Reklama

Listy samotnika z Gwatemali

Listy samotnika z Gwatemali

27.03.2007
Czyta się kilka minut
Odszedł zbyt wcześnie. Samotny, usiłował za pomocą listów przerzucić pomost pomiędzy kontynentami i szukać porozumienia. W zeszłym roku minęło 55 lat od śmierci Andrzeja Bobkowskiego, jednego z najciekawszych pisarzy polskich drugiej połowy XX wieku. "Więź" opublikowała dwie jego książki: "Z dziennika podróży" oraz "Listy do Tymona Terleckiego". Pierwsza, już tu recenzowana, stanowiąca dopełnienie fenomenalnych "Szkiców piórkiem", potwierdziła, jak wybornym diarystą był Bobkowski. Druga udowadnia, że jest on jednym z najwybitniejszych polskich epistolografów.
T

Tymon Terlecki określa jego listy jako "listy-lawiny, listy-eksplozje, reakcje łańcuchowe, niewymuszone i nieupozowane". Dotychczas poznaliśmy korespondencję Bobkowskiego z Jerzym Giedroyciem i z Anielą Mieczysławską, w prasie publikowano m.in. listy do Iwaszkiewicza i Wierzyńskiego. Niniejszy tom to kolejny krok na drodze do ogarnięcia całej twórczości epistolarnej autora "Coco de Oro".

Tytuł jest nieco mylący, albowiem samych listów Bobkowskiego do Terleckiego, emigracyjnego krytyka i teatrologa, mamy tu ledwie 80 stron. Tom otwiera ponad pięćdziesięciostronicowy esej Terleckiego poświęcony Bobkowskiemu, zamyka posłowie Niny Taylor-Terleckiej. Wydawca umieścił ponadto kilkanaście listów Barbary Bobkowskiej, pisanych po śmierci męża. Wszystkie teksty doskonale się jednak uzupełniają i nawzajem oświetlają.

Bobkowski spotkał się z Terleckim tylko raz, w maju 1948 r. w Paryżu. Osiem lat później zawiązała się między nimi korespondencyjna przyjaźń, trwająca aż do śmierci autora "Szkiców piórkiem" w 1961 r. Dla Bobkowskiego, który na stałe osiadł w egzotycznej Gwatemali, pisanie listów stanowiło surogat rozmowy. W Terleckim odnalazł niezwykle ciepłego i szczerego interlokutora. Pierwszy list, jeszcze nieco "służbowy", dotyczy Kongresu Wolnej Kultury, na który Bobkowski został zaproszony z odczytem na temat prozy powieściowej na emigracji. Propozycję szybko odrzucił, ale nie zrezygnował z samej korespondencji.

Dlaczego odmówił Terleckiemu? Bobkowskiego, jak sam wyznaje, nie interesowało pisanie o literaturze. O wiele bardziej zajmowała go bowiem sfera moralności, a ściślej - etyka emigranta. "Temat, który mnie naprawdę rozpala - czytamy już w pierwszym liście - to dyskusja - i musi do niej dojść - po jakimś sprecyzowaniu zadań, sytuacji czy jak to nazwać w dziedzinie etyki czy moralności emigracyjnego intelektualisty". Chodziło przy tym nie tyle o kodeks sztywnych zasad, ile o wytyczne, które do świata emigracyjnej etyki wprowadzą jasne kryteria. Ponad wszystko cenił Bobkowski uczciwość, prawdomówność, a czasem trudny, ale potrzebny weredyzm (dlatego łatwo przełknął krytyczne uwagi Terleckiego na temat dramatu "Czarny piasek"). Swój indywidualizm ufundował na poczuciu wolności, którą Terlecki wiąże z heroiczną etyką egzystencjalizmu. Stąd też płynęły przemyślenia na temat aksjologicznego zaplecza polskiej emigracji.

Mówiąc po herbertowsku, dużą wagę przywiązywał Bobkowski do kwestii smaku. Swoje wychodźstwo traktował m.in. jako manifestację wymierzoną przeciwko komunistycznemu porządkowi w powojennej Polsce. Dlatego tak ważna była dla niego postawa niezłomnego outsidera, który nie idzie na kompromisy czy układy. Zarówno w twórczości, jak i w życiu był maksymalistą. W jednym z listów stwierdza wprost: "przyparty do muru (...) umiem wydobyć tylko »tak« lub »nie« - reszta to dialektyka lub kłamstwo". Jak wyjaśnia Terleckiemu, początkowo, nie chcąc dopuścić do domknięcia się "żelaznej kurtyny", zgadzał się na publikowanie w kraju. Po klęsce Października krytykował takie próby, traktując je niemal jak kolaborację.

Wypowiadał się nie tylko na temat postawy wychodźców, ale też z właściwą sobie ironią komentował sytuację kulturalno-polityczną w PRL-u. W korespondencji znajdziemy wiele sądów ostrych, kategorycznych, często niesprawiedliwych, ale zawsze pełnych emocji. Po równo dostaje się więc Miłoszowi, Wańkowiczowi, Kisielowi, "Tygodnikowi Powszechnemu", PAX-owi i krajowym pisarzom.

"Problem Kraju - czytamy w liście ze stycznia 1958 roku - to dzisiaj zupełnie potworny fakt, że jest to olbrzymi dom obłąkanych rządzonych przez kilka tysięcy wariatów ideologicznych, w którym reszta ludzi zdrowych stara się sobie wmówić, że jednak nie żyją w (...) Tworkach". Gdzie indziej pisze Bobkowski z goryczą i z wyraźną irytacją: "Dziś grupa Znaku robi konkurencję temu szubrawcowi Piaseckiemu, »Tyg[odnik] Powszechny« zaczyna się nie różnić od »Kierunków«". Takich skrajnych spostrzeżeń jest niemało.

Autor "Szkiców piórkiem" nie wierzy w popaździernikową odwilż i nie ma złudzeń co do prawdziwych intencji PRL-owskich włodarzy: "No i kto miał rację? Ładny październik - pisze na początku 1958 r. - Surrealizm - nogi nad głową załamywać". Ale problem relacji z krajem jest głębszy. Bobkowski nie chciał, by Polska go ograniczała, dlatego też przez całe życie walczył z jej cierpiętnictwem, z prowincjonalnością. "Skoro się jest na emigracji - konstatuje - to trzeba to wykorzystać, trzeba wyjść z prowincji". Ale zmagał się też z mitem skompromitowanej przez wojnę Europy, z mitem Francji. Z drugiej strony, stosunek Bobkowskiego i do Polski, i do starego kontynentu był dość skomplikowany. "Można powiedzieć - pisze Terlecki - że Polskę i Europę kochał gniewną, popędliwą, wymagającą miłością maksymalisty".

Osobną grupę stanowią listy powstałe in articulo mortis. W grudniu 1957 roku pisarz przeszedł operację związaną z chorobą nowotworową. Korespondencja z tego okresu przynosi refleksje na ten trudny temat. Do śmierci podchodził Bobkowski jak starożytny epikurejczyk. W liście ze stycznia 1958 roku pisze w swoim stylu: "dla bezpieczeństwa wycięli mi kotlet pożarski 15 cm średnicy i transplantowali skórę z uda, krótko mówiąc, jeszcze ciągle nie mogę leżyć, nie mogę siedzieć, nie mogę bieżyć". W miesiąc później dodaje: "To mnie dosyć rąbnęło psychicznie. Niech Pan o tym nie opowiada, bo nie chcę chodzić na odległość »za umrzyka«". I jeszcze list z końca stycznia 1959: "trzeba dalej żyć. Tym bardziej, że mi wcale jeszcze ochota do życia nie przeszła. (...) Postanowiłem się bronić till the bitter end - choćby dla »sportu«, żeby nie »wysiadać« za wcześnie". Ale znajdziemy też takie refleksje: "Nie przeczenie śmierci jakimiś obiegami i chowaniami się, lecz przezwyciężenie jej całkiem na serio jako koniec życia, świata, wszystkiego - kobiety, wina i śpiewu, a siłę i sens czerpie się z ufności w nadprzyrodzone miłosierdzie Boskie - czego nikt nie rozumie i nigdy nie zrozumie (na całe szczęście - amen)".

Z czasem pojawia się w listach coraz więcej wspomnień. Dotyczą one pobytu w Gwatemali, ale przede wszystkim czasów przedwojennych, m.in. środowiska "Reduty": Juliusza Osterwy (był mężem ciotki pisarza), Ordonki, Mieczysława Limanowskiego. W pełnych humoru opowieściach występują też przyjaciele domu Bobkowskich, a wśród nich Rydz-Śmigły i sam marszałek Piłsudski. W tych pogodnych historiach, snutych w obliczu śmiertelnej choroby, jeszcze pełniej objawia się niezwykły optymizm, który do końca życia nie opuścił Bobkowskiego.

Coraz bardziej chodziło też pisarzowi o samą możliwość podzielenia się z kimś swoimi myślami. Terlecki pełnił wówczas rolę cierpliwego słuchacza. W jednym z listów czytamy: "Mnie wystarczy, że jest ktoś, do kogo można napisać, jak ochota i czas. To też bardzo wiele". I podobne wyznanie z sierpnia 1958 roku: "Proszę się nie przejmować nieodpisywaniem do mnie. Wystarczy mi świadomość, że jest ten ktoś, którego życzliwość bardzo cenię, że czasem myśli i o mnie".

Wyłania się z tej książki ciekawy portret Bobkowskiego jako człowieka niezwykle radosnego, upartego i dumnego, ale mimo wszystko skromnego. W jednym z listów donosił Terleckiemu: "To dla mnie wielkie słowo »pisarz« i jeszcze ciągle chyba do niego nie dorosłem". A przecież obdarzony był wielkim talentem: za pomocą kilku zdań potrafił oddać nastrój chwili, emocje, odczucia. Listy ukazują go z różnych stron. Kiedy trzeba, są wyważone, miejscami bezkompromisowe, ale zawsze szczere i przez to wzbudzające szacunek do ich autora.

Andrzej Bobkowski, "Listy do Tymona Terleckiego 1956-1961", opracowała i posłowiem opatrzyła Nina Taylor-Terlecka, zamiast wstępu przedrukowano esej Tymona Terleckiego "Andrzej Bobkowski", Warszawa 2006, Biblioteka "Więzi".

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]