewicz pisał o jednym jego skutku, który odkupuje wszystkie winy: o postawieniu "przegrody krwi" pomiędzy Polakami a Rosjanami, co (jego zdaniem) uratowało samą naszą egzystencję jako narodu. A patrząc z jeszcze innej perspektywy widzimy, że gdzie indziej poradzono sobie tak samo albo i lepiej bez krwawych powstań (weźmy Estonię lub Czechy)i bez Balcerowiczów (weźmy Chiny). Tylko że tutaj jest tutaj, a nie gdzie indziej.

państwo było w k o m p l e t n e j rozsypce, władza i opozycja jedna od drugiej słabsze - przykłady Estonii, Czech i Chin a b s u r d a l n e - a teorie o decydentach czy "narodzie popadającym w rozpacz", klasykę esbeckiej narracji, przejętej zresztą przez propagandę PiS-owskiej bolszewii, zostawiam bez komentarza - tyle warte, co te spekulacje powstańcze

Jak zostawiam, jeśli nie zostawiam? Zresztą ten komentarz to te same, niczym nie poparte tezy z 06.06.2019, 23:07. Wściekłość i wrzask - ot, cała narracja anty-PiSowskiej swołoczy.

Proszę przyznać uczciwie, ze nie ma Pan argumentów na poparcie polityki gospodarczej obecnej władzy, zamiast denerwować się. Nie jest Pan osamotniony, nikt takich argumentów nie ma, a każdy dzień przynosi kolejne dowody na niszczycielską rolę tej ekipy. Już nawet jedyna ekonomistka w tym rzadzie nie wytrzymała nie chcąc firmować swoim nazwiskiem tej grandy.

Przepraszam, że wbrew obietnicy jeszcze coś napiszę, ale właśnie przed chwilą zajrzałem na stronę rp.pl. Nie jestem ekonomistą, podobnie jak pani. Ot, czytam prasę (różną) i na jej podstawie wyrabiam sobie z grubsza opinię wedle swojej wiedzy i zdolności. Na głównej tytuł-teaser "Idziemy pod prąd globalnych trendów. Rząd PiS zadłuża Polskę". Sądzę, że zrozumieliśmy to podobnie, tylko u mnie zgrzytnął dysonans poznawczy. Klikam i widzę właściwy tytuł "Ambitne plany redukcji długu mogą się nie udać" - niby w jakimś sensie wciąż jesteśmy w tych samych klimatach, ale to przecież odwrócenie sensu tamtego. Jakie "ambitne plany"? Co się może "nie udać", skoro jakby celowo gnamy ku katastrofie? Przechodzimy do treści "Wartość długu publicznego ciągle rośnie, na koniec 2018 r. sięgnęła 1,035 bln zł. W trzy lata rząd PiS zadłużył Polskę na 111 mld zł...". Dług rośnie, napięcie czytelnika też wzrasta, chociaż ta liczba 111 mld dziwnie mała mu się wydaje. Aha, już wiemy dlaczego: "...ale rekordzistą był rząd PO–PSL – w kadencji obejmującej światowy kryzys". W latach światowej prosperity rząd SLD też zadłużał Polskę bardziej, ale to już szczegół. Teraz clou: "Polska idzie pod prąd globalnym tendencjom – nasze zadłużenie spada w relacji do PKB, podczas gdy w krajach rozwijających się szybko rośnie". I dalej niuanse, które już niewiele zmieniają. Tak się robi dziennikarstwo gospodarcze w niezależnych mediach. Pozdrawiam.

Uczciwie, czyli szczerze, mogę w ramach tego komentarza tylko powiedzieć, że pozwolę sobie być odmiennego zdania na temat intencji i działań obecnej ekipy oraz że gdzie indziej widzę zagrożenia dla przyszłości kraju. Przynajmniej na razie nie przekonują mnie kasandry i jeremiasze. Kończąc natomiast swój udział w tej dyskusji, chciałbym dorzucić jeszcze coś na jej zasadniczy temat: czy możliwa była jakaś alternatywa dla Balcerowicza jeśli chodzi o przejście z dramatycznie zrujnowanej gospodarki opartej na marksistowskich dogmatach do efektywnej i innowacyjnej gospodarki rynkowej. Otóż, tak, to się "gdzie indziej" nawet realnie stało. Jest o tym książka cytowana w światowej literaturze, autorstwa dwóch profesorów ekonomii, jednego z Oksfordu, drugiego z Wiednia. Włodzimierz Brus & Kazimierz Łaski "From Marx to market: socialism in search of an economic system" (Oxford 1991). Proszę zwrócić uwagę na datę oraz na rodzime, chociaż nie rodowe nazwiska (biogramy autorów też warto przeczytać). Brus, który pojechał do Chin w 1979 roku jako wykładowca nowo założonej Chińskiej Akademii Nauk Społecznych, wykształcił tam paru uczniów i wraz z dwoma innymi zagranicznymi ekonomistami przygotował teoretyczny grunt pod reformy Deng Xiaopinga. Tak o nim piszą w każdym razie. A więc były inne gospodarki w agonalnym stanie, które miały własnych Sachsów (w tym przypadku keynesistowskich) i alternatywną drogę reform. Co i tak już niczego nie zmieni, a poza tym chińskie reformy kosztowały wielu zwykłych ludzi zapewne dużo więcej niż nasze.

Balcerowicz celowo zniszczył polskie państwowe przedsiębiorstwa.Wiedział,że ich dyrektorzy zależni od związkowców z solidarności nic nie zrobią by ich firmy były bardziej konkurencyjne.Jak to się mówi 'w tym szaleństwie jest metoda'.Osobną kwestią jest,że zachód nie pomógł nam w reformach.Pewnie nie wierzył,że to się uda w roszczeniowo nastawionymi Polakami i przestarzałą gospodarką z PRL-u.

Proszę pamiętać, ze Zachód anulował polskie długi, co chyba miało znaczenie dla zrujnowanej gospodarki

Zredukował, a nie anulował (długi Gierkowskie ostatecznie spłacono 10 lat temu), ale faktycznie miało to wielkie znaczenie.

ja się nie dziwię że w kraju karmionym kazaniami sprośnych plebanów i chciwych biskupów, jednych i drugich po uszy uwikłanych w samobójcze partyjniackie politykierstwo, mogą i takie jak Pańskie poglądy egzystować, "Balcerowicz celowo zniszczył..." - ale na litość boską, przecież Pana także dobry Bóg rozumem obdarzył - nie wiem, czy Pan dzieciak, czy może pamięta tamte czasy, ale nie przyszło Panu do głowy, że tamte przedsiębiorstwa do ruiny doprowadziły rządy PRL-u i odgórnie dekretowane zasady gospodarki księżycowej? że po prostu z b a n k r u t o w a ł y, i już żywcem nie było komu i nie było z czego ich dotować i przy życiu utrzymywać?... Pan pewnie nie słyszał o tym, że w '89 kasa państwa polskiego była pusta jak listy pasterskie episkopatu, a po stronie "Winien" wisiały nam dziesiątki miliardów przejedzonych i zmarnowanych przez m. in. Gierka pożyczek i kredytów?... W Pańskim szaleństwie owszem widać metodę - to metoda esbeckiego propagandowego prania mózgu, jak widać, w niektórych przypadkach okazała się skuteczna

Widzę, iż w zasadniczej kwestii z redaktorem się zgadzamy. Nie mam żalu do Solidarności, że w taki czy inny sposób dogadała się z PZPR. Ponadto, że transformacja ustrojowa musi trochę boleć. Nie mogę natomiast się pogodzić: 1) ze sposobem przeprowadzenia transformacji 2) brakiem wdrożenia jakiegokolwiek programu naprawczego (zmiany kierunku) RP po 5-10 latach Gdyby nie PiS, nadal wszystko szło by tym samym torem. Czy kulisy przeprowadzenia w taki a nie inny sposób transformacji ustrojowej w Polsce u początku lat 90. są poznane? Kto ostatecznie zdecydował o takim jej kształcie? Dlaczego wy-brano model amerykański a nie inny? Wydaje się, że tylko od czasu do czasu media coś wrzu-cają w tym temacie. Podobno, plan już był znany wcześniej (odkąd Solidarność otrzymała pomoc z USA). Czy jest na ten temat jakaś godna polecenia publikacja? Konsekwencje tego trwają do dziś. Zamiast więc stale wałkować temat mało, przynajmniej mnie, zajmujący i twórczy, kto z kim w jaki sposób dogadał się przy Okrągłym Stole, propo-nuję mediom wdrożenie śledztwa jakie okoliczności towarzyszyły przeprowadzeniu w taki a nie inny sposób transformacji ustrojowej w Polsce u progu lat 90. Kiedy cieszyliśmy się już podobno wolnością i niezależnością. Wyjaśnić, jak Pan napisał, dlaczego „ówczesne elity nie były zainteresowane inną filozofią polskich przemian”. A następnie, będąc już mądrzejszym (po 3 dekadach!), zastanowić się w jakich obszarach dokonać korekty i stworzyć wizję w jakim kierunku ma zmierzać polskie państwo. Zgodnie z oczekiwaniami, co najmniej większości, obywateli.

Jeśli mogę napisać coś osobistego - pamiętam pierwsze miesiące reformy Balcerowicza. Czyli Cud nad Wisłą. Nagle pojawiły się towary zarówno w sklepach, jak i na bazarach, które zaczęły pączkować jak grzyby po deszczu. Zdaje sobie sprawę, ze przemawiam teraz niczym przedstawicielka Ciemnego Ludu PiSowskiego, która dostała 500+. Ale tak wówczas czuliśmy się. Ci oczywiście, którzy mieli pracę i nie byli członkami wiejskich kołchozów ani likwidowanych przedsiebiorstw. Szkoda było ludzi, zwłaszcza tych homines sovietici, którzy okazali się bezradni, gdy należało troche ruszyc glową. Niemniej likwidacja państwowych molochów generujących społeczną i ekonomiczna demoralizację była prawdziwym błogosławieństwem. Byli tez tacy, co łapali wiatr w zagle i dochodzili w krótkim czasie do majątków. Dziś wytyka im się afery jednoczesnie patrząc spokojnie na afery obecnej ekipy rzadzacej. Mimo tych wszystkich wad okresu transformacji jestem szczęśliwa, ze trafiliśmy na Balcerowicza, który dał Polakom nowe zycie. Może inna droga i byłaby lepsza, ale tego nigdy się nie dowiemy.

Zgadza się, absolutnie. Przed reformą emerytalną kuszono wizją szczęśliwego życia na emeryturze (https://strefainwestorow.pl/artykuly/20160704/lza-sie-w-oku-kreci-oto-7-reklam-telewizyjnych-ofe-z-1999-roku), a przed referendum akcesyjnym - no czym, jeśli nie korzyściami materialnymi? I nie mówię o funduszach strukturalnych, tylko o obietnicach adresowanych do indywidualnego beneficjenta in spe. W telewizji jedna polityczka chyba Unii Wolności opowiadała, że teraz wreszcie będziemy sobie mogły, drogie panie, kupować taniej zagraniczne kosmetyki (jak do tego doszła, proszę mnie nie pytać). O wyższości nowego ustroju nad starym przekonywano dzieci opowieściami o naszyjnikach z rolek papieru toaletowego, unoszonych do domu przez szczęśliwców, którzy trafili na dostawę. Że niby w wolnej Polsce można sobie podcierać ile du... sza zapragnie. Argument trochę z wymienionej przed chwilą, ale tak naprawdę ludzie tylko w chwilach wielkiej ekscytacji kierują się wyższymi względami i wtedy, jak to drzewiej mawiano, gotowi są złożyć żertwę z samych siebie na ołtarzu tego czy tamtego boga. Z rozbudzanych przez polityków przyziemnych nadziei jedne się spełniły, inne częściowo, jeszcze inne wcale, jak ta emerytura pod palmami, ale bilans - tak jak już napisałem gdzieś wyżej - dla większości ludzi jest pozytywny. Problem polega na tym, że w dalszej perspektywie mieliśmy nadzieję na całkowite zrównanie z Zachodem (w górę, rzecz jasna) pod względem poziomu życia, rozwoju cywilizacyjnego itp. poprzez konwergencję europejskich gospodarek i przez jakiś czas ten dystans rzeczywiście się skracał, ale dzisiaj jest raczej jasne, że dalej to nie postąpi albo się wręcz pogorszy. Jesteśmy w ramach gospodarki UE przede wszystkim doskonale funkcjonującą montownią i centrum niepoddających się automatyzacji usług, dzięki taniej a niezłej sile roboczej. Te dywagacje o Planie Balcerowicza to może taka rozgrzewka przed dyskusją o jakimś radykalnym kroku, jaki trzeba dopiero zrobić. Jakim? A, tu odpowiem Schetyną: pomysł jest, trzeba tylko go znaleźć ;)

Pan może sądzi po sobie, koncentrując się na podcieraniu tyłka - ja dla przykładu chciałem Polski w Unii doświadczony absolutnie negatywnymi i żałosnymi realiami młodości przeżytej w PRL-u, gdzie nie głód mi doskwierał najbardziej ani żyletki polsilver, ale mój paszport w szufladzie milicyjnej, cenzura, propaganda - i jestem przekonany, że to była silna motywacja dla wielu - uwierzy Pan?

Szkoda żałosnej, zmarnowanej młodości. Nic tylko się pochlastać tępym polsilverem. Istotnie, każdy brał, co chciał. My wspominamy tamten czas nie tak absolutnie negatywnie, przede wszystkim dlatego, że znacznymi obszarami naszego życia reżim po prostu się nie interesował. Mam na myśli miłość, balangi, wędrówki po górach, książki z pierwszego obiegu... A i drugi i trzeci obieg pod koniec lat 80. nie był już właściwie represjonowany. Cenzura irytowała i wyrządziła wiele szkód. Pożegnaliśmy ją bez żalu. Piszę "my", bo nie byłem sam; niektórzy potrafili w tych warunkach prowadzić godne i twórcze życie, jak często tu wymieniani Tischner i Balcerowicz. A z paszportami - pudło! W 1988 komuna na pożegnanie zaczęła wydawać paszporty wieloletnie, na wszystkie kraje świata, bez obowiązku zwracania do urzędu. Wcześniej paszport rzeczywiście był czymś w rodzaju wyróżnienia, co do tego stopnia wdrukowało się w komusze mózgi redaktorów "Polityki", że tak nazwali swoją najważniejszą nagrodę. Dodatkowo sugerującą, że największym marzeniem ambitnego Polaka jest wyjazd byle dalej stąd ;) Zawsze mnie to trochę śmieszyło, podobnie jak opowieści, że nasze myśli w okresie PRL zaprzątnięte były głównie szarymi rolkami (http://wroclaw.wyborcza.pl/multimedia/zycie-w-prl/niedziela-czynu-partyjnego/papier-wartosciowy). Ja raczej ganiałem po kioskach za Tygodnikiem Powszechnym i parę razy stałem w długiej kolejce do "Prusa" na Krakowskim. Kompletnie nie zrozumiał pan mojej uwagi na ten temat, ot co.

A za biletami na Konfrontacje nie stał Pan pół dnia pod Skarpa? A do PiW-u za Umberto Eco i Grassem?:))) Niemniej tez miałam poczucie, ze jestem regularnie ograbiana z szans na lepsze. Mój ojciec wciąż twierdził, ze jest to celowe, systematyczne niszczenie kulturalne społeczeństwa przez usuwanie z pola widzenia bogatego wachlarza możliwości i paraliżowanie społecznej aktywności. Z pewnoscia przesadzał w swej zapiekłej nienawiści do komuny, niemniej cos w tym było, co trwa do dziś.

może nie zrozumiałem, może Pan miał co innego na myśli, pisząc jednak wprost, jak to lud dał się mamić władzy papierem toaletowym itepe - balangami się nie ma co chwalić, każdy je zna, ale kiedy jedni kolejny dzień na umór potrafili pić i to im wystarczało do szczęścia, innym brakowało w o l n o ś c i, i szukali sposobu by czmychnąć z tego kraju - a z paszportami to już na pewno nie zrozumiałem o co chodzi Panu - że niby jak od '88 zaczęli wydawać to znaczy, że problemu nie było? Pan chyba rzeczywiście z tych pierwszych

O mój ty, urodzony w niewoli, okuty w powiciu! Nie ośmieszajże się, człowieku, swoją paszportową martyrologią. W klatce to żyli mieszkańcy NRD i ZSRR, u nas może wojskowi, o ile stosowny departament nie miał dla nich misji, ale dla znakomitej większości Polaków od czasów Gierka pierwszą i najważniejszą przeszkodą w wyjeździe były pieniądze, a raczej ich brak, szczególnie walut tzw. II obszaru płatniczego. Następnym, częściowo związanym z tamtym - trudności w uzyskaniu wizy. W 1981 roku do krajów tzw. kapitalistycznych wyjechało prywatnie, nie licząc wycieczek, ponad milion osób. Rok później wyjazdy gwałtownie przyhamowały z wiadomych powodów, ale potem rosły, aż w ostatnim roku komuny pobiły tamten rekord. Upierdliwa procedura paszportowa, konieczność wydostawania dokumentu z biura za każdym razem (do połowy lat 80. w przypadku paszportów do demoludów i, jak napisałem, do końca 1988 r. dla pozostałych), wywiad środowiskowy zwykle przeprowadzany przez dzielnicowego wśród sąsiadów w związku z pierwszym podaniem o paszport, inwigilacja uczestników wycieczek grupowych (nikt nie ufał pilotom), stypendystów (zawsze był jakiś cichociemny wśród wyjeżdżających w ramach studiów np. neofilologicznych) - to wszystko prawda, ale odmowę jako środek represji lub nacisku stosowano wybiórczo w stosunku do osób, które reżim specjalnie chciał ukarać lub coś od nich uzyskać. Ci faktycznie "musieli" się czasem postarać (jak wiadomo, człowiek musi tylko dwie rzeczy i żadną z nich nie jest wyjazd za granicę) czy czymś tam władzy się odpłacić z większą lub mniejszą ochotą, monetą lepszą lub gorszą. Olechowski pisał ekspertyzy tajne, ale czerpiąc z powszechnie dostępnych źródeł, prof. Wolszczan raportował, ale nikomu nie zaszkodził, a otrzymywane pieniądze wyrzucał, ksiądz Tischner natomiast regularnie spotykał się ze znanym krakowskim esbekiem i działaczem sportowym Józefem Bielem, żeby trochę go nawracać, a trochę dręczyć o ten nieszczęsny paszport (a propos: jest to w książce Bonowicza?). Byli i tacy, którzy nie poradzili sobie w grze ze służbami, łamiąc sobie przy okazji kręgosłup. Sądząc z opowieści snutych w III RP przez osoby o znanych nazwiskach, musiały to być bardzo rzadkie przypadki ;)

przez zdecydowaną większość PRL-u nawet przejście przez most na Olzie w Cieszynie dla mających po drugiej stronie bliskie rodziny było trudne, a i tak zostawało się w tym samym obozie - rok '81 to oczywisty wyjątek od reguły - a co do odmów, mnie wystarczyło, że dziekan nie podpisał wniosku, bo takie miał widzimisię i nawet średnia 5,0 nie pomogła, i mogłem się nawet nie fatygować na milicję - ale co tam, skoro Panu dobrze ze wspomnieniami balang i romansów, 'wolności' w postaci wyjazdu na wczasy do Bułgarii, trzeba się ich trzymać - miał Pan w de te sprawy wtedy, dziś tym bardziej nie warto się przejmować nimi

Po 1989 roku polska elita, w tym wielu przywódców „Solidarności”, wkroczyła w nową epokę z przekonaniem, że ludzie pracy stali się nowym wrogiem. Po pierwsze, były to postulaty minimalizujące wpływy pracowników w miejscu pracy, jak zawarcie w ustawie o prywatyzacji wymogu likwidacji rad pracowniczych, ograniczenia zakresu spraw, które mogą być przedmiotem debaty między związkiem zawodowym a kadrą zarządzającą. Po drugie, media nieustannie zalecały poparcie, cierpliwość i przyzwolenie jako właściwe reakcje emocjonalne na katastrofalną depresję gospodarcza, jaka nastąpiła po 1989 roku. W relacjach prasowych o robotniczych protestach przedstawiano działaczy jako irracjonalnych narwańców, a skargi z powodu poczynań rządu interpretowano jako przejawy niezadowolenia, którego adresatem był „naprawdę” dawny reżim, aktualnie demontowany. Ruch społeczny („Solidarność”) włączył się bowiem w budowanie gospodarki rynkowej, a nie obronę ludzi pracy w tym gospodarczym systemie. Stopniowo zaczął się objawiać nowy intelektualny konsensus: podstawą demokracji nie są aktywni obywatele, jak twierdzono od połowy lat 70. do 1981 roku, ale własność prywatna i wolny rynek. Polityka gospodarcza pod rządami prezydenta Wałęsy nie różniła się od tej pod rządami premiera Mazowieckiego. Choć w swej retoryce Wałęsa nie pozostawiał na strategii Mazowieckiego suchej nitki, nie odwołał ze stanowiska jej autora, ministra finansów Leszka Balcerowi-cza. Na premiera wybrał liberała, zwolennika wolnego ryku Jana Krzysztofa Bieleckiego. Nawet tak bardzo krytykowany podatek od ponadnormatywnych wynagrodzeń został utrzymany. Krótko mówiąc, „Solidarność”, znalazłszy się u władzy, sprawiała wrażenie, jakby nauczyła się od Unii Wolności nie tego, co należałoby: wprowadziła ustawy, które nieźle się prezentowały i odpowiadały życzeniom zachodnich instytucji finansowych, ale nie przejmowała się ich konsekwencjami dla społeczeństwa. „Solidarność” roztrwoniła swoje atuty, ponieważ konsekwentnie odmawiała działania – a na-wet nie chciała udawać, że działa – w roli obrońcy interesów świata pracy. /fragmenty pochodzą z książki: D. Ost - Klęska "Solidarności", 2005 r./
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]