Niewidoczne

Lubnie Al-Hamdani raz się zdarzyło, że ktoś na ulicy wytknął ją palcem, a z mową nienawiści spotkała się tylko w internecie. Inne migrantki mają gorsze doświadczenia.

20.09.2015

Czyta się kilka minut

Od lewej: Lena Siutsova, Białoruś; Otgondżargal Vanchinsuren, Mongolia; Lubna Al-Hamdani, Irak / Fot. Bartosz Bobkowski / INSTYTUT SPRAW PUBLICZNYCH
Od lewej: Lena Siutsova, Białoruś; Otgondżargal Vanchinsuren, Mongolia; Lubna Al-Hamdani, Irak / Fot. Bartosz Bobkowski / INSTYTUT SPRAW PUBLICZNYCH

Pytają, czy mogą mówić po polsku. To dla nich ważne. Angielski wydaje się życzliwym pośrednikiem, ale dodatkowo odgradza, gdy próbujesz przełożyć nań zawiłe myśli. Czują, jak język stawia opór, jakby między gardło a zęby wciskało się jakieś obce ciało utrudniające wymowę. I wychodzą okaleczone, zredukowane do banału słowa. Rozmówca rozkoduje je nie tylko po swojemu, ale i niezgodnie z ich intencją.
 

Znowu stałam się dzieckiem
Dobrze wie o tym Claudia Ciobanu, która cierpi podwójnie, bo chciałaby się nie tylko komunikować, ale i pisać. Zamiast po rumuńsku, zapisywać po polsku różne rzeczy, które przychodzą jej do głowy, licząc, że ktoś kiedyś zechce je opublikować. Dlatego nagroda tak ją ucieszyła. Pierwsze miejsce w konkursie literackim „Kierunek: Polska” na wspomnienia mieszkających w Polsce emigrantek, zorganizowanym przez Instytut Spraw Publicznych.

„Kiedy trzy lata temu przeniosłam się do Polski, znowu stałam się dzieckiem” – pisze Claudia (w doszlifowaniu ostatecznej wersji pomoże redaktorka językowa). Powrót do dzieciństwa nie miał, niestety, nic wspólnego z beztroską. „»P., czy mógłbyś umówić mnie do lekarza?«, »Wytłumacz mi, proszę, jak dotrzeć pod ten adres«, »Czy możesz mi powiedzieć, co znaczy to pismo z urzędu?«. Dziesiątki małych próśb do mojego polskiego partnera. Codziennie. Mimo że odpowiadał cierpliwie, oznaczały jedno: zależność”.

– Kampanię społeczną, w ramach której odbył się konkurs, nazwaliśmy „Zobaczyć niewidzialne” – mówi Dominika Potkańska z Instytutu Spraw Publicznych. – Skierowaliśmy uwagę na kobiety dotąd nieobecne w debacie publicznej. Fachowo to zjawisko nazywa się dyskryminacją wielokrotną: oprócz tego, że migrantki doświadczają trudności, z jakimi borykają się wszyscy cudzoziemcy, np. praca poniżej wykształcenia i umiejętności czy nielegalne zatrudnienie, to jeszcze muszą radzić sobie np. ze stereotypami dotyczącymi wieku i płci.

Ze zdjęć Bartosza Bobkowskiego, stanowiących część projektu, uśmiecha się kilkanaście kobiet. Są jak barwne, różnorodne ptaki: Lena Siutsova z Białorusi (trafiła do Polski dzięki stypendium na studia w Instytucie Kultury Polskiej UW, wyszła za Polaka i teraz wymyśla siebie na nowo, stając się artystką); Lubna Al-Hamdani, urodzona w Bagdadzie córka Polki i Irakijczyka, pani doktor z pasją do chirurgii ogólnej, kończąca specjalizację na Uniwersytecie Medycznym; Otgondżargal Vanchinsuren, absolwentka polonistyki z Ułan Bator.

Łącznie jest ich znacznie więcej. Ile dokładnie – nie wiadomo, ale co najmniej kilkadziesiąt tysięcy, bo w samym 2013 r. na 37,6 tys. osób, które dostały zezwolenia na pobyt czasowy, stały lub tzw. rezydenta długoterminowego UE (dokumenty uprawniające obywateli państw spoza Unii do pobytu w Polsce), 45 proc. stanowiły kobiety. A to tylko migrantki ekonomiczne, jak Claudia czy Lubna – należy jeszcze doliczyć migrantki przebywające na podstawie wiz, migrantki przymusowe i takie, które nie dysponują żadnym tytułem pobytowym, słowem: są nie tylko niewidzialne, lecz i nielegalne.

Jak liczna to grupa, też nie wiadomo. Jak podaje Beata Samoraj-Charitonow w publikacji przedstawiającej migrantki w sektorze prac domowych, w badaniach nad imigracją do Polski zwykło się przyjmować, że nielegalne zatrudnienie wynosi ok. 100–150 tys. osób, choć według niektórych szacunków wielkość ta waha się nawet między 600 a 900 tys. w miesiącach, gdy rośnie zapotrzebowanie na sezonowe i dorywcze prace.

Z tekstu Claudii: „Po jakichś dwóch latach mogę już prowadzić rozmowę po polsku. Ludzie nie muszą przechodzić na angielski. Jednak kiedy otwieram usta, formułując wypowiedź – ze wszystkimi nieuniknionymi gramatycznymi błędami i przekręconymi słowami – twarze moich rozmówców zmieniają się nie do poznania: oczy zwężają się w szparki, czoła marszczą w skupieniu. Jakby całe ciało zbierało siły, by zrozumieć to, co zaraz zostanie powiedziane. Do tego dochodzą nieodzownie litość i współczucie. Dziecinna i milutka. Czuję, że taką mnie widzą, kiedy próbuję mówić po polsku. Przez chwilę nawet lubię, jak tak na mnie patrzą. Ale tylko przez chwilę. Do momentu, kiedy to wszystko, co chcę powiedzieć, zatrzymuje się i uwiera w gardle, a ja zaczynam się krztusić”.
 

Warszawski meczet pęka w szwach
Język to przepustka do pracy. Zgodnej z umiejętnościami, pasją, a nie możliwościami rynku zatrudnienia. – Wbrew stereotypowemu obrazowi wśród migrantek z wyższym wykształceniem i wysokimi kwalifikacjami są także osoby, które pracują w swoim zawodzie. Choćby w sektorze edukacji – mówi Dominika Potkańska. – Dziennikarki, artystki, graficzki, kulturoznawczynie, lingwistki, lekarki.
Na pewno nie można powiedzieć, że większość przyjeżdża, by brać zasiłki albo uwiesić się z wdziękiem na zaradnym ramieniu polskiego mężczyzny: kobiety stanowią ok. 34 proc. odbiorców wszystkich zezwoleń na pracę i ok. 44 proc. odbiorców oświadczeń o zamiarze powierzenia pracy cudzoziemcowi.

Claudia Ciobanu wykonuje wolny zawód: dziennikarka, aktywistka. Przeprowadzka do Polski była głosem serca. – Razem z polskim chłopakiem uznaliśmy, że dość już związku na odległość i chcemy zamieszkać w jednym miejscu. Już jakiś czas żyłam za granicą, z dala od Rumunii, i czułam się trochę wykorzeniona. Pomyślałam, że będzie mi łatwiej przenieść się do kolejnego kraju, gdzie przynajmniej on będzie u siebie, niż gdybyśmy mieli oboje stać się cudzoziemcami gdzieś indziej.

Czy dziś postąpiłaby tak samo? – Nie wiem – mówi. Bo w Polsce niby robi to samo, co dotąd: pisuje teksty o Europie Środkowo-Wschodniej do zagranicznych mediów, m.in. Inter Press Service i „Guardiana”, współpracuje też z „Krytyką Polityczną”. – W zasadzie niewiele się zmieniło, nie muszę imać się fizycznych zajęć, by mieć za co żyć. A jednak, gdy słowo jest twoim narzędziem pracy, wiesz, że u siebie albo w kraju anglojęzycznym miałabyś więcej możliwości. Wciąż uczę się polskiego, ale odkąd urodziłam córkę i próbuję pogodzić jej wychowanie z innymi zajęciami, coraz trudniej mi poświęcić na to tyle czasu, ile powinnam.

Wśród znających dobrze język są migrantki z rodzin mieszanych. Np. Lubna Al-Hamdani, która przyjmuje pacjentów w przychodni na Wilanowie (jest lekarką pierwszego kontaktu). Wielu przygląda się z ciekawością hidżabowi – chuście, którą zakrywa głowę. – To normalne – mówi. – Ja też potrafię się obejrzeć za kimś, kto ma włosy ufarbowane na niebiesko.

W Iraku, skąd całą rodziną uciekli przed wojną, nosiła chustę, tutaj z początku nie. Trochę bała się, co powiedzą koledzy ze studiów. Wysłała nawet w tej sprawie maila do egipskiego telewizyjnego nauczyciela Ame Khalida. Odpisał, że hidżab zakłada się dla siebie. No więc założyła – i nic, nawet nie zareagowali. Poza tym, gdy się żyje od ośmiu lat w Polsce i ma polską mamę, człowiek wtapia się w tłum. – Pytania o islam padają już tylko wówczas, gdy gdzieś w świecie dochodzi do zamachu. Tłumaczę, że nie wszyscy muzułmanie są terrorystami: Koran głosi, że nawet gdy jacyś ludzie obrażają naszą religię, nie wolno ich zabijać.

W Warszawie robi wymarzoną specjalizację z chirurgii ogólnej. Spotkała też miłość: nie Polaka, lecz Palestyńczyka. Pobrali się, mają synka. Z uśmiechem odpowiada na pytania, jak dogadują się z mężem. – Moja mama jest katoliczką, tata muzułmaninem, i nie mają problemów z komunikacją – jeśli ludziom na sobie zależy, zawsze znajdzie się miejsce na kompromis – mówi. Na te osiem lat może raz zdarzyło się, że ktoś na ulicy wyraził się o niej źle jako o Arabce, a z mową nienawiści spotkała się tylko w internecie. Do meczetu jeździ na ulicę Wiertniczą: ma nadzieję, że niedługo uda się skończyć budowę nowego, większego, bo ten podczas świąt dosłownie pęka w szwach.
 

Emigracja jest jak garb
Nelia Yakivchuk z Ukrainy (druga nagroda w konkursie): „Przyjaciele powiedzieli mi, że po jakimś czasie się zasymiluję. Uwierzyłam im. Chodziłam więc w miejsca publiczne, kosztowałam tradycyjnych potraw i próbowałam komunikować się łamaną polszczyzną w miarę możliwości, czy raczej w razie potrzeby. Tak mijały miesiące w obcym, ale fajnym kraju. Kraju fajnym, ale obcym. Zmieniały się poglądy, poprawiały się umiejętności językowe, lecz adaptacja nie następowała. Nadal czułam się cudzoziemką, osobą, która ciągle się dostosowuje, mimikruje. Jak powiedziała serbska pisarka Dragica Rajcić: »Emigracja to jak garb, do którego się przyzwyczaja«”.

W ich historiach odbijają się doświadczenia Polek wyjeżdżających na Zachód jeszcze przed wstąpieniem do UE, zmuszonych załatwiać pozwolenia na pobyt i pracę, by studiować, pracować, założyć rodzinę.

„– A z jakiego kraju pani jest? – tak zwykle pytali mnie, kiedy dzwoniłam w sprawie wynajmu mieszkania. Nigdy nie chciałam mieszkać w akademiku.

– Jestem z Białorusi.

– Ach, tak... Cudzoziemcom dziękuję! – połączenie zakończone”.

– Po co pytać, z jakiego jestem kraju, jeżeli pani i tak dziękuje cudzoziemcom? – zastanawia się Alena Zerka z Białorusi, autorka tekstu, który zdobył trzecią nagrodę. I od razu myśl: a może Szwedka albo Brytyjka byłaby mniej cudzoziemska?

Albo pan Andrzej z Ursusa, który w reakcji na decyzję o przeprowadzce zarekwirował paszporty Aleny i jej koleżanki i nie chciał oddać, dopóki nie zapłacą za internet do końca trwania umowy. „Pewnie w tamtej chwili poczuł się wielkim panem, który w końcu odzyskał władzę nad swoimi Kresami Wschodnimi” – pisze Alena.

– Młodzi Polacy są otwarci i ciekawi obcokrajowców, wręcz hojni względem nas – ocenia Claudia. – Czasem tylko widzę zaskoczony wzrok, gdy mówię, że jestem Rumunką: Rumunka czy Romka? To mi jednak nie przeszkadza. Może nawet mam trochę romskiej krwi, kto wie?

Inny sposób, by nie poddać się niewidzialności, to zacząć działać. Wiele migrantek odkrywa w sobie gen społecznictwa, który we własnym kraju być może nigdy by się nie ujawnił. Albo potrzebę wspólnotowości. Tetyana Rodnyenkova, lwowianka, przez kilka lat koordynatorka funduszu stypendialnego dla młodych naukowców z krajów postradzieckich, działa w fundacji Nasz Wybór, zajmującej się wspieraniem wzajemnych kontaktów Polaków i Ukraińców. Lena Siutsova uczestniczy w warsztacie pisania ikon u dominikanów na warszawskim Służewcu, zapisała się na kurs szycia, śpiewa w zespole Czuwir i organizuje festiwale kina opowiadanego – gatunek ten, który powstał w Mińsku pod koniec lat 80., jest, jak mówi Lena, czymś na pograniczu kina, opowiadania i performansu.

Claudia przyszła na manifestację popierającą uchodźców pod pomnik Kopernika w Warszawie. Z polsko-rumuńską córką w wózku i hasłem wypisanym na kawałku tektury. – Wstyd mi za postawę rządów krajów Wschodniej Europy, zarówno w Polsce, jak i Rumunii, które mają tyle hipokryzji, by twierdzić, że jesteśmy zbyt biednymi krajami, by przyjąć ludzi w potrzebie. Nasz region musi przezwyciężyć kompleksy gorszej części Europy, pomagając innym. Wtedy odzyskamy godność – mówi Claudia. ©

Dziękuję Instytutowi Spraw Publicznych za możliwość wykorzystania fragmentów prac migrantek.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Pisarka i dziennikarka. Absolwentka religioznawstwa na Uniwersytecie Jagiellońskim i europeistyki na Uniwersytecie Ekonomicznym w Krakowie. Autorka ośmiu książek, w tym m.in. reportaży „Stacja Muranów” i „Betonia" (za którą była nominowana do Nagrody… więcej

Artykuł pochodzi z numeru TP 39/2015