Ocean możliwości

W "Inland Empire Lynch po raz kolejny zabiera nas do ciemnego świata podświadomości i snu, do świata skrytego pod powierzchnią, "po drugiej stronie lustra. Czy rzeczywiście udaje mu się dotknąć przepastnych głębin naszego istnienia, czy też tworzy jedynie sugestywny ciąg psychodelicznych obrazów?.
Czyta się kilka minut
Laura Dern jako Nikki/Susan /
Laura Dern jako Nikki/Susan /

Wyobraźnia twórcy "Miasteczka Twin Peaks" zdaje się niespożyta. W najnowszym filmie Lynch nie stwarza nawet wątłych pozorów racjonalności, zawierzając całkowicie kapryśnej urodzie swoich wizji. W "Inland Empire", bardziej niż w którymkolwiek z filmów tego reżysera, daje także o sobie znać jego malarska pasja. Zapatrzony w Bacona i surrealistów, od lat nie rozstaje się ze sztalugami, tworząc wielkoformatowe, pełne mrocznej ekspresji obrazy. Same tytuły - "Nagle mój dom stał się drzewem boleści" albo "Cień zwichniętej ręki nad moim domem" - wiele mówią o fascynacji artysty odmiennymi stanami naszej świadomości. Na ekranie obrazy, wpuszczone w ruch mocą jakiejś obłędnej, onirycznej machiny, nabierają życia jeszcze bardziej intensywnego.

W "Inland Empire" Lynch zabiera nas w podróż przez kolejne pokoje swojej wyobraźni. Podróż ta zdaje się nie mieć końca, albowiem widz niemal przez cały czas (bez mała trzy godziny projekcji) ma poczucie uwięzienia w dręczącym śnie, z którego nie sposób się obudzić siłą woli. Od pierwszych sekwencji zostaje wciągnięty w rzeczywistość fascynującą, a zarazem odpychającą swoją natrętną dziwnością. Iluzoryczny status tego świata podkreśla już faktura obrazu: przyciemnionego, nieostrego, z grubym "ziarnem" i wyblakłym kolorem. Poczucie nierzeczywistości pogłębia fakt, że akcja filmu toczy się w Hollywood, w środowisku aktorów, producentów, reżyserów, dla których życie i fikcja w niebezpieczny sposób nakładają się na siebie. My również, zakładnicy podwójnej iluzji, śledząc erotyczno-zawodowe perypetie pary aktorów kręcących film "Marzenie o błękitnym jutrze", nie jesteśmy w stanie rozdzielić tych dwóch wymiarów. Zwłaszcza że wspomniany film owiany jest mroczną legendą: nad jego scenariuszem ciąży przekleństwo, które dało się ongiś we znaki aktorom grającym w pierwszej wersji "Marzenia".

W filmie Lyncha potoczne określenie stolicy kina mianem fabryki snów nabiera sensu szczególnego. Postacie poruszają się niczym zjawy, przeskakując z jednego porządku w drugi. Sąsiadują ze sobą fragmenty telewizyjnego sitcomu, którego bohaterowie dźwigają na głowach wielkie, królicze głowy i przerzucają się absurdalnymi dialogami, a także sceny z mówionego po polsku filmu rozgrywającego się w latach międzywojennych oraz współczesnego, aktualnie kręconego remake`u z udziałem znanej hollywoodzkiej aktorki (gra ją muza Lyncha, znana z "Dzikości serca" i "Blue Velvet" Laura Dern). Sekwencje inscenizowane, ostentacyjnie sztuczne - jakby żywcem wyjęte z musicalu układy taneczne w wykonaniu prostytutek, raz po raz ustępują miejsca paradokumentalnym obserwacjom. Wszystkie te "filmy w filmie" funkcjonują na tych samych prawach, zdają się częściami jednego "wewnętrznego imperium".

Jego scenerią uczynił amerykański reżyser współczesne miasto - jedną ze swoich największych filmowych obsesji. Wizualne spełnienie tej obsesji odnalazł przed kilku laty w postindustrialnej Łodzi. Dawne fabryki włókiennicze uwiecznił na setkach fotografii, a teraz wszędobylską, "niechlujną" kamerą cyfrową ożywił zarówno ich monumentalne sylwety, jak i opustoszałe wnętrza, czyniąc z nich coś więcej niż tylko malownicze tło wydarzeń. Miasto jawi się w "Inland Empire" niczym monstrum pożerające własne dzieci albo labirynt pełen tajemniczych szyfrów. Nikt nie jest tu bezpieczny. A już najmniej bezpiecznie czuje się w tym wszystkim kinowy widz, nieustannie dezorientowany i mamiony, w swoich próbach zrozumienia filmu skazany na istny "ocean możliwości", by posłużyć się słowami jednego z bohaterów.

David Lynch czuje się w swoim filmie totalnie wolny, wyzbyty wszelkich artystycznych ograniczeń. Z pomocą operatora Odda-Geira Saethera filmuje strumieniem świadomości, zdaje się zachłystywać obrazami, zderza je ze sobą w przypadkowe sekwencje, zapętla. Dryfujemy razem z nim urzeczeni, to znów najzwyczajniej znużeni rozbuchaną, zmierzającą w ślepy zaułek serią urojeń.

Zniecierpliwionego widza może zatrzymać przed ekranem jego wyraźny polski ślad. Film współprodukowało Camerimage,­ organizator głośnego festiwalu autorów zdjęć filmowych w Łodzi. Obok ikon Lynchowskiego świata (Dern, Harry Dean Stanton, Grace Zabriskie) i innych znaczących nazwisk światowego kina (Jeremy Irons, Julia Ormond, William H. Macy) zagrali w "Inland Empire" także polscy aktorzy: Karolina Gruszka, Krzysztof Majchrzak, nieżyjący już Leon Niemczyk... Fabuła filmu "Marzenie o błękitnym jutrze" inspirowana jest rzekomo polsko-cygańską legendą, a na ścieżce dźwiękowej, gdzie dominuje "postindustrialna", dudniąca jednostajnie muzyka, usłyszeć można także Lutosławskiego i Pendereckiego oraz piękny utwór "The Secret of the Life Tree" w wykonaniu zespołu Kroke. Ukłony w stronę polskiego koproducenta czy też wyraz autentycznej fascynacji Polską?

Film Lyncha oglądałam w dniu, w którym dotarła informacja o śmierci Michelangela Antonioniego. Dzień wcześniej zmarł Ingmar Bergman. Być może taka okoliczność wpłynęła na odbiór "Inland Empire". Przy całym zachwycie dla czystej, bezinteresownej "filmowości" Lynchowskiego imperium, dla śmiałości, z jaką zapuszcza się w rozmaite światy możliwe, po przebudzeniu zostaje w nas niewiele. Lynch niemal we wszystkich swoich filmach ucieka w wyobraźnię, wciąga nas w swoją klaustrofobiczną przestrzeń, po czym zostawia z chwilowym poczuciem dziwności istnienia. Tym razem przygoda wyobraźni przegrywa z eksperymentem - i to my jesteśmy w nim królikami doświadczalnymi.

"INLAND EMPIRE" - scen., reż. i mont.: David Lynch; zdj.: Odd-Geir Saether; wyst.: Laura Dern, Justin Theroux, Jeremy Irons, Grace Zabriskie, Harry Dean Stanton, Karolina Gruszka, Krzysztof Majchrzak, Leon Niemczyk i inni; prod.: USA/Francja/Polska, 2006.; dystryb.: Kino Świat.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 32/2007