Reklama

Łowcy miejskich duchów

Łowcy miejskich duchów

06.07.2020
Czyta się kilka minut
Zawsze mieszkałam na obrzeżach miasta i chodziłam śladami dawnych wsi. Moim żywiołem były pogranicza, wiecznotrwałe szyldy, działające od dziesięcioleci zakłady usługowe.
Diabelski młyn, w tle kościół na Skałce. Kraków, luty 2020 r. JAKUB WŁODEK / AGENCJA GAZETA
M

Mam w życiu szczęście: przeprowadzam się na ogół z własnego wyboru, nie z przykrej konieczności. Przestrzeń, w którą niespodziewanie rzuca nas los, pozostaje zazwyczaj scenografią nawykowych czynności, pracy i snu. Gdy samej wybiera się kierunek przeprowadzki, łatwiej o uwiedzenie duchem miejsca. A że okazuje się on całkiem inny, niż go sobie wyobrażaliśmy, to już zupełnie inna historia.

Śląski cyberpunk

Tak było w przypadku mojej długiej i trudnej znajomości z duchem miasta Krakowa. To duch potężny, poetycki, trudno mu się oprzeć. Chodzi w płaszczu, popija kawę, przygląda się gołębiom i oczywiście – nigdy się nie spieszy. Zapewne jest artystą, a jeśli nie – nie może żyć bez sztuki. „Magiczny Kraków” – to marka, która działa. Bezpośrednia konfrontacja z Krakowem objawiła mi jednak zupełnie inne oblicze tamtejszego genius loci.

Przyjechałam z regionu, którego duchem jest niedokończona przyszłość, porzucona w pół drogi obietnica – kosmiczne pasaże, futurystyczne konstrukcje o rozmachu Brasílii, maszyny do mieszkania. A jednocześnie struktura rozbita na niepołączone ze sobą dzielnice oddzielone pasami lasu. Pejzaż naznaczony szkieletami nieczynnych zakładów i pamiątkami megalomanii władzy. To duch planety zardzewiałej, chropowatej, zamieszkanej przez subkultury. Tak go w każdym razie widziałam i opisywałam innym. Nie wiem, czy to Śląsk wywołał we mnie zamiłowanie do estetyki cyberpunk, czy odwrotnie, to ja widziałam mój pachnący chemikaliami, zapylony heimat przez dystopijny filtr.

Krakowska magia chaosu

Stamtąd trafiłam do miasta mniejszego, lecz gęściej zaludnionego. Pierwszym wrażeniem było zatłoczenie, prawie klaustrofobiczne, ale miało ono jedną niezaprzeczalną zaletę – wszędzie dało się dotrzeć pieszo. Tak poznawałam Kraków całkiem inny. Jego ślady zaczynały się już na Starym Mieście, ale na dobre rozgaszczał się gdzieś w okolicach Grzegórzek, albo, z drugiej strony, od Kalwaryjskiej. Jeśli był magiczny, to raczej w duchu magii chaosu. Było w nim także coś przyjemnie obskurnego – wiecznotrwałe szyldy, działające od dziesięcioleci zakłady usługowe.

Zastanawiało mnie to połączenie kameralnego ciepła i osobliwej nieuprzejmości: jej ilustracją jest niepokojąca (choć bardzo przeze mnie lubiana) brutalistyczna sylweta hotelu Forum, wtedy już nieczynnego, w otoczeniu szacownych zabytków. Lekka inercja, opór przed modernizacją, klimat dziadostwa, który dawał o sobie znać podczas niedzielnych wizyt pod Halą Targową. Za 10 zł kupiłam tam wspaniały oleodruk „Śmierć sprawiedliwego i śmierć grzesznika”. Moim żywiołem były pogranicza, opłotki, stare napisy.

Nie znając jeszcze tego pojęcia, stosowałam podejście psychogeograficzne. Ta technika, opisana przez sytuacjonistów, to w najprostszym ujęciu nakładanie własnych map na oficjalną mapę miejsca. W Krakowie miałam trasy śladami sklepów, w których można było kupić lukrecję (przysmak niepopularny na wschód od Wisły) albo w których trwały właśnie ostatnie, najtańsze dni wyprzedaży odzieży na wagę. Wreszcie – mapę zupełnych marginesów, bo mieszkałam zawsze na obrzeżach miasta i chodziłam śladami dawnych wsi. Nieco podobny sposób myślenia o Krakowie wciela w życie festiwal Unsound: to on ożywił hotel Forum i kilka innych opuszczonych miejsc.


Czytaj także: Urbex to turystyka na przekór. Odwiedzanie tego, czego nikt inny odwiedzać nie chce. A czasem tego, czego odwiedzać nie wolno.


 

Dopiero z perspektywy czasu dostrzegłam, że moje krakowskie dni przypadły na moment przełomowy. W okolicach Rynku funkcjonowało jeszcze zwykłe, nudne życie. Stopniowo jednak miasto zaczęło się zmieniać w park rozrywki. Coraz rzadziej się tam pojawiałam, jakby żywioł nieustannego karnawału mnie wypraszał. Czułam, że przez Rynek coraz trudniej przejść. Być może tak właśnie na rynkach być powinno, może tak było w czasach renesansu, gdy przy okazji radosnych albo krwawych zgromadzeń zbierała się tu ciżba. Ale poza ścisłym centrum, tam, gdzie zwykle krążyłam, następowało generalne „ustockowienie”: krajobraz anonimowości.

Osiedla zagęściły się niemal z dnia na dzień nową zabudową. W salonach fryzjerskich malowane na szkle napisy z czasów PRL zaklejano siatką typu mesh z banalnymi fotografiami z banku obrazów. Duch miejsca nie tyle zaginął, co przybrał postać duńskiej modelki Emmy Wang Hansen, Twarzy Polskiej Reklamy. Trzeba było tworzyć nową psychogeografię, szukać nowych enklaw.

Porządek, czas i światło

Ponieważ w Krakowie studiowałam i duże wrażenie zrobiły na mnie zajęcia z fenomenologii u profesora Dariusza Czai, pozwolę sobie skorzystać właśnie z fenomenologicznego ujęcia ducha miejsca, bo nie jest to kategoria ścisła, naukowa, nikt nie podał jej wyczerpującej definicji. A jednak wiemy, że jakoś istnieje, bo – mówiąc fenomenologicznie – „jawi się” nam. Możemy tego ducha wyczuć, zaobserwować i możliwie dokładnie opisać, obchodząc z każdej strony. Pomaga w tym ­­­norweski­ ­architekt Christian Norberg-Schulz, ­autor prac poświęconych fenomenologii architektury, który ­próbował wielokrotnie schwytać genius loci, lecz ten wciąż jakoś mu (nawet jemu!) umykał.

Norberg-Schulz charakteryzował miejsca przez czas, porządek i światło oraz relacje między nimi, ale przyznawał, że istnieje komponent nastroju niemożliwy do precyzyjnego opisania, „determinujący podstawowe cechy obrazu otoczenia u większości obecnych tam ludzi”. Nie do końca mogę się z nim zgodzić: mój Kraków był prawdopodobnie innym Krakowem niż ten, który widzimy dzisiaj w okolicach Rynku – coś pomiędzy kolektywnym życzeniem, folderem turystycznym a faktycznym duchem miejsca, w tym przypadku z mieszczańskim klimatem kulturowego dziedzictwa (heritage city) i elementami młodopolskiej nostalgii, ale też samofolkloryzacją (być może nieuniknionym losem miasta turystycznego). Tak oto duch miejsca staje się rolą, którą trzeba grać.

Modny jakiś czas temu marketing miejsc opierał się często na koncepcji tworzenia wizerunku miasta na nowo albo zredefiniowania jego jakości: wydobycia cech charakterystycznych na potrzeby promocji i sprzedaży. Tam, gdzie marka nie była tak silna jak w Krakowie, próbowano zazwyczaj dróg kulinarnych, powoływano się na miasto jako miejsce skrzyżowań kultur albo bliskie natury. Rezultaty tych kampanii bywały bardzo różne. Wrocław chyba z powodzeniem przeorientował się na otwarty i nowoczesny WrocLove, był też moment, kiedy krakowianie zazdrościli Katowicom wielkomiejskiego rozmachu, wydobytego z powodzeniem przez przypomnienie dziedzictwa modernizmu. Oznacza to, że z duchem miejsca można grać, może da się go wywoływać, przypominać, zmieniać ­akcenty, ale nie wyczarować od zera, przynajmniej na poziomie dużych narracji.

Trójmiejski chochlik absurdu

Prywatnie psychogeografia pozostawia natomiast wielkie pole do popisu, zachęcając do dowolnego bazgrania po mapach. Spędziłam kilka lat w Mikołowie – małym, schludnym miasteczku, słynącym osobliwie z poezji (to tu mieszkali kiedyś Rafał Wojaczek oraz Rahim z Paktofoniki). Ja odkryłam je jako miasto pomysłowych interwencji architektonicznych z lat 80. Nietypowych dla Polski bloków-zigguratów na Recie, malowniczego postmodernistycznego osiedla nad Jamną. Tu duch miejsca był przyjazny i porządny, nieco przy tym wyluzowany, na czeską modłę. Chwilę przed koronawirusową kwarantanną porzuciłam Mikołów dla Gdańska – jakie inne miasto może kojarzyć się z początkiem nowego życia, może oprócz Szczecina?

Rozpocząwszy psychogeograficzne mapowanie musiałam je na chwilę zawiesić, ale już wiem, że czekają mnie długie negocjacje. Trójmiejskie ­genius loci znam jako chochlika absurdu i lekkiego szaleństwa, które zrodziło interesujące wątki w kontrkulturze lat 80. i 90., ale też widzę jego korespondencję z klimatem Śląska. Wszak Gdynia wygląda nieco jak nadmorskie Katowice, a gdańska czerwona cegła przywodzi na myśl pejzaże Zabrza czy Gliwic. Tu jednak znów trafiam w punkt, w którym opowieści ścierają się ze sobą: odchodzący w przeszłość Gdańsk przemysłowy, wciąż pełen pustostanów, samoróbek, ziem niczyich zamieszkałych przez liczne koty, ustępuje rozmachowi wielkich inwestycji w stylu „nowohanzeatyckim”.

Gdy piszę te słowa, trwa debata o tym, co dalej z budynkiem LOT-u, zaniedbaną, choć potencjalnie widowiskową pamiątką PRL-owskiego modernizmu (urok budynku, dziś oklejonego reklamami, najpełniej widać w środku). Zwolennicy wyburzenia pawilonu widzieliby w jego miejscu rekonstrukcję dawnego hotelu Danziger Hof. To niebezpieczna twarz ducha miejsca: potrafi uwodzić nostalgicznymi obrazami, w rzeczywistości oferując jedynie makiety i maski. ©

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]