Reklama

Mit wyprzedaży majątku narodowego

Mit wyprzedaży majątku narodowego

11.09.2005
Czyta się kilka minut
Mity o gospodarce - fałszywe, a co najmniej słabo uzasadnione naukowo wyobrażenia ekonomiczne - krążą wśród ludzi, ubarwiając spotkania towarzyskie i spory polityczne. Łatwo jednak stają się groźnym narzędziem w rękach demagogów, polityków starających się zdobyć władzę nad ogłupionym elektoratem.
Z

Zastanówmy się nad treścią dwóch, ściśle powiązanych ze sobą mitów: jednego o nacjonalizacji socjalistycznej i drugiego o prywatyzacji ocenianej jako grabież, najczęściej pod hasłem: “wyprzedaż za bezcen polskiego majątku narodowego".

Sprawiedliwość opłacalna

Wielu ludzi wzięło za dobrą monetę i przyswoiło sobie propagandowe kłamstwo władz komunistycznych, że po II wojnie światowej dokonała się w Polsce nacjonalizacja większości środków produkcji w przemyśle, handlu, transporcie itd.

Rzeczywiście niemal cały majątek wytwórczy został odebrany prywatnym właścicielom. W rolnictwie dotyczyło to nie tylko wielkiej własności ziemskiej, ale w praktyce także rolnictwa chłopskiego, którego prawa własności były drastycznie ograniczane lub zawieszane. Kłamstwo nie polega na tym, że nie było to wywłaszczenie obywateli, bo było, lecz na tym, że nie zostało to dokonane na rzecz całego narodu (“nacjonalizacja"). Majątek ten został bowiem upaństwowiony, tzn. dostał się w ręce partyjnych biurokratów - rodzimych i ich moskiewskich zwierzchników - a następnie był używany głównie do realizacji sowieckich celów imperialnych. Dotyczy to nie tylko własności państwowej, ale także spółdzielczej, której samodzielność była najczęściej fikcyjna.

Podjęta w III Rzeczypospolitej prywatyzacja (i reprywatyzacja) tego upaństwowionego majątku ma co najmniej dwa uzasadnienia. Jedno, że słuszne jest odwrócenie, w możliwie maksymalnym stopniu, skutków grabieży dokonanej w Polsce Ludowej. Chodzi tu więc o względy sprawiedliwości dziejowej.

Drugie uzasadnienie jest czysto ekonomiczne. Prywatyzujemy państwowe przedsiębiorstwa, aby zwiększyć efektywność naszej gospodarki. Jest bowiem udowodnione - zarówno w trybie naukowej analizy, jak i przez historyczne doświadczenie licznych krajów - że przedsiębiorstwa prywatne z zasady (co nie znaczy: w każdym pojedynczym przypadku) są bardziej efektywne, więc dają większy produkt z tych samych zasobów rzeczowych i ludzkich. Jest tak głównie dlatego, że prywatny właściciel odpowiada swoim majątkiem za decyzje gospodarcze, podczas gdy kierujący przedsiębiorstwami urzędnicy państwowi odpowiadają najczęściej tylko swoimi stanowiskami. Ponadto właściciel z reguły znacznie bardziej skrupulatnie sprawuje nadzór nad pracownikami niż najemny urzędnik. Prywatny właściciel jest więc silniej pobudzany, aby być dobrym gospodarzem.

Oczywiście są wyjątki: niedbali właściciele i doskonali, gospodarni urzędnicy. Ale to tylko wyjątki. Gospodarcze wyniki czterdziestu paru lat PRL są tego dobrą ilustracją, szczególnie gdy porównamy je z efektami europejskich krajów kapitalistycznych. To, co pozostało nam po rozwoju “socjalistycznych sił wytwórczych", skonfrontowane z dzisiejszym, swobodnie zgłaszanym popytem społeczeństwa i z wymaganiami rynku światowego, okazało się w większości przestarzałe lub zbędne. W rezultacie użyteczność odzyskanego po PRL majątku jest często więcej niż skromna.

Dlatego powrót do prywatnej własności, która przed komunizmem panowała w polskiej gospodarce, jest w naszym interesie: stwarza bez porównania lepsze warunki dla rozwoju gospodarczego (co nie znaczy, że operacja ta nie powoduje też kosztów i problemów, choćby zwiększenia bezrobocia).

Cena fikcyjna

Prywatyzowanie oznacza albo zwrot dawnym właścicielom, albo - gdy mowa o majątku powstałym naszą pracą i wyrzeczeniami w ramach własności państwowej - sprzedaż nowym właścicielom. Stają teraz przed nami dwa pytania. Pierwsze: za ile sprzedać? I drugie: komu? Czyli dochodzimy do sprawy mitu o “wyprzedaży".

Ekonomia nie zna jednej obiektywnie określonej wyceny obiektów przemysłowych czy transportowych, ziemi, lasów, bogactw naturalnych ani żadnych innych dóbr ekonomicznych.

Mówimy o akademickiej nauce ekonomicznej, a nie o ideologicznych i politycznych dogmatach marksizmu-leninizmu, takich jak na przykład przekonanie, że dobra mają swoją wewnętrzną, obiektywną “wartość" wiązaną z nakładem pracy, którą doktryna uznała za “produkcyjną" (żeby nie było nieporozumień - oznacza to całkowite odrzucenie marksowskiej teorii wartości i wartości dodatkowej, gdyż są one co najmniej nie udowodnione naukowo).

W istocie suma, a więc cena, za jaką można sprzedać różne dobra, zależy każdorazowo od relacji między podażą a popytem. Jeśli są liczni chętni nabywcy, można sprzedać drogo, nawet gdy podaż jest znaczna. Jeśli ich brak, a chcemy się pozbyć fabryki, która przynosi straty i wymaga dotacji z budżetu państwa, warto ją oddać nawet za symboliczną złotówkę. A są takie fabryki, z którymi naprawdę nie wiadomo, co zrobić, bo nawet ich “złomowanie" jest bardzo kosztowne. Trzeba więc machnąć na nie ręką, a może nawet dopłacić nowemu właścicielowi, byle się ich pozbyć. Nasze kłopoty z równowagą budżetową wynikają m.in. stąd, że co roku musimy dopłacać miliardy złotych do państwowych kopalń węgla, kolei, hut itp.

W związku z tym określenie “wartość majątku narodowego", rozumianego jako suma wartości wszystkich dóbr należących w danym kraju do osób prywatnych, organizacji gospodarczych, stowarzyszeń, państwa, samorządów - choćby obliczona w sposób najrzetelniejszy, jest wielkością fikcyjną, całkiem nieoperatywną. Gdybyśmy chcieli sprzedawać po kolei cząstki tego majątku, to być może uzyskiwalibyśmy odpowiedni ułamek tej sumy. Gdybyśmy chcieli jednak sprzedać jednorazowo bardzo wiele tych obiektów (lub wszystkie), to nasza olbrzymia podaż napotkałaby na relatywnie znikomy popyt (skąd wziąć ludzi z pieniędzmi chętnych na to wszystko?), co spowodowałoby katastrofalny spadek ceny. I wtedy okazałoby się, że nasza książkowa wycena jest czystą fantazją.

W szczególności, wbrew dość popularnej opinii, nie ma znaczenia, ile w swoim czasie środków włożono w zbudowanie danego obiektu (ewentualnie, ile trzeba by włożyć, aby obecnie zbudować go na nowo). Całkiem bowiem sprawne fizycznie urządzenia mogą dziś nie mieć żadnej wartości (ani nie być warte odtworzenia), jeśli zmieniła się technika lub potrzeby nabywców. Można nieraz usłyszeć argument: tyle kiedyś wyłożyliśmy na budowę tego zakładu i tyle nam się teraz należy. Niestety jest to myślenie fantastyczne. To, co kiedyś drogo kosztowało, łatwo może dziś być bez wartości i w tym przypadku nic nam się nie należy.

Wszystko to powoduje, że sprawa “za ile?" jest wielce delikatna i podatna na demagogię, afery i pomówienia.

Jedyną zasadą, jaką można przyjąć bez zastrzeżeń, jest poddawanie procedur sprzedaży nie tylko fachowemu nadzorowi ekonomistów, księgowych, inżynierów i prawników, lecz stosowanie możliwie niezależnych mechanizmów wyboru (przetarg), a co ważniejsze, dokonywanie tego w sposób możliwie przejrzysty dla opinii publicznej. Sprawa jest trudna, ale, jak pokazuje stosunkowo niedawne doświadczenie wielu zachodnich krajów kapitalistycznych (np. Wielkiej Brytanii), może być rozwiązana w miarę rzetelnie, z ograniczeniem występowania afer korupcyjnych do znośnego minimum.

Komu, komu?!

Jeśli zgodzimy się, że trzeba prywatyzować przez sprzedaż, to kolejne pytanie brzmi: komu sprzedawać? Sprawa nie jest prosta, istnieje bowiem wiele bardzo różnych rodzajów organizacji gospodarczych i form własności. Znane są jednak pewne ogólne wskazówki postępowania. Rozpatrzmy pokrótce niektóre z nich.

Jeśli celem prywatyzacji jest zwiększenie efektywności, to należy preferować prywatnych właścicieli, tj. osoby fizyczne lub organizacje, w których nadzór sprawują prywatni właściciele - osoby fizyczne. To oni będą bowiem odpowiadać swoim majątkiem i reputacją za podejmowane decyzje gospodarcze. Oni też będą zainteresowani dobrymi wynikami swojego przedsiębiorstwa. Należy natomiast unikać prywatyzacji, w wyniku której w nowym przedsiębiorstwie udziały ma skarb państwa. Jeśli łączymy firmy prywatne ze znacznym udziałem państwa (skarbu państwa czy firm państwowych), to w istocie nie dokonujemy prywatyzacji, lecz upaństwowienia, gdyż poddajemy prywatnych wspólników nadzorowi politycznemu i biurokratycznemu. A to najczęściej nie służy zwiększeniu efektywności ekonomicznej. Warto zauważyć, że większość afer, z jakimi mamy w ostatnich latach w naszym kraju do czynienia, pojawiła się właśnie na styku wspólnego biznesu prywatnego i “biznesu" państwowego.

Równocześnie jednak uważa się za korzystne, aby własność nie była nadmiernie rozproszona (bardzo wielu drobnych udziałowców), gdyż wtedy władza przechodzi z rąk właścicieli w ręce najemnych menedżerów. Ta wskazówka podnosi korzyści z istnienia tzw. inwestora strategicznego.

Powyższe nie musi przeczyć celowości jednorazowego przekazywania załodze pewnej liczby akcji prywatyzowanego przedsiębiorstwa. Łagodzi to bowiem możliwe napięcia i wzmacnia więzi między firmą i pracownikami.

Na koniec sprawa często wywołująca ostre spory: czy sprzedawać cudzoziemcom i zagranicznym firmom? Systematyczne jej rozpatrzenie nie mieści się w tym krótkim tekście. Tym bardziej że wychodzi ona daleko poza ramy problematyki ekonomicznej. Dotykamy tu bowiem mitów narodowych. Przypominają mi się tu, obce mi całkowicie hasła: modne w dwudziestoleciu międzywojennym: “swój do swego po swoje" (w znaczeniu: nie kupuj u Żyda i Niemca) lub dzisiejsze: “dobre, bo polskie".

Warto tu jednak zrobić dwie uwagi. Pierwsza: jeśli weszliśmy do Unii Europejskiej, to musimy się pogodzić z tym, że przedsiębiorcy różnych narodowości mają takie samo prawo do wchodzenia na polski rynek, jak polscy przedsiębiorcy do wchodzenia na rynki innych krajów. I druga: jeśli chcemy wyjść z naszego zacofania i doganiać rozwinięte kraje kapitalistyczne, to musimy korzystać z obcych umiejętności i doświadczeń, a te stosunkowo najłatwiej przychodzą z obcym kapitałem i upowszechniają się w codziennej współpracy w przedsiębiorstwach.

Janusz Beksiak jest profesorem ekonomii Szkoły Głównej Handlowej i Uniwersytetu Jagiellońskiego, współautorem pierwszego programu transformacji ustrojowej, przygotowanego jesienią 1989 r. (tzw. “Raport Beksiaka"). Wydał m.in.: “Państwo w polskiej gospodarce lat dziewięćdziesiątych XX wieku" (2001).

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]