Reklama

Liczy się tylko literatura

Liczy się tylko literatura

08.12.2006
Czyta się kilka minut
BARTOSZ STASZCZYSZYN: W Polsce postrzegany jest Pan głównie jako dramaturg. Najważniejsza jest jednak dla Pana powieść - dlaczego?
P

PER OLOV ENQUIST: Swoją pierwszą powieść "Kryształowe oko" napisałem w 1962 r.; pierwszą sztukę, "Noc trybad", czternaście lat później. Od tego czasu piszę na zmianę: sztuki i powieści. "Noc trybad" napisałem w dwa tygodnie, większość sztuk w przeciągu mniej niż miesiąca. Powieści piszę znacznie dłużej, tworzę jedną wersję, potem poprawiam, piszę drugą. Taka praca trwa zwykle kilka lat.

W powieści ma się kontrolę nad każdym przecinkiem, nad wszystkim, co chce się powiedzieć. Pisząc sztukę, mam świadomość, że zostanie ona później wystawiona, że spektakl potrwa dwie i pół godziny, a tekst dotrze do widzów za pośrednictwem aktorów. Sam kilkakrotnie reżyserowałem i wiem, że praca z ludźmi to całkiem inne artystyczne przeżycie. Bliższa mi jest powieść, którą tworzy się w absolutnej samotności. Poza tym inne rzeczy mówi się za pomocą powieści, inne w dramacie.

- Od czasu "Legionistów" oraz "Piątej zimy magnetyzera" często pisze Pan o postaciach historycznych: Mesmerze, Strindbergu, Andersenie, Selmie Lagerlöf... Dlaczego interesuje się Pan ich losami?

Z wykształcenia jestem historykiem literatury i te postaci bardzo mnie zajmowały. Szczególnie interesująca jest dla mnie relacja między życiem wielkich pisarzy a tym, co zawierały ich utwory. Stąd wzięła początek teatralna trylogia o Andersenie, Strindbergu i Lagerlöf. Inaczej było tylko w przypadku Knuta Hamsuna. W 1996 r. Bille August chciał zrealizować o nim film, producenci poprosili mnie o scenariusz - i napisałem tekst o związkach Hamsuna z faszyzmem. W pozostałych przypadkach pisałem o sławnych postaciach wyłącznie z chęci zmierzenia się z ich losem.

- Ile jest fikcji, a ile dokumentalnej wierności w Pańskich "powieściach dokumentalnych"?

Z tym bywa różnie. Moja pierwsza powieść dokumentalna, "Legioniści", opowiadająca o deportacji żołnierzy z krajów bałtyckich do ZSRR w 1946 r., opierała się w całości na faktach. Jednak kiedy pisze się powieść, trzeba przystosować fakty do formy powieściowej, do własnej wizji zdarzeń. Trudno sprzeciwiać się udokumentowanym faktom i kłamać, ale pomiędzy nimi są czarne dziury, które trzeba wypełnić, pole dla wyobraźni. Pisarz może poszukiwać głębszej prawdy niż ktoś, kto porusza się wyłącznie po powierzchni zdarzeń.

- Czuje się Pan literackim detektywem, kimś, kto odkrywa tajemnice sławnych ludzi?

To dobry opis tego, co robię. Kiedy przez lata zagłębiam się w historię danej postaci, staram się rozwikłać zagadki i dotrzeć do jakiejś tajemnicy w jej życiu. Chyba więc jestem detektywem.

- Interesują Pana ludzie uwikłani we własny los, wewnętrznie rozdarci: Strindberg, Blanche Wittman, bohaterowie "Wizyty królewskiego konsyliarza". Nierzadko są to postaci na skraju szaleństwa...

Nie traktuję ich nigdy jako szalonych. W "Wizycie królewskiego konsyliarza" nazwałem ich "ludźmi wyciosanymi z niejednolitej bryły". Określanie kogoś mianem szaleńca jest nieludzkie. Bardzo trudno określić granice szaleństwa, zresztą nie ma takiej potrzeby.

Zawsze interesowali mnie ludzie przejawiający cechy "szaleństwa". Często były to osoby rozdwojone, jak Hamsun, człowiek silnie autodestrukcyjny. Kiedy badałem dzieło pisarzy takich jak Andersen czy Strindberg, stykałem się z pewnym dualizmem: co innego wynikało z ich dzieła, a co innego z życia. Zrozumiałem, że prawda o nich musi znajdować się pomiędzy jednym a drugim. Właśnie w rozdźwięku między życiem a sztuką dotknąć można najważniejszych kwestii. Tak jak w dekonstruktywizmie - prawda znajduje się pomiędzy warstwami.

- W ostatnich dwóch powieściach przedstawia Pan postaci "oświeceniowców", agnostyków wierzących w siłę rozumu ludzkiego. Czy są Panu bliscy?

Uważam się za człowieka działającego racjonalnie, pozostającego w zgodzie ze zdrowym rozsądkiem. Ale kiedy piszę, robię to trzewiami, krzyżem, uczuciem. Raz piszę dobre kawałki, raz złe, część skreślam. Racjonalność wkracza na końcu, kiedy dokonuję kompilacji tych kawałków i tworzę z nich całość. Trwa to często wiele miesięcy.

- Jak długo trwały prace nad "Opowieścią o Blanche i Marie"?

Rozpocząłem ją jeszcze w latach 70., ale dopiero przed dwoma laty udało mi się ją ukończyć.

- Kiedy zainteresował się Pan szpitalem Salp?tri?re, doktorem Charcotem i Blanche Wittman?

W latach 80. przez trzy lata mieszkałem w Paryżu. Chciałem napisać książkę historycznoliteracką o wpływie Freuda na Strindberga. Intrygowało mnie, czy Strind­berg znał teorie Freuda, kiedy pisał swe sztuki. Wiedziałem, że Freud przez rok był sekretarzem w Salp?tri?re, które wówczas odwiedzał Strindberg. W ten sposób natrafiłem na historię doktora Charcota, Blanche Wittman, a później Marie Curie--Skłodowskiej.

- W "Opowieści o Blanche i Marie" powraca motyw fizycznego okaleczenia lub skarlenia. Co interesuje Pana w ludziach okaleczonych, że tak często Pan o nich pisze?

W każdym przypadku to kalectwo było autentyczne. Pasqual Pinon istniał naprawdę, Blanche rzeczywiście miała amputowane nogi, Maria Curie-Skłodowska miała poparzone dłonie, a Guldberg z "Wizyty królewskiego konsyliarza" był karłem. Nie wybieram bohaterów według z góry określonych kryteriów. Ale zagadkowe jest to, że takie postaci zawsze mnie interesowały.

- W ostatnich powieściach pisze Pan o miłości naznaczonej okrucieństwem. Często przez Pana cytowana Racine'owska fraza o miłości, która "jak rozżarzone żelazo na skórze zwierzęcia" wypaliła się w duszach bohaterów, zawiera w sobie okrutną metaforykę. Czy miłość zawsze jest teatrem śmierci i namiętności?

Najintensywniejsza miłość porusza się na pograniczu tego, co niedozwolone. To, co zabronione, kusi - jak królowa w "Wizycie królewskiego konsyliarza". Poprzez swą seksualność panuje nad mężczyznami, jest Graalem, tym, co przyciąga i fascynuje. Miłosna fascynacja często zapisuje się w nas na zawsze - jak w przywołanej przez Pana frazie. Pierwszy raz zacytowałem ją w sztuce "Do Fedry" nawiązującej do twórczości i osoby Racine'a. Później stały się one poniekąd moją własnością i kiedy je przytaczam, czuję, jakbym cytował Enquista, nie Racine'a.

Przez pierwsze dwadzieścia lat swojej przygody z literaturą nigdy nie pisałem o miłości. Dopiero w "Sekundzie", powieści traktującej o sporcie, pojawił się wątek miłosny. Chyba dopiero z wiekiem stałem się nieco mniej nieśmiały (śmiech). Widać na starość człowiek częściej zajmuje się miłością.

- Odnosi się Pan do wielkich mistrzów: Szekspira, Ibsena, Racine'a, Strind­berga... Którzy z nich odcisnęli najsilniejsze piętno na Pańskiej twórczości?

Jako piętnastoletni chłopiec czytałem szwedzką klasykę, sagi islandzkie i realistyczną powieść amerykańską lat 30. Mniej więcej do 35. roku życia czytałem i chłonąłem dzieła innych pisarzy. Wszystko, co napisałem, nosi ślady tamtych lektur. Myślę, że literatura określała także moje życie. To była prawdziwa szkoła. Na przykład od Ibsena można się nauczyć konstruowania dramatów, jest w tej materii wielkim mistrzem. Od Strindberga niczego nie można się nauczyć. Jest tak niezwykły, że jeśli próbuje się go naśladować, źle się to kończy...

- W jakim stopniu Pańskie powieści odczytywać można jako autobiograficzne?

W "Sekundzie" czy "Wyjściu muzykantów" pisałem o sobie, swojej przeszłości, rodzinie, życiu. Najtrudniej pisze się o bliskich. W "Bibliotece Kapitana Nemo" zawarłem historię mojej rodziny, przyrodniej siostry, mamy, opisałem wiele bolesnych wspomnień... Przez trzydzieści lat chciałem napisać tę powieść, ale nie mogłem tego zrobić, by nie ranić ludzi, którzy jeszcze wówczas żyli.

- W "Opowieści o Blanche i Marie" wspomina Pan, że ojciec został Panu "amputowany"; zmarł, kiedy miał Pan sześć miesięcy. Pisze Pan, że mówienie o śmierci jest rodzajem poezji. Dlaczego?

Śmierć ściśle łączy się z miłością. W miłości zawiera się tęsknota za śmiercią. W tym związku jest coś niezwykłego i kiedy o nim mówimy, dotykamy innej rzeczywistości, wchodzimy w świat, który nie daje się opisać inaczej, jak tylko poprzez poezję. Dla mnie, człowieka starszego, śmierć staje się czymś bliskim, człowiek coraz częściej zastanawia się: ile lat mi jeszcze zostało? Śmierć traktuję jako coś, co odepchnie mnie od właściwego życia, od tego, co jeszcze chciałbym zrobić. Wówczas śmierć jest czymś irytującym, choć bywa, że jej świadomość działa uspokajająco.

- W "Podróży Leviego" poruszał Pan temat religijności, powraca on także w innych Pańskich fabułach.

Urodziłem się w środowisku sekty odrodzenia religijnego, Ewangelickiego Ruchu Ojczyźnianego - charakteryzuje się on między innymi fascynacją krwią i ranami Chrystusa. Książką, którą najintensywniej czytałem w dzieciństwie, był Stary Testament. Wówczas uważałem, że to świetna książka przygodowa, tyle tylko że podniosła i egzaltowana. Dla członków Ruchu słowa Biblii były prawdą objawioną, w niej było prawo, zawierała w sobie wszelkie przykazania i zakazy. Nie wolno było czytać zakazanych książek, chodzić do kina, pić alkoholu i robić wielu innych rzeczy. Ten system zakazów i nakazów głęboko we mnie tkwi. Nie żałuję, że odebrałem takie wychowanie, sam jednak nie jestem człowiekiem wierzącym.

Do dziś fascynują mnie różnorakie ruchy odrodzenia religijnego. Stąd wziął się też pomysł na napisanie "Podróży Leviego", powieści o ruchu zielonoświątkowym. Nie spodziewałem się, że książka ta spotka się z dobrym przyjęciem, sprzedała się jednak w ogromnym nakładzie i zapoczątkowała ważną debatę dotyczącą zarówno ruchu zielonoświątkowego, jak i polityki. Okazało się, że Szwecja nie jest krajem tak zsekularyzowanym, jak mogłoby się wydawać.

Sukces "Podróży Leviego" to także wynik doskonałej kondycji szwedzkiego czytelnictwa. Zjawiskiem jedynym w swoim rodzaju jest sieć bibliotek, którą każda gmina ma obowiązek prowadzić. Także dzięki temu moje powieści cieszą się popularnością.

- Ponoć Bille August chce zekranizować "Wizytę królewskiego konsyliarza"?

"Wizyta..." ma być sfilmowana w koprodukcji niemiecko-duńskiej, choć to raczej nie Bille August stanie za kamerą. Czynione są też przymiarki do adaptacji "Opowieści o Blanche i Marie". Mnie to zupełnie nie porusza, nie jest dla mnie istotne, że moją opowieść ktoś przetłumaczy na język filmu. W głębi duszy pozostaję powieściopisarzem i tylko literatura się dla mnie liczy.

Per Olov Enquist urodził się w 1934 r. w małej wiosce na północy Szwecji. Studiował historię literatury na uniwersytecie w Uppsali. Odnosił sukcesy jako sportowiec (197 cm w skoku wzwyż!). Od początku lat 60. pracował jako krytyk literacki i teatralny. Debiutował w 1962 r. powieścią "Kryształowe oko". Sławę przyniosły mu kolejne powieści: "Färdvägen" (1963), "Piąta zima magnetyzera" (1964), "Hess" (1966), "Legioniści" (1968) i "Sekunda" (1971). Od 1976 r. pisze także sztuki teatralne. Jako dramaturg zasłynął trylogią biograficzną poświęconą Strindbergowi, Andersenowi i Selmie Lagerlöf. Najgłośniejsza sztuka Enquista, "Noc trybad", doczekała się dwudziestu przekładów i przeszło dwustu inscenizacji. Jego dramaty wystawiane były również w Polsce, ostatnio reżyserowali je m.in. Kazimierz Kutz ("Twórcy obrazów" w Starym Teatrze) i Piotr Cieślak ("Siostry" w warszawskim Teatrze Dramatycznym). Po polsku ukazały się: "Piąta zima magnetyzera" (1977), dramaty: "Dla Fedry", "Z życia glist", "Godzina kota", "Tupilak" (1997), "Biblioteka kapitana Nemo" (1998), "Strącony anioł" (1999) oraz "Wizyta królewskiego konsyliarza" (2005).

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]