Reklama

Los tłumacza

Los tłumacza

w cyklu Woś się jeży
25.06.2020
Czyta się kilka minut
Tłumaczenia to branża niezwykle sprekaryzowana. Nawet jak na Polskę. Jeśli coś się tutaj w ostatnich latach dla pracowników zmieniło, to raczej na gorsze.
Rafał Woś / FOT. GRAŻYNA MAKARA
M

Mam przed sobą pismo datowane na połowę czerwca tego roku. Sygnowała je poznańska kancelaria radców prawnych. Dotyczy: „tłumaczeń wykonywanych dla FIRMY X (nazwa zmieniona – red.) w kontekście postępowań prowadzonych przez ZUS dotyczących prawidłowości i rzetelności naliczania składek”. Pismo trafiło mailem do tłumaczy pracujących dla tej firmy – międzynarodowej korporacji translatorskiej oferującej szeroką gamę tłumaczeń specjalistycznych (od prawa i medycyny po logistykę i bankowość) działającej w kilkunastu krajach świata, której roczne obroty liczone są w setkach milionów dolarów.

Z listu wynika, że FIRMA X jest mocno zaniepokojona. ZUS próbuje bowiem właśnie podważyć kluczową część jej modelu biznesowego opartego na trzymaniu się zasady, że powszechnie obowiązującą formułą współpracy z tłumaczami jest umowa o dzieło. Nawet z tymi, którzy pracują dla X regularnie i całymi latami. Chodzi oczywiście o składki zdrowotne oraz ubezpieczeniowe. W przypadku dzieła są one przerzucone na pracownika. Jeśli chce się ubezpieczyć, to jego problem – niech się podczepi pod etat współmałżonka, kupi ziemię i przystąpi do KRUSU albo założy działalność gospodarczą. To już nie jest sprawa zleceniodawcy.

Na stronie

Takie stawianie sprawy budzi jednak opory. W ostatnich latach w Polsce wiele zostało powiedziane i napisane o konieczności walki z uśmieciowieniem pracy. Byłoby nawet grubą nieuczciwością powiedzieć, że wszędzie wciąż jest tak źle, jak było w roku 2013 albo 2014. W życie weszło przecież w międzyczasie wiele przepisów utrudniających omijanie kodeksu pracy poprzez zatrudnianie kogoś na śmieciówce w nieskończoność. Nie jest już tak łatwo  udawać, że taki pracownik to nie żaden pracownik. Tylko zupełnym przypadkiem regularnie przechodzi tutaj z tragarzami i mimochodem podrzuca do firmy swoje unikalne „dzieło”. Niestety, branża translatorska wciąż zachowuje się tak, jakby jej to nie dotyczyło.

„Wzrost wynagrodzeń w polskiej gospodarce pozostaje w rażącej sprzeczności z obserwowanym przez nas stałym spadkiem honorariów tłumaczy, szczególnie wyraźnym w ciągu ostatniej dekady. Towarzyszą temu m.in. zdominowanie rynku przez różnego rodzaju pozostających w ostrej wojnie konkurencyjnej pośredników, mechaniczne stosowanie przepisów ustawy o zamówieniach publicznych (przetargi etc.)” – żali się na swojej stronie Stowarzyszenie Tłumaczy Polskich. Organizacja o długiej (bo prawie 40-letniej) historii. W dobrych czasach (dobrych, to znaczy przed rokiem 1989) zrzeszającej nawet 2,5 tys. członków.

Na stronie STP widnieje rekomendacja dotycząca stawek. Nazywa się je tutaj „maksymalnymi”, ale tylko dlatego, że na publikację innych nie zgadza się UOKIK (na stronie STP wisi nawet pismo w tej sprawie). W przypadku tłumacza pisemnego taką stawką jest 200 zł za 1500 znaków. Czyli stronę przetłumaczonego tekstu. 

„Znalazłam te zapisy na stronie STP i skonsultowałam to z moimi przełożonymi. Bo mnie się przecież zdarzało pracować nawet za 20 zł od strony” – mówi jedna z moich rozmówczyń z branży. „Ale dowiedziałam się tylko, że biuro nie ma zamiaru respektować tych zapisów, bo działalność STP nie ma na nich żadnego wpływu”. Po zakwestionowaniu polityki płac biuro zerwało z nią współpracę. Trwało to zaledwie kilka minut. To kolejna korzyść pracodawcy z wiązania się z pracownikiem tylko umową o dzieło. Tamta rozmowa miała miejsce jakiś czas temu. Dziś moja rozmówczyni współpracuje z innym biurem. „Nadal mam wrażenie, że nie jest tak, jak powinno, ale przyzwyczaiłam się już do myśli, że w tej branży raczej nie będzie lepiej” – słyszę.

Napisy końcowe

Bardzo podobne tony pobrzmiewają w rozmowach z innymi tłumaczami. Każdy trochę inaczej rozkłada akcenty. Ale ból jest podobny. Jedni mówią, że osiągniecie dochodu na poziomie 2–2,5 tys. zł na rękę wcale nie jest taką prostą sprawą. Inni zwracają uwagę, że odbywa się to w warunkach stałej niepewności. Czasem zleceń nie ma wcale. A czasem się kumulują. Odmówić nie wolno. To znaczy, formalnie oczywiście nikt nikogo pistoletem do pracy nie zmusza. Ale jak raz odmówisz, to możesz mieć pewność, że drugi raz raczej nie zadzwonią ani nie podeślą kolejnego zlecenia. Tłumacze literatury mają jeszcze coś w rodzaju bonusu w postaci pewnej translatorskiej sławy. W końcu ich nazwisko widnieje na stronach tytułowych książki lub w napisach końcowych filmu. W niektórych przypadkach da się to przełożyć na jakieś wymierne zyski: poprowadzić wieczór autorski albo napisać płatną przedmowę.

Ale pozostali (tłumaczenia specjalistyczne) raczej nie mogą liczyć na takie cuda. „Przez całą kilkuletnią karierę nigdy moje nazwisko nie zostało umieszczone przy tłumaczeniu” – mówi jeden z rozmówców. I tak jakoś przędą. Większość z nich nigdy nie miała propozycji podjęcia innej formy zatrudnienia niż umowa o dzieło. Jedyne „oferty”, które im składano, to założenie działalności gospodarczej. Co kierowane było nie tyle troską o pracownika, ile raczej obawą, że „ZUS się przyczepi”. Tak, jak „przyczepił się” w przypadku FIRMY X.


Polecamy: Woś się jeży - autorska rubryka Rafała Wosia co czwartek w serwisie "TP"


Oto grunt, na którym pojawia się wspomniany już czerwcowy list FIRMY X do translatorów. Pozornie przedstawia on stanowisko firmy w sporze z ZUS-em. W ośmiu rozbudowanych punktach i przy pomocy prawniczego języka firma tłumaczy, dlaczego umowa o dzieło to najlepsze i najbardziej do sytuacji zawodowej tłumacza adekwatne rozwiązanie.

Do dzieła!

Ale na koniec pojawia się jeszcze jeden akapit. FIRMA X zupełnie wprost namawia („zachęcamy do wypowiedzenia się przed organem prowadzącym postępowanie”) współpracowników, by w swoim imieniu pisali do ZUS-u. „Pomocne mogą być w tym zakresie przywołane powyżej argumenty” – czytamy w liście. Wygląda na to, że firma autentycznie liczy na to, że ludzie napiszą „drogi ZUSie, dziękuję za zainteresowanie naszym losem, traktują nas tu dobrze i składki nam się nie należą. Poradzimy sobie bez was. Nie interesujcie się nami więcej”.

Absurd? Ci, którzy znają branżę, mówią, że niekoniecznie. „Biuro ma kłopoty z ZUS-em. Chcesz dalej współpracować. Będzie mile widziane, jak wyślesz do ZUS-u list z obroną naszego biura” – tak odczytuje to jeden z naszych rozmówców. W rozmowach z innymi pojawia się temat alternatywy wobec działania w logice „od dzieła do dzieła”. „No i co – zmienią nam na zlecenia. I co? Przecież wiadomo, że obniżą wtedy stawki i w ten sposób ściągną składki bezpośrednio z naszych dochodów” – mówi ktoś inny. Takie argumenty w sprekaryzowanych branżach trafiają na bardzo podatny grunt. Ludzie wolą już to, co jest. Mając świadomość swojej słabości wobec pracodawcy ewentualne polepszenie pozycji przetargowej nie mieści się w głowie prawie nikomu.

I tak się to właśnie od lat kręci. Kontrola ZUS-u w jeden z firm skończy się pewnie odwołaniem. Korporacja ma na to czas i zasoby. A nawet jeśli przegra, pozostaje tylko jedną z wielu firm stosujących bardzo podobny model zatrudniania ludzi. Oni raczej sposobu działania nie zmienią. A tłumacze? Ich pozycja jest bardzo słaba a branżowe organizacje małe. A natura pracy zakłada zazwyczaj pracę zdalną i w izolacji od pozostałych – a więc kompletnie wyalienowaną. Pozostaną więc jedną z najmocniej sprekaryzowanych grup zawodowych polskiego kapitalizmu. Lost in translation.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarz ekonomiczny, laureat m.in. Nagrody im. Dariusza Fikusa, Nagrody NBP im. Władysława Grabskiego i Grand Press Economy, wielokrotnie nominowany do innych nagród dziennikarskich, np...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Ciężka jest praca górnika, niełatwa jest praca kelnera - jak głosi popularna niegdyś pieśń estradowa. Los tłumacza jest mi znany, ponieważ dawno temu utrzymywałem się z tego zajęcia przez prawie dwa lata. Na całkiem niezłym poziomie, chociaż prawie połowę stawki brało biuro, z czego jednak musieli opłacić weryfikację przez drugiego tłumacza, specjalizującego się w danej dziedzinie (wiem, bo sam też nieraz weryfikowałem cudzą robotę). Nigdy jednak nie pracowałem za 200 zł/str.! Dzisiaj za tłumaczenie przysięgłe z angielskiego płacę "wolnej strzelczyni" - wcale nie najtańszej, bo chodzi też o zaufanie i gotowość przyjmowania zleceń na cito - 50 zł netto. Z kolei przez agencję, z polskiego na angielski, 42 zł za tłumaczenie zwykłe + 15 za uwierzytelnienie netto. Nie wiem, ile z tego dostaje tłumacz (przysięgły!), ale pewnie za darmo nie robi, a agencję stać na całkiem przyzwoite biuro na warszawskiej Woli. Wspomniana wcześniej pani też nie przyjmuje w domu, tylko w biurze (tak naprawdę kanciapa, ale jednak), a mieszka w strzeżonym osiedlu, gdzie fundowanych przez miasto lokali socjalnych raczej nie ma. Przy tym za "moich" czasów to było autentyczne, żmudne rękodzieło. Dopiero wchodziły w powszechne użycie takie narzędzia jak Trados. Dzisiaj praca tłumacza-wyrobnika jest częściowo zmechanizowana, co musi wpływać na wysokość stawek jednostkowych. Pewnie, że wiele zależy od ilości i regularności zleceń i możliwości rozsądnego planowania pracy, ale od tego właśnie są biura. Natomiast zakusy, żeby podważać w przypadku tłumaczeń umowy o dzieło, to próby naciągnięcia prawa. Szczytny cel ochrony pracownika tego nie usprawiedliwia. Tłumacz pracuje bez nadzoru, w miejscu, czasie i warunkach, które sam sobie organizuje, a rezultat jego pracy spełnia wszystkie kryteria "dzieła", o którym mówią odnośne przepisy. Powtarzalność jego roboty niczym się nie różni od powtarzalności pracy artysty malarza czy architekta, którzy też robią obraz za obrazem, projekt za projektem itp. Jeśli o branżę językową (umownie mówiąc) chodzi, to nadużyciem są raczej umowy o dzieło z lektorami, z których wynika, że taki lektor bynajmniej nie prowadzi kursu, tylko regularnie w każdy wtorek i czwartek o 8:30 prezentuje tej samej grupie osób "lekcję pokazową" jako element odbioru przez zatrudniającą go firmę szkoleniową dzieła w postaci np. "opracowania koncepcji szkolenia językowego B2B dla pracowników firmy X". I tak przez rok, 120 razy. ヅ Te praktyki są coraz częściej ukracane - i słusznie. Rynek tłumaczeń komercyjnych jest jaki jest, ale jeśli chodzi o prawa "siły roboczej", to regulacje nie bardzo mogą być inne. Aha, nie przeszedłem na ciemną stronę mocy i nie reprezentuję żadnego biura, a jako klient - jak wyżej: nie szukam najtańszych rozwiązań.

W dzisiejszej Gazecie.pl pendant do artykułu red. Wosia: "Niemcy narzucają tempo. Chcą szybkiego zakazu umów o dzieło w części gospodarki". Zgadnie ktoś bez zaglądania, o jaką część chodzi? Otóż ze względu na fatalne warunki pracy panujące w przemyśle mięsnym federalny minister pracy zamierza przedstawić już w lipcu projekt ustawy zakazującej zawierania umów o dzieło oraz pracy tymczasowej w tej branży. "Jak powiedział gazecie "Welt am Sonntag" jest to "prawnie trudne, ale wykonalne". Dodał, że w Europie toczy się "poważna debata, na temat tego, jak źle traktujemy rumuńskich obywateli. To samo dotyczy Bułgarów". Problem najwidoczniej dostrzegano już wcześniej. Minister pracy Nadrenii Północnej-Westfalii twierdzi, że jak dotąd wszystkie inicjatywy na rzecz zakazu umów o dzieło nie powiodły się z powodu sprzeciwu przemysłu mięsnego i jego lobby. To wszystko w najbogatszym i najsilniejszym w UE państwie "demokratycznym i socjalnym", jak głosi niemiecka konstytucja (Art 20.1). Niemcy właśnie objęli przewodnictwo w Unii i niewykluczone, że walka z umowami o dzieło stanie się sprawą europejską, a los tłumacza w Polsce będzie kolejnym dowodem łamania w naszym kraju praw podstawowych. ;)
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]