Kilka przemyśleń księdza dziennikarza

Kilka przemyśleń księdza dziennikarza

12.04.2018
Czyta się kilka minut
Ks. Adam Boniecki został dziś doktorem honoris causa Uniwersytetu Łódzkiego. Publikujemy przemówienie, które wygłosił podczas uroczystości wręczenia tytułu.
YOUTUBE
YOUTUBE
D

Dziękuję za zaszczytny tytuł. Zdaję sobie sprawę, w jak wspaniałym gronie doktorów H.C. Łódzkiego Uniwersytetu się znalazłem. Przyznaję, że nigdy żadnego doktoratu h.c. się nie spodziewałem i gdyby to nie było niegrzecznością wobec tych, którzy mi go przyznali, powiedziałbym, że to chyba jakaś pomyłka. Skoro jednak Państwo przyznali mi tę najwyższą godność akademicką, nie chcę być hipokrytą i wyznaję, że z tego zaszczytu się ogromnie cieszę. Wejście do takiego grona to wielki zaszczyt. Bo osoby, które godnością h.c. zostały przez tutejszy Uniwersytet obdarzone, to grono znakomite. Przypomnę nazwiska tych, z którymi czuję się w pewnym sensie, jakoś osobiście związany, przez lektury, a z niektórymi również przez osobistą znajomość: Julian Tuwim (1949), Tadeusz Kotarbiński(1957), Witold Doroszewski (1960), Józef Chałasiński (1970), Jan Szczepański (1973), Konrad Jażdżewski (1985), Karl Dedecius (1990), Leszek Kołakowski (1992), Józef Tischner (1995), Jan Karski (1996), Tadeusz Ulewicz (1998), Andrzej Walicki (2001), Andrzej Wajda i Kazimierz Dejmek (2002), Margaret Thatcher i Władysław Bartoszewski (2009), Amos Oz i Krzysztof Zanussi (2012), Umberto Eco (2015) i Krzysztof Pomian (2017)….

Chciałbym teraz podzielić się z Państwem garścią doświadczeń katolickiego księdza (to drugi ksiądz, po ks. profesorze Józefie Tischnerze, na liście dr. h.c. Łódzkiego Uniwersytetu) – a zarazem redaktora, dziennikarza. Jest to kilka przemyśleń i doświadczeń z ostatnich 55 lat mojego życia, życia z „Tygodnikiem Powszechnym”.

Kilka problemów i pokus czyhających na dziennikarza redaktora (i do tego księdza).

1. Finanse

Misja bez pieniędzy to utopia, pieniądze bez misji – cynizm, powiedział o mediach Adam Michnik na KUL-owskim „Tygodniu Kultury” (w roku 2004).

Środki przekazu, także religijne stanowią – trzeba to powiedzieć jasno – część rynku mediów. „Rynek religijny” ma oczywiście swoje cechy specyficzne. Nabywca, w przypadku mediów „katolickich”, pyta o prawdę, często rozumiejąc przez to potwierdzenie „jego prawdy”. Wielu odbiorców woli od prawdy obiektywnej i od trudnych pytań przekaz, który zapewni im poczucie bezpieczeństwa, który będzie odpowiadał „ich prawdzie”, ich poglądom i ich przyzwyczajeniom. Stąd, jeśli ktoś nie chce być zakładnikiem tych wymagań, napotka na trudności w zdobyciu zaufania „nabywców” (czytelników), zwłaszcza uprzedzonych. Czasem wystarczy jeden tekst odebrany jako sprzeczny z tym, czego czytelnik oczekuje od pisma „katolickiego” (np. nie satysfakcjonuje go sposób reagowania na publiczne prowokacyjne działania mające posmak bluźnierstwa, a obliczone właśnie na wywołanie możliwie głośnej awantury), by w ostrych słowach zawiadomił redakcję o natychmiastowym wycofaniu prenumeraty lub zaprzestaniu kupowania pisma.
Stąd pokusa, by nie zrażać, by omijać drażliwe tematy, by być pismem „dla zbudowania i pokrzepienia serc”.

Zaufanie do pisma może się jednak okazać ratunkiem w zagrożeniu katastrofą finansową, jak było w przypadku „Więzi” i dwukrotnie „Tygodnika Powszechnego”, w latach 1957 i w 2009, kiedy to wielkoduszność czytelników uratowała pismo od kłopotów. Przykładem budowania bazy finansowej w oparciu o bezwzględne zaufanie odbiorców niewątpliwie jest „Radio Maryja”.

Drugim czynnikiem wpływającym na popyt, jest potrzeba „należenia do grupy”. Nabywca – czytelnik, utożsamiając się z prezentowanymi w piśmie ideami, sposobem interpretowania świata, stawiania pytań, usatysfakcjonowany doborem i sposobem podawania informacji, nie czuje się osamotniony. W przypadku mediów promujących „wartości wyższe” występuje poczucie nobilitacji (należę do grona czytelników pisma „X”). Dodajmy, że i wartości „negatywne” („turpizm, makabra i obscena”), dają poczucie „należenia”. Hołdując tym upodobaniom przyjemnie jest wiedzieć, że to nie tylko ja, że jest nas, lektorów pisma „Y”, cała grupa.

Nikt nie będzie utrzymywał pisma deficytowego, nawet Kościół. Kościół jednak, jak inne wielkie instytucje czy organizacje, może dofinansowywać swoje środki przekazu jako narzędzie misji. Tak np. funkcjonuje Radio Vaticana (choć od lat 80. wymaga się, by i ono podejmowało różne działania rynkowe). U nas Kościół wspiera katolickie media reklamą (m.in. z ambony) i gigantyczną, bezpłatną siecią dystrybucji parafialnej. W wielu krajach z kościelnych funduszy są utrzymywane agencje informacyjne, takie jak nasza KAI, a niektóre pisma katolickie są finansowo wspierane przez lokalny Episkopat. 

Jednak mocne, finansowe wsparcie wymaga czynienia zadość oczekiwaniom wspierającej instytucji.
 
2. Niezależność (właściciele)

A z tym wiąże się problem niezależności pisma, czyli – innymi słowy – pełna odpowiedzialność redakcji za treści zawarte w piśmie. Jeżeli właścicielem jest instytucja kościelna, np. diecezja, to za jej ortodoksyjność, a czasem i za poprawność polityczną  odpowiada biskup, który wykonuje to przez zaufanego człowieka, postawionego na stanowisku naczelnego redaktora.

Niesłusznie taką rolę czasem przypisywano „asystentowi kościelnemu”. Istniejący w czasach PRL „asystent kościelny redakcji” został wymyślony po to, by w rozmowach z władzami „Tygodnik Powszechny” mógł być traktowany jako „stan posiadania Kościoła”, co z kolei dawało Episkopatowi tytuł występowania w obronie „Tygodnika”. Wcześniej funkcja „asystenta kościelnego” istniała tylko przy katolickich organizacjach, a nie przy redakcjach.

„Tygodnik” w materii „własności pisma” zdobył ważne doświadczenie.

Do 1956 r. jego wydawcą była Krakowska Kuria Metropolitalna, potem odpowiedzialność za pismo przejęła grupa katolików świeckich jako Sp. z o.o. Jako pismo katolickie byliśmy wspierani (czasem monitowani) przez Kościół, zwłaszcza naszych arcybiskupów. Metropolita krakowski Karol Wojtyła utrzymywał żywy kontakt i współpracę z redakcją, stale publikował swoje teksty w „Tygodniku”, lecz byliśmy niezależni od zewnętrznego właściciela, więc całkowicie za pismo odpowiedzialni. „Tygodnik” pozostał pismem katolickim, ale nie był pismem kościelnym.

Kiedy w trudnym dla Tygodnika okresie, w kwietniu 2007 r., z pomocą przyszła mu grupa ITI, nabywając 49 proc. udziałów w „Tygodniku Powszechnym”, a 23 czerwca 2008 r. stając się większościowym udziałowcem pisma, to jako nowi wspólnicy, w bardzo szczegółowej umowie, zobowiązali się nie ingerować w redagowanie, w treść ani w sprawy personalne pisma – i skrupulatnie tego zobowiązania dotrzymali. W roku 2011 grupa ITI kapitałowo się ze spółki wycofała, a swoje udziały nieodpłatnie przekazała Fundacji Tygodnika Powszechnego, która ponownie stała się samodzielnym właścicielem spółki. We wrześniu 2014 r. mniejszą część udziałów objęła Fundacja Centrum Kopernika, która, ku obopólnemu zadowoleniu, owocnie współpracuje z pismem.

Historia z ITI dowodzi, że nawet w biznesie jest miejsce na działania bezinteresowne. Ci, którzy w ITI podjęli decyzję o wsparciu „Tygodnika”, nie zrobili tego w przewidywaniu zysków, ale po to, aby ocalić wartości w ich przekonaniu reprezentowane przez „Tygodnik Powszechny”. Dodajmy, że dla wielu komentatorów ta bezinteresowność do końca pozostawała nie do pojęcia.

3. Ortodoksja

Dla pisma mającego w podtytule przymiotnik „katolicki” sprawa ortodoksji ma znaczenie zasadnicze. Kościół nie może się zgodzić na to, by pod szyldem „katolicki” szerzono treści niezgodne z jego nauką.

W ciągu 55 lat mojej pracy w „Tygodniku Powszechnym” nie zdarzyło się, by Kościół postawił „Tygodnikowi” zarzut nieortodoksyjności.
Owszem, ja sam, jako naczelny „TP”, usłyszałem ostrzeżenia, że jeśli posiadany przez nas, określony materiał opublikujemy, pismo straci prawo do przymiotnika „katolickie”. Jednak nie chodziło o prawdy wiary, ale na przykład o całościowe przedstawienie sprawy gorszących zachowań biskupa i reakcji Stolicy Apostolskiej. Z podobną reakcją (bez grożenia wprost utratą logo) spotkało się opublikowanie jednej krytycznej wypowiedzi na temat Radia Maryja na zebraniu biskupów ordynariuszy. Tym razem zarzucono mi naruszenie zasad etyki dziennikarskiej. Takie i podobne, nie tak znów rzadkie, sytuacje powstają na skutek utożsamiania misji mediów z misją biskupa czy w ogóle duszpasterzy.

  Ilustruje to historia związana z artykułem Jerzego Turowicza: „Kryzys w Kościele” (w noworocznym numerze „TP” z 1969 roku).
Na tamten tekst publicznie zareagował Ksiądz Prymas Wyszyński, zapewniając wiernych, że żadnego kryzysu w Kościele nie ma, a jeśli jakiś jest, to „kryzys redaktora”. Kardynał Wojtyła, też z artykułu niezadowolony, tłumaczył – powołując się na „pedagogię wiary” – że informacje o toczonych w Kościele sporach wymagają przygotowania, którego polski czytelnik nie ma. Turowicz, który uważał, że formacja dokonuje się m.in. przez informację, dowodził, że to, co jest dostępne w całym wolnym świecie, polskiemu czytelnikowi po prostu też się należy.

Bo katolicki dziennikarz nie może się zmienić w moralistę, a gazeta w encyklikę czy nawet w wykład katechizmu. Trudnych dla Kościoła pytań nie wolno mu omijać, trudnych spraw, nawet skandali czy niefortunnych decyzji hierarchów, nie może zostawiać pismom niechętnym Kościołowi. Musi się z nimi mierzyć, nawet ryzykując niezadowolenie niektórych czytelników, hierarchów, księży czy tzw. zwykłych wiernych.

A przecież katolickie pismo nie może ulegać wszechogarniającej nienawiści wobec „innego”: nie tylko ma się upominać o krzywdzonych, o ofiary wojny i nędzy, o uchodźców, o dyskryminowanych z powodu rasy, orientacji seksualnej czy niepełnosprawności, ale także ma „odpuszczać naszym winowajcom”, co nie znaczy, że przez palce patrzeć na ich winy. Zwalczać zło, a nie niszczyć człowieka. Przynajmniej dążyć do tego, bo mało kto tak potrafi.

„Dziennikarz bez nieprzyjaciół, który nikomu nie przeszkadza, którego życie nie jest pełne kłopotów (…) bardzo rzadko jest dobrym dziennikarzem (…) Jeśli dziennikarzowi czy dziennikarce wszystko idzie gładko, bardzo rzadko jest dobrym dziennikarzem” – pisała w książce „Tylko ja mogę napisać swoją historię” Oriana Fallaci.

4. Obiektywizm

Od katolickiego pisma, od katolickiego dziennikarza słusznie się oczekuje ukazywania „pięknej twarzy Kościoła”, reagowania na fałszywe oskarżenia i niesprawiedliwe ataki.

Czy jednak ciemne strony tego, co ludzkie w Kościele katolickim, dziennikarz ma omijać? Czy katolickie pismo ma zostawiać pisanie o nich ludziom Kościołowi i wierze niechętnym? Czy zawsze, za wszelką cenę ma wszystkiego bronić?

Jakże musieli być zaskoczeni ci, którzy tak myślą, kiedy usłyszeli słowa kardynała prefekta Kongregacji Nauki Wiary, wkrótce potem papieża Benedykta XVI: „ile Chrystus musi wycierpieć w swoim Kościele (…) Ileż razy czcimy samych siebie, nie biorąc Go nawet pod uwagę! (…) Ileż razy Jego słowo jest wypaczane i nadużywane! Ileż pustych słów! Ile brudu jest w Kościele, i to właśnie wśród tych, którzy poprzez kapłaństwo powinni należeć całkowicie do Niego! Ileż pychy i samouwielbienia!”

„Naszym zadaniem jest informowanie i budzenie politycznej świadomości ludzi. Tej świadomości, którą władza zawsze stara się uśpić” – pisała Fallaci. Nie wiem, czy usiłowanie zaradzenia złu (w Kościele) zanim się o nim napisze (np. przez zainteresowanie sprawą właściwych przełożonych) jest błędem w sztuce. Wiem jednak, że jeśli inne sposoby zawiodą, od użycia tego środka, którym są media, żaden, więc także „katolicki”, dziennikarz nie może się uchylać.

5. Wolność słowa

„Jeśli z jednej strony minął okres ingerencji pochodzących z totalitaryzmu politycznego, to czy może z drugiej strony nie jest prawdą, że dziś często na świecie korzystanie z rozumu i badania naukowe muszą – w sposób subtelny, a niekiedy wcale niesubtelny – ulegać naciskom grup interesów ideologicznych i odwoływać się do celów utylitarnych i krótkoterminowych lub tylko pragmatycznych? Co może się wydarzyć, gdy nasza kultura będzie budować samą siebie jedynie na modnych argumentach, z niewielkim odniesieniem do oryginalnej historycznej tradycji intelektualnej, czy też na przekonaniach, z wielkim hałasem propagowanych i szczodrze finansowanych?” – mówił Benedykt XVI podczas spotkania z przedstawicielami czeskiego świata akademickiego we wrześniu 2009 roku.

W wolności często nieco pustej i bez wartości, na nowo trzeba uznać, że wolność i dobro, wolność i prawda idą razem. Inaczej niszczy się także wolność.



CZYTAJ TAKŻE:

Edytoriale ks. Adama Bonieckiego >>>



„Za życiową postawę i charyzmę zjednującą sympatię, za mądrość i zatroskanie o sprawy ojczyzny i rodaków, za tolerancję i chrześcijańską pokorę w ocenach bliźnich, a przede wszystkim za pozytywistyczny trud szerzenia systemu wartości, w którym naczelne miejsce zajmuje człowiek, także ten niedoskonały, ksiądz Adam Boniecki MIC w pełni zasługuje na godność doktora honoris causa, którą Uniwersytet Łódzki zamierza mu przyznać” – napisała w recenzji doktoratu prof. Maria Libiszowska-Żółtowska z Uniwersytetu Warszawskiego.

„Księdza Adama Bonieckiego rozważania o wierze i Kościele mają specyficzny charakter. Zawsze powiązane są z problemami społecznymi, z troską o zwykłego człowieka, który czuje się związany z Kościołem i jednocześnie zagubiony” – dodała prof. Grażyna Habrajska z Uniwersytetu Łódzkiego, także recenzująca doktorat.

Promotorem doktoratu honoris causa księdza Adama Bonieckiego będzie Pani Profesor Barbara Bogołębska z Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Łódzkiego.

Wypowiedzi recenzentów przytaczamy za stroną internetową Uniwersytetu Łódzkiego.

Autor artykułu

Redaktor-senior „Tygodnika Powszechnego”, marianin. Ur. w 1934 r. w Warszawie. Absolwent filozofii na KUL, w 1964 r. na prośbę bp. Karola Wojtyły skierowany do pracy w redakcji „Tygodnika...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Od kiedy zaczyna się życie ?

od trzeciego dnia stworzenia - zgadłem?... oczywiście należy jeszcze rozstrzygnąć, czy Stwórca był żywym okazem czy też nie kiedy stwarzał, no bo jeśli faktycznie żywym - to Szanownego jarocina pytanie ma jeszcze prostszą odpowiedź +++ ale mam w rewanżu nieco trudniejsze pytanie dla układacza zagadek: czy wirus to organizm żywy czy martwa materia o cudacznej strukturze? pytanie jest podchwytliwe, proszę się dobrze zastanowić zanim walnie Pan gafę

...ale i chyba potwierdzone historią Tygodnika Powszechnego.Od prawie 1000 lat funkcjonuje w świecie instytucja uniwersytetu-powołanego przez Kościół katolicki NIEZALEŻNEGO ośrodka dochodzenia prawdy. Uniwersytet ma fundamentalne znaczenia dla cywilizacyjnego progresu-w skali lokalnej i globalnej. Prawdy i niezależności nie należy wyrzucać poza "katolicką ortodoksję", bo wyjdzie z tego żałosny fundamentalizm sekty religijnej-to tak ku uwadze wszystkim "katolikom" oburzonym "nieortodoksyjnością" TP.

moja radość jest wielka i nie znajduję słów, by ją wyrazić. "Ten niedoskonały ksiądz", z pewnością zasługuje na tytuł, którym Go obdarowano. Z serdecznymi pozdrowieniami-S

i pomocy Ducha Świętego we wszystkich kategoriach, które Ksiądz wymienił powyżej. Przy okazji, ogromne DZIĘKUJĘ za rekolekcje wielkopostne.
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]