Reklama

Ludzie, wiara, tajemnice

Ludzie, wiara, tajemnice

20.05.2009
Czyta się kilka minut
Stefan Wilkanowicz przez całe dorosłe życie, z całą świadomością i premedytacją, na własnej skórze eksperymentuje - jeśli tak wolno powiedzieć - co znaczy być świeckim katolikiem.
Fot. Grażyna Makara
Fot. Grażyna Makara
D

Dziennikarka "Rzeczpospolitej" Ewa Czaczkowska porwała się na napisanie biografii Prymasa Tysiąclecia. Po obszernych biografiach autorstwa Andrzeja Micewskiego, Petera Rainy i Mariana P. Romaniuka wymagało to sporej odwagi. W bibliografii wymienia wszystkie ważne dzieła i dziełka poprzedników. Korzysta z nich, lecz jej książka idzie dalej, jest inna i niewątpliwie zasługuje na uwagę. Choćby dlatego, że nie jest - jak u Rainy czy Micewskiego - oparta przede wszystkim na zapiskach samego Prymasa.

Portret jest tu o wiele bardziej wielowymiarowy. Źródła, z których autorka czerpie, to obok pisanych dokumentów także relacje i komentarze świadków. Dotarła do nich, niekiedy w ostatniej chwili, tuż przed ich śmiercią. Książka nie ma założeń i celów politycznych, czego o niektórych przynajmniej biografiach kardynała Wyszyńskiego powiedzieć się nie da... No i nie jest to hagiografia. Stanowisko Prymasa Tysiąclecia zderza z innymi. Pokazuje, jak daną sprawę widział i rozumiał on, a jak ci, którzy się z nim nie zgadzali, i bynajmniej nie zawsze to zderzenie wychodzi na korzyść Prymasa. Czyni to bardzo subtelnie, bez stawiania kropek nad i; raczej pobudzając czytelnika do własnej oceny niż osądzając. Czaczkowska pokazuje kardynała Wyszyńskiego w jego oficjalnych, pełnych wyrozumiałości, wyważonych wypowiedziach o ludziach i w jego cierpkich zapiskach na ten sam temat. Jest w obcowaniu z ludźmi pełen osobistego uroku i w zapiskach krytyczny aż do granic zgryźliwości.

Nie ma wątpliwości, że mamy do czynienia z osobowością o niebywałej sile. Autorytet Prymasa, respekt, jakim się cieszy w samym Kościele i u władz PRL, nieskończenie przerastają autorytet pełnionego urzędu. I czytelnik musi sobie postawić pytanie: jak on to robił? Skąd ta siła? Odpowiedzią jest życie duchowe, wiara, pobożność bohatera tej opowieści. Pokazane wstrzemięźliwie, z pewnym dystansem. Czaczkowska nie pisze dla procesu beatyfikacyjnego. Trudno nawet być pewnym, czy książka pracuje na korzyść, czy na niekorzyść tego procesu...

Autorka sięgnęła do dokumentów IPN-u. Materiały archiwalne okazały się bezcenne w wyjaśnianiu wielu niejasnych dotychczas kwestii. Na przykład sprawy słynnego "Memoriału", krytykującego z punktu widzenia teologicznego i duszpasterskiego maryjność Prymasa, a rozkolportowanego wśród ojców drugiej sesji Soboru Watykańskiego II (1963). Czaczkowska przedstawia etap po etapie realizację inicjatywy Zenona Kliszki, której nadano kryptonim "Oskar". Poszczególne rozdziały zostały napisane przez księży TW - tajnych współpracowników, a zarazem wybitnych teologów. Najwybitniejszy z nich opracował całość dokumentu, który miał skompromitować kardynała Wyszyńskiego w Watykanie i w oczach ojców Soboru. Czaczkowska opisuje mistrzowską logistykę dostarczenia dokumentu do adresatów. Prymas - po doświadczeniach z okresu uwięzienia bardzo podejrzliwy - długo podejrzewał o autorstwo... środowisko "Znaku".

Autorka nie stara się epatować, przeciwnie, niekiedy odnosi się wrażenie, że pragnie osłabiać "obrazoburczy efekt" tego, co napisała. Zdaje sobie sprawę, że zmaga się z legendą narodową. Dodam, że tę książkę czyta się znakomicie. Ewa Czaczkowska dzięki dacie urodzenia jest bodaj pierwszym biografem kardynała Wyszyńskiego, którego podświadomości nie dręczy lękliwe pytanie: czy to, co pisze, spodoba się Kardynałowi?

"Od traktoru do Soboru"

Tomasz Ponikło - czwarte pokolenie "Tygodnikowe" - po wielogodzinnej rozmowie ze Stefanem Wilkanowiczem dał nam książkę, wywiad rzekę, która przejdzie do historii, bo jest zapisem historii. Jak zwykle w tego rodzaju wywiadach, bohater książki opowiada swoje życie. Rocznik 1924, należy do ważnej grupy swego pokolenia, ludzi, którzy w młodości, traktując swoje życie i wiarę niezwykle poważnie, czuli się odpowiedzialni jeśli nie za świat, to za Polskę i własne środowisko. A wszystko to zostało wpisane w historyczny kontekst: dzieciństwo w latach przedwojennych, młodość w latach okupacji i potem okrutne czasy powojenne.

Opowieść Stefana Wilkanowicza o sobie jest pasjonującą opowieścią o pokoleniu katolików, jakich dziś już chyba nie ma. Jego biografia jest w tej opowieści ważna, ale nie najważniejsza. Najważniejsza jest refleksja nad światem takim, jaki jest, i nad sobą wtedy. Zadziwiające, że ci ludzie odnajdywali się według prostego klucza: prowadzona przez jezuitów Sodalicja Mariańska, Laski, Tyniec i ewentualnie jakieś inne jeszcze, wyraziste kościelne środowiska, w przypadku Stefana Wilkanowicza Zgromadzenie Księży Marianów. Tomasz Ponikło docieka, czemu młody, zaangażowany katolik-idealista Wilkanowicz nie został jezuitą albo marianinem. Odpowiedź jest kluczem do tej historii: "...nie czułem powołania. Może także pod wpływem marianów i ich nowej reguły ro­dziło się we mnie przekonanie, że w Kościele jest droga dla świec­kich, wcale nie gorsza niż kapłaństwo. W latach, o których roz­mawiamy, ta intuicja była już coraz wyraźniejsza".

Bo Stefan Wilkanowicz przez całe dorosłe życie, z całą świadomością i premedytacją, na własnej skórze eksperymentuje - jeśli tak wolno powiedzieć - co znaczy być świeckim katolikiem. Sprawa jest dla niego tak ważna, tak pasjonująca, że do książki-wywiadu załącza list do czytelników, w którym nie zajmuje się bynajmniej sobą. Prosi, by czytelnicy opisali (bez nazwisk) kogoś takiego, kogo uważają za dobrego chrześcijanina. Odpowiedzi zamierza zamieścić na stronie internetowej Fundacji Kultury Chrześcijańskiej. To jest w nim: osiemdziesięciopięcioletni Stefan Wilkanowicz, tak jak robił to przez całe życie, po prostu musi ludzi między sobą łączyć, mobilizować do myślenia, drążyć sprawy, które w jego przekonaniu są najważniejsze.

Jego biografia: urodzony w 1924 roku w rodzinie inteligenckiej, dzieciństwo w Młocinach pod Warszawą, Gimnazjum Marianów na Bielanach, Państwowa Szkoła Budowy Maszyn oficjalna, ale tajnie prowadzona jako szkoła wyższa, nieukończona Wyższa Szkoła Techniczna, po wojnie Politechnika Warszawska, dyplom inżyniera, praca w Ursusie, własny warsztat samochodowy, asystent szefa nadzoru budowy "Mincówki", studia filozofii na KUL, więzienie (w związku z zaangażowaniem w prace Sodalicji), nauczyciel fizyki w Niższym Seminarium Księży Marianów, od 1957 roku redaktor "Tygodnika Powszechnego", w latach 1978-1994 naczelny "Znaku", założyciel Klubów Inteligencji Katolickiej. I reszta w encyklopedycznym skrócie: współpracownik krakowskiego arcybiskupa Karola Wojtyły, w latach 1972-1979 Komisji Apostolstwa Świeckich Duszpasterskiego Synodu archidiecezji krakowskiej, w latach 1977-1988 członek Papieskiej Rady ds. Świeckich. Od 1993 roku wiceprzewodniczący Krajowej Rady Katolików Świeckich. Wiceprzewodniczący Międzynarodowej Rady Oświęcimskiej i przewodniczący jej komisji edukacyjnej, przewodniczący Rady Międzynarodowego Centrum Edukacji o Auschwitz i Holokauście, wiceprzewodniczący (od 1999 r.) Polskiego Komitetu do spraw UNESCO oraz przewodniczący zarządu Fundacji Kultury Chrześcijańskiej "Znak". Redaktor serwisu internetowego Forum: Żydzi - Polacy - Chrześcijanie. Autor kilku książek o tematyce chrześcijańskiej i wielkiej liczby artykułów w różnych periodykach. Główny autor preambuły do aktualnej polskiej Konstytucji.

To bogate życie zostało ujęte w zwięzły slogan przez Marcina Wichę: "Od traktoru do Soboru" (po korekcie: "od traktora do Sobora"). Schemat dat i wydarzeń Wilkanowicz wypełnia w rozmowie z Tomaszem Ponikłą pełną anegdot opowieścią o wędrówce chrześcijanina drogami świata.

Dwa przypomnienia

Poprzednie wydania tej książki (1967 i 1995) są od dawna całkowicie wyczerpane. Wspomnienia z obozów Auschwitz i Dachau jezuity Adama Kozłowieckiego, późniejszego misjonarza w Zambii, biskupa, arcybiskupa, wreszcie kardynała, zmarłego w 2007 roku w Lusace w wieku 96 lat, w pełni na to zasługują. Ujęte w formę dziennika (rekonstruowanego ex post) są czymś znacznie więcej niż relacją o okropnościach tamtych czasów. Jest to opowieść o ludziach - przede wszystkim duchownych - postawionych w sytuacji krańcowej.

Młody jezuita jest obserwatorem przenikliwym. Rekonstruując tamte wspomnienia obserwuje także siebie, w pewnym momencie, na granicy śmierci i życia. Niezwykłe studium o tajemnicy człowieczeństwa, dobra, zła, wiary i niewiary, heroizmu i małości. Książka wyjątkowa nawet w kontekście obfitej literatury obozowej.

***

Pierwsze wydanie książki Zofii Starowieyskiej-Morstinowej "Fakty i Słowa" ukazało się w 1956 roku. Byłem wtedy jeszcze studentem w seminarium. Nasz biblista polecił tę książkę, a autorkę określił jako jednego z nielicznych w Polsce "teologów w spódnicy".

Dziś ks. Marek Starowieyski wprowadza w tę lekturę. Zalicza ją słusznie do literatury biblijno-mądrościowej. Autorka korzystała z wówczas dostępnej wiedzy biblistów, nie pisała jednak studium egzegetycznego, z czego nie zdawali sobie sprawy niektórzy jej krytycy.

Ks. Starowieyski pisze: "Myślę, że stoimy tu wobec wielkiego nieporozumienia pomiędzy wiedzą i mądrością. Bibliści, którzy długimi i żmudnymi studiami filologiczno-historyczno-teologicznymi zdobyli wielką wiedzę o Świętej Księdze, rzadko umieją ją dalej przekazać, nie dysponując odpowiednią kulturą humanistyczną i często także talentem literackim. Irytowało ich więc to, że ktoś bez tego przygotowania wchodzi na ich teren. Wychwy­tywali wszystkie prawdziwe i urojone potknięcia, nieścisłości i niezgrabności pisarzy, przy okazji często zapominając o tym, że Biblia jest nie tyl­ko przedmiotem wiedzy, ale i księgą życia. Natomiast pisarze traktowali Biblię jako źródło mądrości, drogowskaz na ścieżkach życia".

Tylko nie Bułgarzy

Asen Marczewski przez długie lata był tłumaczem ambasady bułgarskiej w Rzymie. Także wtedy, gdy Ali Agca strzelał do Papieża i w procesie pojawił się wątek "śladu bułgarskiego". We wspomnieniach tłumacza mamy i ten wątek, są one jednak żywą opowieścią o wielu innych sprawach wielkich i małych.

Oglądamy świat z perspektywy tłumacza. Takiego tłumacza! Uczestnika spotkań dyplomatycznych na najwyższym szczeblu, papieskich audiencji, oficjalnych wizyt i przyjęć. Z opowieści wynika, że Marczewski jest bardzo dobrym tłumaczem, że cieszył się sympatią wielkich mężów stanu: Aldo Moro, Andreottiego, nawet Jana Pawła II. Tłumaczył, kiedy przed sądem stawał Sergiej Antonow, człowiek, który miał być na Placu św. Piotra w czasie zamachu, co stanowiło koronny dowód na zamieszanie Bułgarii w zamach na Papieża.

Wśród barwnych i często zabawnych opowieści Marczewskiego wątek zamachu i rzekomego udziału w nim Bułgarów jakby od niechcenia wielokrotnie w różnych kontekstach wraca. Marczewski obszernie dowodzi, że Antonow nie był i nie mógł być na Placu św. Piotra w czasie zamachu. Na wszelkie możliwe sposoby kwestionuje ideę "śladu bułgarskiego". Kilkakrotnie przywołuje wypowiedziane w Bułgarii (w 2002 roku) zapewnienie Jana Pawła II, że nigdy nie wierzył w bułgarski udział w zamachu na niego.

Marczewski pisze: "Mam własną teorię dotyczącą autorów »bułgarskiego śladu«. A wiem na ten temat dużo, wiem nawet więcej, niż wiedzą - każdy z osobna - sędzia śledczy Martella, sędzia Santiapicchi i adwokat Dospewski; więcej niż ktokolwiek inny. Tłumaczyłem podczas prawie wszystkich przesłuchań oraz wywiadów telewizyjnych, a przez moje ręce przeszły niemal wszyst­kie, liczące kilkanaście tysięcy stron, akta dotyczące śledztwa i procesu. Poza tym tłumacz, chcąc nie chcąc, często słyszy rzeczy, które nie są wia­dome nawet wtajemniczonym specjalistom".

Nie miejsce na krytyczne omawianie owych hipotez. Streśćmy: "u podstaw antypapieskiego spisku leżą potężne siły ulokowane w Iranie i na Bliskim Wschodzie, a także interesy radykalnych islamskich fundamentalistów". Ali Agca miał wspólników na terenie Watykanu, a "bułgarski ślad" sfabrykowano, by ukryć prawdziwych zleceniodawców... Z Al-Kaidy? Mafii? Loży P-2? A może Marcinkusa? Tego Marczewski nie dopowiada. Tajemnica zleceniodawców zamachu pozostaje nadal tajemnicą. Jedno tylko jest pewne: nic wspólnego z zamachem nie mieli Bułgarzy, których w tę sprawę usiłowano wrobić - dowodzi tłumacz bułgarskiej ambasady w Rzymie Asen Marczewski.

Autor artykułu

Urodził się 25 lipca 1934 r. w Warszawie. Gdy miał osiemnaście lat, wstąpił do Zgromadzenia Księży Marianów. Po kilku latach otrzymał święcenia kapłańskie. Studiował filozofię na Katolickim...

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]