Reklama

Ktoś musi opowiedzieć naszą historię

Ktoś musi opowiedzieć naszą historię

14.10.2019
Czyta się kilka minut
Almudena Grandes: Wierzę, że zaangażowanie jest nieodłącznym warunkiem pisania. Pisanie to patrzenie na świat i opowiadanie tego, co się widzi. Ten sam świat może zainspirować i stworzyć tysiące różnych opowieści.
PATRICE NORMAND / OPALE / LEEMAGE / EAST NEWS
M

MARTA ELOY CICHOCKA: Dotychczas przetłumaczono na język polski trzy Pani powieści: „Las edades de Lulú” („Lulu”), „Los besos en el pan” („Pocałunki składane na chlebie”) i „Los pacientes del doctor García” („Pacjenci doktora Garcii”). Polscy czytelnicy, którzy czytają tylko w tym języku i nie znają pozostałych książek ani całej Pani twórczości, również felietonowej, mogą sobie zadawać pytanie: jak można tak przeskoczyć od powieści erotycznej do realistycznej powieści obyczajowej, a równolegle do powieści historycznej?

ALMUDENA GRANDES: Najłatwiej byłoby odpowiedzieć, że trzeba przeżyć trzydzieści lat. W takim okresie czasu zmieniają się zarówno poszczególni ludzie, całe kraje, jak i otaczająca nas rzeczywistość. Ale prawda jest taka, że istnieje głęboka wewnętrzna spójność – aczkolwiek, być może, niełatwa do uchwycenia na pierwszy rzut oka dla niehiszpańskiego czytelnika – pomiędzy „Wiekami Lulu” (bo tak brzmi tytuł mojej debiutanckiej powieści) a „Epizodami niekończącej się wojny”, serią sześciu powieści, w której staram się zawrzeć pierwsze ćwierćwiecze dyktatury Franco widziane z perspektywy jej przeciwników, gdzie „Pacjenci doktora Garcii” zajmują czwarte miejsce.

Na czym ta spójność polega?

Warto pamiętać, iż państwo frankistowskie było tak nierozerwalnie złączone z Kościołem rzymskokatolickim, że posunięto się do tego, by pobłogosławić hiszpańską wojnę domową jako krucjatę prowadzoną w imię Boga. Tymczasem priorytetem dla Hiszpanów mojego pokolenia było to, żeby całkowicie odróżnić się od naszych rodziców, a to z kolei sprawiło, że nawet seks zmienił się w akt buntu politycznego. Życiowym mottem mojej generacji było zapewnienie sobie egzystencji pełnej ekscesów, bez późniejszego poczucia winy. W tym sensie również erotyczny związek między Pablem i młodziutką Lulú skonfigurowany jest jako akt oporu. I zarówno pamięć historyczna, jak i walka z frankizmem czy wartości republikańskie są już w tej książce obecne, podobnie jak we wszystkich tych, które napisałam od tamtej pory.

Rozmawiając z pisarką, nie sposób nie zastanawiać się nad tym, kiedy i w jaki sposób zrodziło się w niej pragnienie zostania pisarką... Jacy byli Pani ulubieni autorzy czy autorki? Jakie nazwiska lub tytuły wywarły na Panią największy wpływ lub odcisnęły piętno?

Szczerze mówiąc, nie pamiętam siebie z innym powołaniem niż pisarskie. Już jako małe dziecko, takie ośmioletnie czy dziewięcioletnie, chciałam zostać pisarką, ponieważ na całym świecie nie było nic, co kochałabym tak mocno jak czytanie.

W tym sensie „Odyseja”, którą podarował mi mój dziadek Manolo Grandes z okazji pierwszej komunii, jest nadal najważniejszą książką, jaką przeczytałam w życiu. Była to pierwsza rzecz napisana w pierwszej osobie liczby mnogiej, jaka trafiła w moje ręce. Bo gdy jakaś książka bardzo nam się podoba, znaczy to, że opowiada o naszym życiu. I nie ma znaczenia, czy autor pisał ją w XXI wieku, czy w IX wieku p.n.e. Nie ma też znaczenia, że nigdy nie byliśmy w kraju, w którym toczy się akcja, ani że nic nie wiemy o jego rzeczywistości. Książki, które trafiają do naszych serc, zawsze opowiadają naszą własną historię. Ktoś to musi zrobić. Pierwszy raz przydarzyło mi się coś takiego właśnie podczas czytania tej dziecięcej wersji „Odysei”, gdzie znalazłam nie tylko historię Odyseusza, ale także własną.

To ja byłam z nim na tonącym statku, to ja wbiłam rozżarzony drąg w oko Polifema, to ja przywiązałam się do masztu, żeby nie uwiódł mnie śpiew syren. A kiedy bohater powrócił do Itaki, by się zemścić, poczułam, że ja również się mszczę za te wszystkie razy, gdy czułam się samotna jak on, za wszystkie niesprawiedliwości, których doświadczyłam, za wszystkie moje strachy i obawy. To było najbardziej intensywne doświadczenie, jakiego kiedykolwiek doznałam w życiu.

Jak ewoluowały Pani gusta literackie i co czyta Pani obecnie?

Czytanie jest nadal moją ulubioną aktywnością, którą wolę od wszelkich ­innych. Lubię czytać nawet bardziej, niż pisać. Jestem czytelniczką żarłoczną i eklektyczną, choć czytam głównie prozę, często XIX-wieczną, ale również współczesną. Nie mam upodobań ani zbyt wybiórczych, ani fanatycznych. Lubię wielu autorów, którzy różnią się między sobą. Ale w tej akurat chwili nie czytam tylko i wyłącznie dla przyjemności. Znalazłam się w jury Nagrody Tusquets za najlepszą powieść i jestem dopiero w środku drugiej z czterech zakwalifikowanych do finału książek.

Czy wierzy Pani w koncepcję literatury narodowej lub właściwej danemu kontynentowi? Jak zdefiniowałaby Pani cechy ewentualnej literatury europejskiej wobec literatury latynoamerykańskiej?

Jestem Hiszpanką i piszę po hiszpańsku.

To czyni ze mnie, podobnie jak z wszystkich moich rodaków, autorkę o podwójnej tożsamości, ponieważ z jednej strony podzielam historyczne doświadczenie wspólne dla wielu europejskich autorów, a z drugiej strony piszę w języku wspólnoty liczącej 600 milionów użytkowników. Literatura łączy mnie z pisarzami, którzy mieszkają po drugiej stronie oceanu i którzy z kolei dzielą literaturę z innymi pisarzami latynoamerykańskimi, mieszkającymi tysiące kilometrów stąd. Język literacki stwarza niezwykle silną i żywą więź. Czuję się zaszczycona, że mogę być częścią literatury hiszpańskojęzycznej. Równocześnie jednak jestem Europejką, mieszkam w Europie, mój styl życia podobny jest do życia innych autorów europejskich. Mam szczęście, że nie muszę wybierać między tymi światami.

Co sądzi Pani o współczesnej literaturze hiszpańskiej?

Współczesna literatura hiszpańska znajduje się aktualnie w interesującym momencie.

W moim kraju relacje między czytelnikami i autorami przyjęły formę idylli, co zdecydowanie ożywia literaturę narodową. W ostatnich latach pojawili się bardzo interesujący autorzy młodego pokolenia, tacy powieściopisarze jak Aroa Moreno czy Cristina Morales, a także poeci.

Czy zna Pani literaturę polską?

Niestety, niewiele o niej wiem, zwłaszcza o tej współczesnej. Z jednym wyjątkiem: jestem oddaną czytelniczką Wisławy Szymborskiej. Zawsze będę dziękować Akademii Szwedzkiej za to, że dała mi możliwość jej poznania.

Jaka jest Pani rutyna pisarska? Czy ma Pani swoje manie i fetysze? A może uważa Pani uprawianie literatury za zwyczajną formę aktywności, którą przy odrobinie szczęścia mógłby wykonywać każdy?

Jestem bardzo zdyscyplinowana i mam dość rygorystyczne zasady pracy. Piszę codziennie, od śniadania do obiadu, przez około pięć, sześć godzin. Traktuję pisanie dość zwyczajnie, jako pracę, bo tak właśnie jest, ale rzeczywiście mam pewne własne nawyki czy też małe manie. Nigdy nie daję nikomu powieści do przeczytania, dopóki nie jest skończona. Nigdy jej nie drukuję ani nie nadaję tytułu, nigdy też nie udostępniam żadnych cytatów, aż do chwili, w której stawiam ostatnią kropkę.

Jak sobie Pani radzi z blokadami pisarskimi, jeśli takie się Pani zdarzają?

Zazwyczaj nie cierpię na blokady pisarskie, bo mam specyficzny system pracy. Zanim napiszę pierwsze słowo nowej książki, szkicuję sobie całą powieść w zeszycie.

Zaczynam pisać dopiero wtedy, gdy mam już kompletną strukturę. Takie blokady zdarzają mi się w tej pierwszej fazie, fazie zeszytu, ale wtedy mnie nie martwią.

Opowiadając o serii „Epizodów ­niekończącej się wojny”, w jednym z wywiadów powiedziała Pani, że aby napisać taką powieść, należy osiągnąć idealną równowagę między wolnością twórczą a lojalnością wobec prawdy historycznej. Brzmi to jak założenie dość nierealne, ale Pani powieści dowodzą, że jest to możliwe. Skąd Pani wie w trakcie pisania, że udaje się Pani osiągnąć taką równowagę? Ile czasu poświęca Pani na badania historiograficzne? Kiedy musi Pani uzupełnić zebraną dokumentację źródłową własną ­wyobraźnią i inwencją?

Wiem, że zabrzmi to dziwnie – ludzie mi nie wierzą, gdy to mówię – ale dla mnie praca dokumentacyjna jest częścią ciągłego procesu powstawania książki. Nigdy nie mówię sobie: „Jutro zabieram się za zbieranie dokumentacji źródłowej”.

Podobnie nigdy nie mówię: „Nie zacznę kolejnej pracy dokumentacyjnej, dopóki nie skończę książki, którą piszę teraz”. Od wielu lat, już przeszło piętnastu, czytam wszystko, co mogę na temat Republiki, wojny domowej i dyktatury Franco, ­przeplatając lektury stricte historiograficzne z bardziej literackimi. A gdy zaczynam pracę nad kolejną powieścią, wiem już, które książki muszę przeczytać ponownie, od deski do deski, zakreślając ich fragmenty i wypełniając marginesy notatkami.

Robię to wszystko w tym samym czasie i staram się mieć swoje źródła stale pod ręką, aby móc pisać swobodnie, ale bez manipulowania prawdą historyczną. Odtwarzam rzeczywiste postaci i łączę je z fikcyjnymi bohaterami, ale nigdy nie zmuszam ich do robienia lub mówienia rzeczy, których by nie powiedziały lub nie zrobiły w sytuacji takiej jak ta wymyślona przeze mnie.

„Sztuka daje głos temu, czemu historia zaprzeczyła, co uciszyła lub prześladowała. Sztuka ratuje prawdę z rąk kłamstw historii” – Carlos Fuentes pisał tak o Cervantesie, ale ten cytat stał się swoistym manifestem nowej powieści historycznej: takiej powieści, która świadomie bierze pod włos oficjalny dyskurs historyczny. Czy zgadza się Pani z Fuentesem?

Całkowicie! W rzeczywistości istotna wartość, jaką może mieć seria „Epizody niekończącej się wojny”, abstrahując od jakości stricte literackiej, jaką osiąga lub nie, polega na przywróceniu głosu grupie ludzkiej – opozycji antyfrankistowskiej – która pozostaje praktycznie poza oficjalną historią.

Niektórzy pisarze i poeci uważają, że poglądy polityczne danego artysty nigdy nie powinny wpływać na odbiór jego dzieła. Inni, przeciwnie, walczą o literaturę zaangażowaną. A Pani?

Wierzę, że zaangażowanie jest nieodłącznym warunkiem pisania. Pisanie to patrzenie na świat i opowiadanie tego, co się widzi. Ten sam świat może zainspirować i stworzyć tysiące różnych opowieści, ponieważ każdy człowiek przepuszcza rzeczywistość przez filtr swojej ideo­ logii, swoich koncepcji dobra i zła, tego, co wydaje mu się sprawiedliwe lub niesprawiedliwe. Zawsze tak jest, a obiektywizm jest chimerą, ponieważ od nikogo nie można wymagać wyrzeczenia się własnych idei, wszystkich uczuć czy subiektywnych doświadczeń, aby uzyskać rzekomo neutralny wgląd. Neutralne wglądy nie istnieją. W tym sensie literatura niekoniecznie musi mieć związek z polityką, bo to już jest osobisty wybór każdego autora, ale zawsze ma jakiś związek z ideami, z ideologią. Każda książka jest sama w sobie produktem ideologicznym, w prawidłowym znaczeniu tego słowa, czyli zawsze ma związek z zestawem idei, które ukształtowały osobowość jej autora. Autorzy, którzy udają, że nikomu nie przeszkadzają, a w obliczu rzeczywistości nie stają po niczyjej stronie, bynajmniej nie stanowią wyjątku od tej reguły. Ich książki są tak samo ideo­logiczne jak wszystkie inne. A ja stoję po stronie rzeczywistości. I właśnie to nazywam byciem pisarką zaangażowaną.

Czy nadal uważa się Pani za pisarkę antysystemową, chociaż bez dredów?

Jestem pisarką antysystemową w tym sensie, że bronię takiego odczytania najnowszej historii mojego kraju, które różni się od historii oficjalnej.

A wierzy Pani w moc literatury, która inspiruje społeczeństwo i doprowadza do zmiany obowiązującego systemu?

Owszem, wierzę w moc literatury, która potrafi zmieniać życie czytelników. Ważne książki to takie, które zmieniają nas w innych ludzi. Po ich lekturze nie jesteśmy już tacy jak niegdyś. W tym sensie książka, która zmieni światopogląd wielu czytelników, może stać się śmiertelnym zagrożeniem dla systemu.

Czy nadal kibicuje Pani drużynie klubu Atlético de Madrid?

Oczywiście, że tak! W naszym życiu można zmienić prawie wszystko – partnera, dom, przyjaciół, partię polityczną – ale nie drużynę piłkarską, której się kibicuje! ©

ALMUDENA GRANDES (ur. 1960) jest hiszpańską pisarką i felietonistką. Absolwentką geografii i historii madryckiego Uniwersytetu Complutense. Zadebiutowała w 1989 r. erotyczną powieścią „Lulu” (oryg. „Las edades de Lulu”), za którą otrzymała nagrodę La Sonrisa Vertical. Autorka wielu powieści, cenionych przez czytelników i krytykę, m.in. historycznej serii „Epizodów niekończącej się wojny”, poświęconej 25 latom frankizmu, pisanej z perspektywy jego przeciwników. Laureatka kilkunastu nagród literackich, m.in. Nagrody Fundacji Joségo Manuela Lary, Nagrody Księgarzy (w Madrycie i Sewilli), Premio Iberoamericano de Novela Elena Poniatowska, Premio Sor Juana Inés de la Cruz, Premio Liber 2018 i Premio Nacional de Narrativa 2018. Prywatnie żona wybitnego poety Luisa Garcíi Montero, mieszka w Madrycie i kibicuje klubowi Atlético.

Spotkanie z ALMUDENĄ GRANDES, którego tematem będzie powieść historyczna i jej wpływ na społeczeństwo, nie tylko hiszpańskie, lecz globalne, odbędzie się we czwartek, 24 października, a poprowadzi je Marta Eloy Cichocka.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]