Reklama

Między nami podatkofobami

Między nami podatkofobami

w cyklu WOŚ SIĘ JEŻY
02.07.2020
Czyta się kilka minut
W temacie podatków kandydaci do prezydentury Andrzej Duda i Rafał Trzaskowski zachowują się tak, jakby ktoś właśnie odmroził ich po latach hibernacji trwającej przynajmniej od czasów Thatcher i Reagana.
Rafał Woś / FOT. GRAŻYNA MAKARA
W

Wtorek 30 czerwca, wiec Rafała Trzaskowskiego w Kartuzach. „Zapowiadam i gwarantuję weto podatkowe na podnoszenie wszystkich obciążeń dla Polek i Polaków” – powiada kandydat KO na prezydenta. To nowość, bo w przedstawionym tuż przed wyborami programie aż tak radykalnie nie było.  Mieliśmy tam jedynie tzw. estoński CIT (czyli podatek od przedsiębiorstw płacony dopiero w momencie wypłaty dywidendy) oraz podniesienie kwoty wolnej od podatku PIT. Ale weto na wszelkie nowe podatki? Jeśli potraktować zapowiedź Trzaskowskiego poważnie, to w zasadzie odbiera ona polskiemu rządowi możliwość prowadzenia jakiejkolwiek aktywnej polityki gospodarczej albo antykryzysowej. Patrząc z punktu widzenia interesu antypisowskiej opozycji to oczywiście zrozumiałe. Im bardziej ubezwłasnowolniony rząd, tym łatwiej oskarżyć go o pasywność i nieskuteczność. Ale czy od kandydata na prezydenta RP oczekuje się, by jego perspektywa sięgała dalej niż tylko interes własnego ugrupowania? Czy powinien z taką łatwością utwierdzać antypaństwowy stereotyp, że podatki to coś złego, czemu trzeba się z całą siłą przeciwstawić? Czy naprawdę tego oczekujemy od odpowiedzialnego polityka?

Niestety, to wyzwanie do licytacji, kto bardziej nie znosi podatków, podchwycił natychmiast Andrzej Duda. Jeszcze tego samego dnia premier Morawiecki powiedział, że „Duda to gwarant niskich danin publicznych”. A sam prezydent wypowiedział się zdecydowanie przeciw tzw. opłacie reprograficznej zwanej potocznie „podatkiem od smartfonów”. Chodzi o parapodatek, za którym lobbują organizacje twórców (ZAiKS) walczące o rekompensatę dla artystów, która ma im wynagrodzić to, że ściągamy muzykę, filmy albo książki z sieci, zamiast płacić za nie w sklepie. Jeszcze tego samego wieczora na Twitterze Duda wdał się w polemikę z byłym posłem Kukiz’19 Stanisławem Tyszką. Tyszka zamieścił listę podatków i parapodatków, które wzrosły za czasów PiS. Prezydent replikował, że to oszczerstwo, bo przecież podpisał ustawy podwyższające kwotę wolną od podatku, likwidujące PIT dla młodych do 26. roku życia i obniżające stawkę PIT z 18 do 17 proc. 


WYBORY PREZYDENCKIE 2020: CZYTAJ WIĘCEJ W SERWISIE SPECJALNYM >>>


Można to wszystko oczywiście wziąć w nawias kampanii wyborczej i zinterpretować jako toczącą się na naszych oczach walkę o głosy wyborców kandydata Konfederacji Krzysztofa Bosaka – uchodzących powszechnie za młodych zwolenników ultraliberalnych rozwiązań gospodarczych oraz tezy, że rząd to „banda darmozjadów”, a podatki są haraczem „na utrzymanie ich dzieci, żon i matek” (cytat za wczesnym Kazikiem Staszewskim). Problem polega jednak na tym, że obaj kandydaci na prezydenta RP zaczęli zachowywać się tak, jakby w Polsce mieszkali wyłącznie wyborcy Konfederacji. A myślenie o gospodarce było nadal skolonizowane przez postacie takie jak Margaret Thatcher i Ronald Reagan.

Uczestnikom tej podatkofobicznej licytacji umyka przy okazji wiele faktów. Warto je przypomnieć. Również w imieniu milczącej większości, która przypatruje się temu wszystkiego z coraz większym zażenowaniem. 

  1. Wbrew temu, co powtarzają niektóre organizacje lobbystyczne (oraz politycy, którzy swój rozwój ekonomiczny zatrzymali w połowie lat 90.) podatki w Polsce nie należą do wysokich. Mierzy się to pokazując relację danin fiskalnych do PKB. Wśród krajów bogatych (czyli należących do OECD) średnia wynosi 34,3 proc. Rekordziści in plus (Dania, Francja) mają podatki na poziomie 45-46 proc. PKB. Po drugiej stronie spektrum są kraje takie jak Meksyk (16 proc.) oraz (Chile 21 proc.). No, ale tam państwo przerzuciło na obywateli zabezpieczenie sobie losu emerytalnego oraz troski o zdrowie. A Polska? Polska ma relację podatków do PKB na poziomie 35 proc. W zachodniej stawce sytuuje nas to dokładnie pomiędzy Czechami i Portugalią (trochę więcej niż my) a Hiszpanią i Wielką Brytanią (trochę mniej).

 

  1. Podatki za PiS-u – owszem – wzrosły. Ale wzrosły nieznacznie. W roku 2015 ich udział w PKB wynosił 33,8 proc. Dziś to 35 proc. Mówimy więc o wzroście na poziomie ok. 1 punktu procentowego. Na ten wzrost składa się przede wszystkim wprowadzony w 2016 roku podatek bankowy. Miał do niego dołączyć podatek handlowy. Uchwalono go też w 2016 roku, ale wejście w życie zablokowała mu Komisja Europejska. Uderzał bowiem głównie w interesy zachodnich koncernów, które kontrolują polski rynek handlu wielkopowierzchniowego. Po poprawkach miał wejść w życie w 2020 roku, ale pojawił się koronawirus i rząd znów daninę zawiesił. Na tym kończy się jednak lista dużych PiS-owskich podatków. A pozostałe wzrosty danin mają charakter „aksamitny” – odbywają się pod płaszczykiem np. podwyżki opłat za śmieci albo wyższych stawek VAT na niektóre produkty. Jeśli ktoś jednak chciałby się tu doszukiwać perfidnej inwencji partii rządzącej, to niestety… pudło. Bo dokładnie tak samo postępowali poprzednicy PiS, z Platformą Obywatelską na czele. Woleli operować stawkami VAT, bo to nie wymaga stanięcia z otwartą przyłbicą do walki o wyższe podatki. Dlatego właśnie mowa o podwyżkach „aksamitnych”. 

 

  1. Cała dyskusja „kto bardziej obniży” odsuwa nas od sedna problemu polskiego systemu podatkowego, którym nie jest wysokość danin, tylko ich niesprawiedliwe rozłożenie. Zjawisko to ekonomiści nazywają „degresją” lub „regresją”. Są one przeciwieństwem „progresji”. Progresja w podatkach jest wtedy, gdy ten, kto ma więcej zasobów, płaci procentowo wyższą kwotę. Dla tego ostatniego nie ma to aż tak wielkiego znaczenia praktycznego. Pozwala natomiast osłonić np. wyższą kwotę wolną od podatku dla najsłabiej zarabiających. Nasza podatkowa regresja nie zdarzyła się przypadkiem. To konsekwencja kumulacji polityki gospodarczej kolejnych rządów: Buzka, Millera, Belki, Kaczyńskiego czy Tuska. Sprawiły one, że nasz system podatku PIT jest de facto płaski. Stawkę 32 proc. płacą nieliczni zatrudnieni na etatach, większość zaś rozlicza się według 17-18 proc. stawki. Podatków majątkowych czy od dziedziczenia zaś praktycznie nie ma. Płaskie podatki to oczywiście spełnienie snów gospodarczych liberałów z czasów Reagana i Thatcher. Jego negatywną stroną jest jednak mocne obciążenie najsłabiej zarabiających. Jeżeli zarabiający w okolicach płacy minimalnej zapłaci podatek i składki, zostanie mu niewiele. I pojawi się uzasadniona wściekłość. Ale przecież to nie na samą instytucję podatku powinien się ów podatnik wściekać, tylko na twórców systemu, którzy zamiast ulżyć małemu, a ściągnąć z dużego i lepiej zarabiającego, powiedzieli mu, że ma się cieszyć. Bo lepiej nie będzie. Jednym, co potrafią mu od lat zaproponować uczestnicy politycznej gry, jest hasło podwyżki kwoty wolnej. Wspaniale. Tylko, że wyższa kwota wolna oznacza niższe wpływy budżetowe. Jeżeli nie zostaną one zrekompensowane wyższym podatkiem po drugiej stronie spektrum, czyli wśród bogatych, to w finansach pozostanie wyrwa. O tym jednak podatkofobiczni politycy mówić nie chcą. 

 

  1. Innym – wynikającym z tego, co powyżej – przejawem niesprawiedliwości polskich podatków jest nadmierna rola danin pośrednich w całym systemie. Od lat stanowią one mniej więcej połowę polskich wpływów podatkowych. W krajach zachodnich ich znaczenie jest mniejsze – koło 1/3 wpływów. Dlaczego to źle? Bo podatki pośrednie (czyli VAT i akcyza) ukryte są w cenach towarów. Ich wysokość jest taka sama dla każdego kupującego. Niezależnie od tego, czy jest nim bogacz czy biedak. Ten problem jest w zasadzie nie do rozwiązania. Można oczywiście fantazjować na temat inteligentnych półek sklepowych, które zmieniają cenę pod wpływem oceny zdolności płatniczej kupującego. W warunkach współczesnych gospodarek tego typu rozwiązania nie są możliwe do wprowadzenia – pewnie zostałyby szybko zakwestionowane jako „antykonsumenckie”. Ta tym tle podatki bezpośrednie (PIT i CIT) da się przynajmniej uzależnić od statusu majątkowego płacącego. Oczywiście pod warunkiem, że system podatkowy stanie się bardziej progresywny. Ale o tym nasi podatkofobi nie chcą słyszeć. 

 


Polecamy: "Woś się jeży" - autorska rubryka Rafała Wosia co czwartek w serwisie "Tygodnika Powszechnego"


W ten sposób dochodzimy do największej bolączki politycznej ostatnich lat. Polega ona na tym, że my w Polsce w temacie podatkowym de facto się cofamy. W wyborach roku 2015 (prezydenckich i parlamentarnych) padło sporo zapowiedzi wyjścia naprzeciw wielu zarysowanym powyżej problemom. Zrealizowano jednak tylko kilka z nich: podatek bankowy, poprawa ściągalności VAT. Pozostałe zaś – jednolita danina, podatek majątkowy dla najbogatszych – odeszły wraz ze zmianą rządu z bardziej socjalnej Beaty Szydło na bardziej liberalnego Mateusza Morawieckiego. Znamienne, że od tamtej pory jedyną progresją, którą wmontowano w polskie podatki, była progresja w podatku CIT. Ale to tylko dlatego, że zmniejszono daniny dla mikrofirm. Nigdy jednak nie uzupełniono tego wyższymi stawkami dla dużych. 

Trudno oczekiwać, by zmieniło się to po wyborach roku 2020. Zwłaszcza w sytuacji, gdy kandydaci do prezydentury licytują się na to, kto jest większym podatkofobem. Gdybyśmy byli w roku 2000 albo 2005, to dałoby się to jeszcze jakoś zrozumieć. Wówczas wszystkie ugrupowania polityczne ścigały się w obietnicach, kto uczyni polskie państwo „jeszcze tańszym”. Ale dziś? Przecież po pięciu latach rządów PiS jesteśmy już na innym levelu zarządzania państwem. Zwłaszcza gdy chodzi o politykę ekonomiczną. Ostatnie lata (500+) pokazały, że państwo z powodzeniem może dzielić owoce wzrostu gospodarczego i wyrównywać społeczne nierówności. Co więcej: ogromny odsetek obywateli chce państwa, które bardziej niż na wcześniejszym etapie transformacji interesuje się dobrobytem swoich obywateli. 

Patrząc z tej perspektywy, antypodatkowa licytacja Dudy z Trzaskowskim jawi się jako jedno z największych rozczarowań tej kampanii. 

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarz ekonomiczny, laureat m.in. Nagrody im. Dariusza Fikusa, Nagrody NBP im. Władysława Grabskiego i Grand Press Economy, wielokrotnie nominowany do innych nagród dziennikarskich, np...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Po co kombinować z CIT-em, jak jest niski. Nikt nie oszukuje, każdy płaci. Teraz nie trzeba "szukać kosztów" - leasingów, zakupów. W przypadku progresji podatku dochodowego, prawie każdy (z wyjątkiem firm państwowych) i tak się dogada z pracodawcą, żeby nie wejść w wyższy próg podatkowy. Płaska skala jest najbardziej sprawiedliwa.
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]