Reklama

Ładowanie...

Jeszcze martwa czy wciąż żywa?

Jeszcze martwa czy wciąż żywa?

21.11.2004
Czyta się kilka minut
Wtedy, w marcu 2000 r., nadzieje były wielkie. Toasty za przyszłość Unii Europejskiej wznoszone przez przywódców jej państw na szczycie w Lizbonie mogły więc być szczere. Oczywiście wszyscy zdawali sobie sprawę, jak ambitny jest wyznaczony w stolicy Portugalii i zwany odtąd Strategią Lizbońską cel: uczynienie w ciągu następnej dekady gospodarki UE najwydajniejszą na świecie.
-

---ramka 341879|prawo|3---Poprzeczkę wyznaczały Stany Zjednoczone - to gospodarkę amerykańską kraje Unii chciały doścignąć i prześcignąć. Tymczasem, przykładowo, dochód mieszkańca Unii stanowił ledwie 67 proc. dochodu obywatela USA, zaś średnie roczne tempo rozwoju Unii w ostatnich dwudziestu latach wyniosło 2,3 proc. rocznie, podczas gdy w Stanach Zjednoczonych sięgało 3,3 proc.

Jednak opracowana na Kontynencie diagnoza opóźnienia zdawała się być tyleż bezlitosna, co precyzyjna, zaś recepty proponowane na uzdrowienie sytuacji odważne i, co równie istotne, nowatorskie (zakładały wszak nie tylko liberalizację, ale też większą innowacyjność i konkurencyjność). Co do rozpoznania, uznano, po pierwsze, że przedsiębiorstwa europejskie są za mało innowacyjne, wykształcenie ich pracowników przestarzałe i nieadekwatne do potrzeb, zaś badania naukowe nie gwarantują faktycznego postępu. Stwierdzono też, po drugie, że szeroko rozumiany rynek usług (finansowych, transportowych, telekomunikacyjnych) jest wciąż na tyle zmonopolizowany, że stanowi barierę dla inwestycji i rozwoju gospodarki. Po trzecie wreszcie - że rynek pracy jest nieelastyczny, a współczynnik zatrudnienia - niski.

Strategię podzielono roboczo na cztery obszary: “szybkie przechodzenie do gospodarki opartej na wiedzy, w tym rozwój społeczeństwa informacyjnego, badań i innowacji oraz kształcenie odpowiednich kwalifikacji i umiejętności", “liberalizację gospodarki" (czyli dokończenie budowy wspólnego rynku, zwłaszcza w sektorach, gdzie istnieją monopole sieciowe: telekomunikacji, energetyce, transporcie, poczcie czy bankowości), “rozwój przedsiębiorczości (chodzi o deregulację i likwidację barier administracyjno-prawnych, łatwiejszy dostęp do kapitału i technologii, ograniczanie zakłócającej konkurencję pomocy publicznej, tworzenie równych warunków konkurencji) oraz “zatrudnienie i zmiana modelu społecznego" (celem jest wzrost aktywności zawodowej, uelastycznienie rynku pracy, poprawa edukacji, unowocześnienie systemu zabezpieczeń społecznych, ograniczanie biedy i wykluczenia społecznego)". Rychło pojawił się jeszcze obszar piąty: “zrównoważony rozwój", za który uznano stymulowanie wzrostu gospodarczego w taki sposób, który zapewniałby też ochronę środowiska naturalnego.

Na dodatek już rok później pojawił się kolejny powód do optymizmu: gospodarka Unii zanotowała szybszy wzrost niż amerykańska.

Potem jednak pojawiły się kłopoty. Najpotężniejsze gospodarki kontynentu (niemiecka, francuska i włoska) z coraz większą trudnością radziły sobie z narastającą recesją. Wszędzie zaś powody polityczne sprawiały, że rządy nie decydowały się na wystarczające uelastycznienie prawodawstwa dotyczącego swobody gospodarczej i rynku pracy. Swoje robiły również reguły panujące w samej Unii - chociażby wymóg jednomyślności w podejmowaniu przez Radę UE ostatecznych decyzji o wprowadzeniu większości z planowanych reform. Dały wreszcie o sobie znać zwykłe narodowe interesy (przykładem niedawne żądanie Niemiec, by nowe państwa członkowskie podwyższyły podatki dla przedsiębiorców, bo są one... konkurencyjne i mogą skłaniać biznesmenów z państw “starej" Europy do przenoszenia inwestycji do “nowej").

Dziś opóźnienie gospodarcze Unii wobec Stanów Zjednoczonych jest jeszcze większe niż przed czterema laty. Stąd też fala radykalnej krytyki Strategii. “Okazała się wielką klęską. Jest martwa" - stwierdził wręcz kończący urzędowanie przewodniczący Komisji Europejskiej Romano Prodi w pożegnalnym wywiadzie dla “Financial Times". Także ogłoszony 3 listopada tzw. raport Koka (patrz niżej), który miał podsumować dotychczasowe wdrażanie Strategii, nie pozostawia złudzeń: formalnie przyjęty prze Unię program, mimo szumnych zapowiedzi w większości krajów w praktyce nie jest realizowany (są wyjątki - na przykład kraje skandynawskie - tyle że one zapewne i bez Agendy unowocześniłyby swą gospodarkę).

Najwięksi sceptycy podważają sam pomysł: plan uczynienia Unii do roku 2010 “najbardziej konkurencyjną i dynamiczną gospodarką świata" przypomina sowiecki plan czasów Chruszczowa “doścignięcia i prześcignięcia do roku 1970 Ameryki". Kwestionują także sam mechanizm prac nad Strategią, ironizując, że pomysł, aby odpowiedzi na problemy gospodarcze szukać w organizowaniu kolejnych eksperckich seminariów i politycznych szczytów, też można porównać do praktyki radzieckiej opisanej w znanym dowcipie: “Co się zbiera w ZSRR, kiedy jest słaby urodzaj? Plenum KC KPZR".

Nawet jednak wśród tych, którzy bez złudzeń wskazują na słabości Strategii, nie wszyscy są skrajnymi pesymistami. Przypominają - jak choćby Krzysztof Szczygielski z Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych (“Gazeta Wyborcza" 21.06.2004) - że nie minęła nawet połowa czasu przeznaczonego na Strategię. Ponadto nawet jeśli cel strategiczny jest nie do zrealizowania, to uruchomiła ona wiele ważnych dla Unii inicjatyw: praktycznie zakończono proces legislacyjny zmierzający do liberalizacji rynków telekomunikacyjnego i energii elektrycznej, postępy poczyniono w urynkowieniu usług finansowych i transportu. Znaczenie - tym razem w sferze mentalności polityków i urzędników poszczególnych państw - ma już samo porównywanie osiągnięć państw członkowskich. W Polsce ten efekt widać było w pracach nad polityką zatrudnienia, która powstała częściowo pod wpływem wzorów europejskich. Strategia wymusiła też sporządzenie - również w Polsce - szeregu analiz na temat stanu poszczególnych sektorów gospodarki, które mogą stać się bazą do potencjalnych reform. Proces lizboński jeszcze większą rolę może odegrać w powiększonej Unii - zwłaszcza że sprzyjać temu powinien nowy skład Komisji Europejskiej i konieczność negocjacji nad budżetem Unii na lata 2007-13. “Taki rozwój sytuacji byłby sam w sobie korzystny dla Polski. Najmniejsze nawet zdynamizowanie gospodarki Europy Zachodniej leży w naszym interesie, bo jesteśmy z nią zintegrowani handlowo i kapitałowo. Ponadto Polska sama skorzystałaby na realizacji założeń Strategii". Konieczność poprawy konkurencyjności gospodarki europejskiej będzie ważną kartą w nadchodzących rozgrywkach politycznych i “powinniśmy nauczyć się nią grać, bo stawką będą kwestie o fundamentalnym dla nas znaczeniu, takie jak harmonizacja podatków bezpośrednich i nowy kształt polityki strukturalnej".

Z kolei prof. Witold Orłowski, doradca prezydenta RP i pracownik Niezależnego Ośrodka Badań Ekonomicznych, zauważał ostatnio, że główny problem Strategii Lizbońskiej polega na tym, by “dobrze zdefiniowane cele przełożyć na język praktycznych działań" w sytuacji, gdy “skala zróżnicowania gospodarek krajów Unii Europejskiej jest znacznie większa od zróżnicowania stanów USA - różny jest poziom rozwoju, różne są problemy gospodarcze i różne mechanizmy wiodące do efektywnego wzrostu gospodarczego". Przykładowo, o ile tak Polska, jak Niemcy mają problemy z bezrobociem, powodują je zupełnie inne czynniki. Z kolei, o ile warunkiem rozwoju gospodarek obu krajów są najnowocześniejsze technologie, Niemcy mogą pozwolić sobie albo na ich kupowanie, albo na samodzielne badania, dla Polski zaś korzystniejszy będzie “znacznie większy import technologii, bo przy naszym zapóźnieniu powinniśmy iść na skróty. Innymi słowy, na podstawie ogólnych wytycznych Agendy należałoby sformułować szczegółowe cele i zadania do realizacji dla poszczególnych krajów dostosowane do ich sytuacji i do stojących przed nimi wyzwań" - sugerował (“Gazeta Wyborcza", 5.11.2004).

Podobne idee reformy pojawiają się już także na szczeblu oficjalnym - dowodem wspólny artykuł Marka Belki i jego duńskiego odpowiednika Andersa Rasmussena, ogłoszony w “Financial Times", “Rzeczpospolitej" (4.11.04) i dzienniku “Boersen". Premierzy wzywają m.in., by przy realizacji Strategii w większym stopniu brać pod uwagę sytuację w poszczególnych państwach Unii. Co najważniejsze: 5 listopada na spotkaniu w Brukseli już cała Rada Europejska potwierdziła aktualność procesu lizbońskiego. Przywódcy unijnej “25" zlecili Komisji Europejskiej przygotowanie propozycji takiej modyfikacji Strategii, które “uwzględniać mają wyzwania stojące przed Unią w latach 2005-2010". Nowy szef Komisji Jose Manuel Barroso również deklaruje, że nie zamierza grzebać Strategii. Przeciwnie: zapowiada, że doprowadzenie do prześcignięcia Stanów Zjednoczonych przez Unię - choć już nie do 2010 r., lecz w nieco odleglejszym terminie - ma być priorytetem Komisji. Jest więc zdeterminowany, by Strategię “odświeżyć", a okazją ma być marcowy szczyt unijnej “25" w Brukseli.

***

W cyklu “Polska taktyka na strategię lizbońską" chcemy omówić założenia tego podstawowego dziś planu polityki gospodarczo-społecznej Unii na najbliższe lata, jego stan obecny, perspektywy i możliwe ograniczenia, ale też przedstawić polskie możliwości i szanse w tej mierze.

---ramka 341720|strona|---

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]