Reklama

Niedostrzeżone z Księżyca

Niedostrzeżone z Księżyca

16.07.2019
Czyta się kilka minut
Dokładnie 50 lat temu, w lipcu 1969 r., Jerzy Turowicz pisze krótki tekst o lądowaniu człowieka na Księżycu.
Z

Zatytułuje go „Widziane z Księżyca”: „A więc udała się ta rzecz fantastyczna, nieprawdopodobna, niewiarygodna, niemal niemożliwa. (…) Armstrong, Aldrin i Collins polecieli na księżyc jako ambasadorzy gatunku Homo sapiens. Towarzyszyło im w tej podróży poczucie solidarności i braterstwa ze strony wszystkich ludzi. (…) Bo jak oczyma trzech astronautów patrzyliśmy z bliska na Księżyc, tak trzeba także, byśmy spojrzeli z ich perspektywy na Ziemię, ojczyznę ludzi rozbitą konfliktami. (…) Najważniejszą stroną wyprawy na Księżyc są skutki moralne, pogłębienie się świadomości, że ludzkość jest jednością. Że w obliczu kosmosu maleńka Ziemia jest może jedyną planetą zamieszkaną przez istoty zdolne myśleć, kochać, powołane do tego, by wspólnym, solidarnym...

3454

Dodaj komentarz

Chcesz czytać więcej?

Wykup dostęp »

Załóż bezpłatne konto i zaloguj się, a będziesz mógł za darmo czytać 6 tekstów miesięcznie! 

Wybierz dogodną opcję dostępu płatnego – abonament miesięczny, roczny lub płatność za pojedynczy artykuł.

Tygodnik Powszechny - weź, czytaj!

Więcej informacji: najczęściej zadawane pytania »

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Trudno powiedzieć co człowiekowi przyjdzie do głowy z perspektywy Księżyca czy kosmosu jako takiego. Krąży taka anegdota. Rosjanie zaczęli negować lądowanie na księżycu Amerykanów, więc oni w zamian zaczęli podważać lot Gagarina, ale dla dobra ludzkości uznali wszyscy, że jednak wszystko odbyło się jak należy. Kto wie może to i prawda. Nie mam pojęcia o jakich skutkach moralnych Ksiądz pisze, toż to tylko wyścig zbrojeń był, zaś spojrzenie na ziemię z pewnej perspektywy, w zasadzie musi natchnąć refleksją, że nie jesteśmy sami w kosmosie, jest to logicznie i matematycznie niemożliwe. Absolutnie nie zgadzam się z tezą jakoby mielibyśmy wspólnymi siłami, zgodnie dążyć do jakiegoś celu. To było by wbrew zasadom ewolucji i logiki. Nowe musi wypierać stare, gorsze ulegać lepszemu. Po drodze musimy popełniać błędy, to warunek lepszego. Bóg nie jest do poprawki, to my się musimy doskonalić poprzez błędy. W żadnym wypadku nie możemy być niewspółdziałającymi braćmi, zajechalibyśmy nasza ziemie w mig, Musi być bandyta i złodziej i policjant który ich ściga. „Było sobie życie” proszę sobie pooglądać ten animowany serial, on dużo wyjaśnia.„ gdyby wszyscy mieszkańcy Ziemi zaryzykowali na jeden dzień uwierzyć Ewangelii” No gdyby i nawet tak się stało, odwrócilibyśmy zły omen? Najpierw nasza religia głosi, że wszystkie włosy na naszych głowach są policzone, a teraz ksiądz z innej beczki, Sodomę i Gomorę mogło uratować dziesięciu sprawiedliwych. Ta historia ma ciąg dalszy nieco mniej efektowny. Z punktu widzenia chrześcijanina to bluźnierstwo, ale nasze święte księgi są tak samo dobre jak te innych religii. Niespełna 1 procent naszej populacji deklaruje się zdecydowanie jako ateiści, reszta wierzy, nieważne w co i jak, w sumie mamy jednego Boga i co z tego. ponoć bez jego wili nawet palcem kiwnąć nie możemy, a co dopiero ratować klimat na ziemi, oczywiście po naszemu , na nasz sposób. TP, jeśli dołącza do chóru wieszczących koniec świata, to znaczy, że czas się z nim rozstać, bo coś w nim mocno zaczyna szwankować.

A ja, wówczas wprawdzie jeszcze dziecko, wspominam tamten czas jako niezwykły, rzeczywiście pełen takiej cichej euforii i poczucia, że dzieje się coś ważnego dla nas wszystkich. Bo wszyscy o tym mówili z rzadkim w innych sytuacjach przejęciem. Nawet w salce katechetycznej w gablotce święte Tereski, Matki Boskie, aniołki i lilije chwilowo ustąpiły miejsca rakietom, gwiazdom oraz powycinanym z czasopism portretom astronautów i zdjęciom z Księżyca, a zamiast słów Pisma przemówił wierszem Asnyk: "Szukajcie prawdy jasnego płomienia! / Szukajcie nowych, nie odkrytych dróg... / Za każdym krokiem w tajniki stworzenia / Coraz się dusza ludzka rozprzestrzenia / I większym staje się Bóg!". To był punkt kulminacyjny a zarazem początek końca krótkiej Ery Kosmicznej w dziejach ludzkości - 1957-1972. Jedną z jej wzruszających pamiątek jest tabliczka wotywna w kościele Św. Krzyża - jedna z setek ofiarowanych św. Judzie Tadeuszowi, patronowi spraw beznadziejnych. "Święty Tadeuszu Judo, pokornie dziękuję za szczęśliwy powrót na ziemię astronautów amerykańskich Apollo 13 J. Lovella, F. Kaisela, J. Swigerta - W-wa 17 IV 1970 r. Z. Łabuńko". W obliczu tego pokornego wyrazu wdzięczności i ja czuję się częścią jednej rodziny wraz z J. Lovellem, F. Kaiselem, J. Swigertem, panem lub panią (ktoś może wie?) Z. Łabuńką i wszystkimi ludźmi, jacy gościli, goszczą i jeszcze będą gościć na tej planecie.

Wszystko to prawda, ja też na tamte sprawy patrzałem oczami dziecka. Pamiętam mojego wujka ŚP, który został z kolektywizowany, że tak ładnego użyje określenia. Ciotka w pocie czoła harowała na utrzymanie rodziny i wykształcenie dzieci, a on całymi nocami wsłuchiwał się w radio Wolna Europa i inne zachodnie stacje. Wyczekiwał z wiarą w odsiecz amerykańską, na pogrom komunistów. Pamiętam jego euforię, że teraz to na pewno pogonią amerykańce kota ruskim. Na pewno nie był osamotniony w swych nadziejach. Do dziś nam tak trochę zostało, tam za oceanem jest lepsze, oni się tym z nami podzielą. Latka lecą, a my wciąż o wizy żebrzemy, nijakiej z tego nauki nie biorąc. Tak po prawdzie, wszystkie te wielkie sprawy i wydarzenia wiekopomne, są w gruncie rzeczy bardzo przyziemne.

Trochę to było podszyte satysfakcją, że udało się Amerykanom, a nie ruskim, ale nie chodziło tylko o politykę. W tamtym czasie zdarzyło się, że na zaproszenie kolegi zaszedłem po szkole do jego domu. Było to jednoizbowe lokum w zrujnowanej czynszówce, zasiedlonej wyłącznie przez Cyganów. Pamiętam bidę wyłażącą z każdego kąta, drażniący zapach jakby smażonej cebuli oraz ciasnotę, bo oprócz rodziców kolegi było tam jeszcze trochę jego rodzeństwa w różnym wieku i babcia albo prababcia (wydawała mi się o wiele starsza od mojej babci). Wszyscy byli przyjaźni, pokazywali mi jakiegoś noworodka i częstowali jedzeniem, od czego udało mi się dyplomatycznie wymówić, stara Cyganka natomiast chciała ze mną rozmawiać tylko o wyprawie Apollo 11. Nie mogła sobie uzmysłowić, jak to się dokonało. "Przecież musieliby ten Księżyc przebić" - wątpiła. Dopiero kiedy dotarło do mnie, że wyobrażała sobie naszego naturalnego satelitę jako płaski krążek na czaszy nieba, a pojęcia dół-góra nie miały dla niej żadnego związku z prawami grawitacji, wytłumaczyłem jej sprawę jak umiałem. Nadal kręciła głową z niedowierzaniem, ale była bardzo zadowolona, że ktoś, choćby dzieciak "gadziów", dzieli z nią te nieziemskie zainteresowania i z powagą o nich rozmawia. A o wizy właśnie już nie żebrzemy, pokazując rany odniesione w walce za wolność naszą i waszą, ale staramy się dostać do programu VWP legalnie i głównymi drzwiami (bezwizdousa.pl). Amerykanie bowiem dopuszczają do niego na jasnych i ściśle określonych zasadach, z których główną jest spadek odmów poniżej 3% złożonych wniosków. Raz podnieśli do 6% i wtedy załapali się Czesi. Myśmy wówczas byli na poziomie 12%. Dziś jest bliżej niż kiedykolwiek i może stanie się to w ciągu kilku miesięcy. I jeszcze pytanie odnośnie do twojego poprzedniego komentarza: co zmusza do uwierzenia, że nie jesteśmy sami w kosmosie? Bo ja zwyczajnie nie wierzę albo, ściślej, uważam taką hipotezę za zupełnie niekonieczną (ot, jakbym fantazjował o tajnych bazach nazistów na Księżycu). Może czegoś nie biorę pod uwagę, jak tamta Cyganka, ale postaram się zrozumieć, o ile choć z grubsza wytłumaczysz, o jaką matematyczną lub logiczną konieczność chodzi.

Jeszcze jedna historyjka, tym razem niesentymentalna. Dzisiaj, 20 lipca, obejrzałem rocznicowy doodle. Jest to animacja opowiadająca dzieje wyprawy od startu do wodowania, z Michaelem Collinsem jako narratorem zza kadru. Na koniec Collins wspomina światowe tournée załogi, podczas którego od wszystkich słyszeli "Udało nam się!". "Nam - wam i mnie - mieszkańcom naszej wspaniałej Ziemi. Zrobiliśmy to!" - mówi astronauta. I tu przypomniała mi się wiadomość, która obiegła prasę dekadę temu. W czasie jednej z takich podróży w 1969 roku astronauci wręczyli premierowi Holandii kawałek skały księżycowej. W spadku po premierze cenny kamień (szacowany na 308000 GBP) trafił do Rijksmuseum, gdzie przyciągał po kilkadziesiąt tysięcy widzów rocznie. Aż w 2009 roku ktoś z nudów zaczął oglądać go dłużej i dokładniej, a kiedy podzielił się spostrzeżeniami, postanowiono poddać obiekt testom. No i zonk! Jest to kawałek skamieniałego drewna, co teraz fachowcy ponoć zauważają nawet gołym okiem. NASA wyjaśnia, że... nie jest w stanie tego wyjaśnić. Collins z kolegami odwiedził ponad sto krajów, odłupków z Księżyca rozdano przy różnych okazjach wielokrotnie więcej. Widocznie ktoś coś pomieszał. Ambasada USA w Hadze zapowiedziała dochodzenie, ale nie wiem, czy je przeprowadzono i z jakim skutkiem. Zdumiewające, jak mało świat (ze mną włącznie) przejął się tą historią - niczego nie rozstrzygającą, ale przecież nie całkiem błahą. Widocznie naprawdę potrzebowaliśmy i potrzebujemy wiary w to, że raz coś tak wspaniałego udało się nam wszystkim - im, wam i mnie. Link z artykułem o fejkowej skale tutaj: https://www.telegraph.co.uk/news/science/space/6105902/Moon-rock-given-to-Holland-by-Neil-Armstrong-and-Buzz-Aldrin-is-fake.html

co to znaczy "uwierzyli Ewangelii"?... niby której? jakiemu fragmentowi? a co ze sprzecznymi itede? Ksiądz Redaktor znowu wyświechtane slogany puszcza w obieg, takie mają widać kaznodzieje skrzywienie zawodowe - niewiele za nimi jeśli cokolwiek się kryje, za sloganami rzecz jasna...;) - ja sobie na dziś do wierzenia wybrałem fragment, że człowiek na obraz i podobieństwo został stworzony, i on powinien dać innym weń wierzącym do myślenia, niech nad nim pochylą się zamiast fantazjować [jak Pani profesorka filozofka] co to będzie za sto tysięcy lat - a guzik będzie i guzik nas to obchodzi, szczególnie księży bezdzietnych, bo ci już na 100% mają ten kłopot z głowy

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]