Miesiąc trzeźwości

W kolejce do kasy zaglądam ludziom do wózków. Mrożone dania gotowe, konglomeraty sztucznych aromatów... To już to nieszczęsne piwo jest mniej szkodliwe od tych śmieci.

12.08.2016

Czyta się kilka minut

 / Fot. blog kulinarny simonebissolati.weebly.com
/ Fot. blog kulinarny simonebissolati.weebly.com

Jako przybysz z warszawskiej wsi z uwagą przystaję i czytam każdą napotkaną na ścianach krakowskich domów tablicę – a jest ich, jak wiadomo, mnóstwo. Kolekcjonuję postaci i wdaję się czasem w rozmowy – o czym niedawno już była mowa przy okazji postaci Retingera na Wiślnej. Równie blisko redakcji „Tygodnika”, przy Gołębiej, mijam innego zacnego męża.

„Fryderyk Hechel (1795–1851), profesor UJ, inicjator i krzewiciel trzeźwości w naszym mieście” srogo na mnie łypie, bo gdy spróbowałem ustalić, ile w ostatnich kilkunastu latach było takich dni, kiedy nie piłem wina, to z trudem doliczyłem się sześciu. Starszy od krzewiciela o pokolenie i różniący się jedną spółgłoską Jerzy Fryderyk Hegel pił za to tęgo i zacnie – nauczył się zapewne podczas trzyletniej pracy ochmistrza w domu winnego handlarza we Frankfurcie. Nauka nie poszła w las. Zawsze mnie to fascynowało: jakim cudem wielka niszczarka historii wie, kiedy ocalić sklepowe rachunki. W każdym razie z zachowanych dokumentów wynika, że w okresie pracy w Jenie Hegel ściągał pokaźne ilości win bordoskich, w tym będącego do dziś na absolutnym szczycie klasyfikacji Haut-Brion.

Że pił wino, to jeszcze nic – podniósł je do rangi „potężnego sojusznika filozofa przyrody”. Zamiana winnej latorośli w wino była kapitalnym przykładem procesu dialektycznego. Każda rzecz dąży do swojego zaprzeczenia. Poprzez negację pierwotnej formy grona dochodzi do wywyższenia jej ducha w formie wina. Mało tego – winogrono jest jeszcze w głębszym sensie najbardziej dialektycznym owocem, stanowi bowiem przykład metamorfozy natury w kulturę – uprawa winorośli i winifikacja to procesy całkowicie sterowane, wystudiowane, kulturowe właśnie. Kultura nie jest więc w tej wizji czymś przeciwstawnym naturze, raczej przywłaszcza sobie jej formę i wynosi wyżej, a Geist, czyli duch, innymi słowy spiritus, osiąga jednię – trochę to mętne, ale pojmujemy to coraz chętniej z każdym łykiem.

Niektórzy co bardziej rzutcy umysłowo uczniowie Hegla, zanim jeszcze zyskali etykietkę lewicy heglowskiej, tworzyli luźną grupę zwaną Die Freien; czuli się wolni, ale wolność ta napotykała granicę cierpliwości berlińskiego winiarza Hippela, który przestawał nalewać na kreskę. W związku z czym zbuntowani filozofowie wychodzili na ulicę pozyskać pieniądze od przechodniów. Próbuję sobie to wyobrazić: dżdżysty wieczór w bocznej ulicy koło placu Żandarmerii, gdzie wbrew nazwie trudno uświadczyć o tej porze choć jednego żandarma, idziecie szybkim krokiem, a tu nagle młody August Cieszkowski wraz z młodym Karolem Marksem zaczepiają was na rogu: „momencik, dorzuci się nam kierownik, koledze piątaka brakuje”. To tylko fantazja, ale dalekosiężne skutki owych młodzieńczych, rozgorączkowanych erupcji pierwocin marksizmu i mesjanizmu stały się przekleństwem sto lat później. Może gdyby nie pili wina...

To znamienne, że dopiero w pierwszej połowie XIX stulecia trzeźwość pojawiła się jako osobne zagadnienie publiczne, wyjęte z prostych ram nauki moralnej Kościoła i rozpatrywane jako wrzód na ciele społecznym, poza kontekstem grzechu. Europa i Ameryka zaroiły się od inicjatyw na rzecz wyrugowania alkoholu. Celowali w tym protestanci, ale prof. Hechel przytwierdzony do ściany na Gołębiej stanowi dowód, że to ponadwyznaniowe wzmożenie.
Celu wprawdzie nie osiągnął, ale przez jego i jemu podobnych alkohol zyskał stygmę, stał się wygodnym kozłem ofiarnym dla zeświecczonej, coraz bardziej suwerennej moralnie kultury, która istnienia Zła już nie potrafi przyjąć wprost, ale ciągoty za jego istnieniem pozbyć się nie może. Łatwo to widać, ilekroć ktoś używa alkoholu do naznaczenia, potępienia, odgrodzenia się. Wszystkie te niemające podstawy w twardych danych opowieści o pieniądzach z 500 plus wydawanych „na wódkę” czy „piwo” są tak naprawdę mistyfikacją. Pod pozorem troski płynie przekaz: ci ludzie nie powinni dostać pieniędzy, one są w ich rękach niezasłużone, wręcz niebezpieczne.

Może więc zrewidujmy sobie obraz tego, co nam szkodzi, co uzależnia. Stoję nieraz w kolejce do kasy w dyskoncie i zaglądam, jak to mam w zwyczaju, ludziom do wózków. Mrożone dania gotowe, próżniowo owinięte świństwa, konglomeraty sztucznych aromatów i utrwalaczy... To już to nieszczęsne piwo z pewnością mniej szkodliwe od tych śmieci. A te wszystkie wzmacniacze smaku, sól i cukier stosowane w dawkach, które nam rozwalają wątroby i ośrodki przyjemności w mózgu – to aby nas nie uzależniają? Nasza cywilizacja, od greckiego sympozjonu po Wieczernik, została zbudowana przez ludzi, którzy pili wino, nie colę. Gryźli chleb, nie czipsy. Policzcie w najbliższym supermarkecie, czego jest więcej: rodzajów czipsów czy rodzajów mąki? ©℗

​W pewnych kręgach politycznych nadaje się biznesom nazwy nawiązujące do greckiego biesiadowania, co pochwalam. Sęk w tym, że np. spartańskie syssitia mogłyby srogo rozczarować: wino było cienkie na nasze standardy – ale za to potrafili grubo zakąsić np. zupiszczem ze świńskich nóg, krwi i octu (już w starożytności uchodziło to za niezłe świństwo). Dziś w winie mamy więcej procentów, ale na talerzu mniej lipidów. Jeśli już coś ze świńskiego tłuszczu, to polecam skwarki z mangalicy ze stoiska węgierskiego na krakowskim Starym Kleparzu (niebawem otworzy się też na warszawskim biobazarze!). Albo coś bardzo lekkiego – ciasteczka winno-anyżowe. Łyżeczkę nasion anyżu moczymy przez godzinę w pół szklanki białego wina. Mieszamy 0,5 kg białej mąki z 8 g proszku do pieczenia i szczyptą soli. Wlewamy do niej pół szklanki (ok 125 ml) oleju roślinnego – nie oliwy, bo zabije smak anyżu! Potem dodajemy wino z anyżem. Wyrabiamy szybko ciasto, formujemy wałeczki o przekroju 1 cm, z których lepimy kółka. Obtaczamy jedną stronę w cukrze. Pieczemy pocukrzoną stroną do góry w 180 stopniach przez pół godziny aż się lekko zrumienią (musicie sprawdzić sami, to zależy od pieca).

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Zawodu dziennikarskiego uczył się we wczesnych latach 90. u Andrzeja Woyciechowskiego w Radiu Zet, po czym po kilkuletniej przerwie na pracę w Fundacji Batorego powrócił do zawodu – najpierw jako redaktor pierwszego internetowego tygodnika książkowego „… więcej

Artykuł pochodzi z numeru TP 34/2016