"Dziennik" (wydanie z 27 września) dotarł do nowej listy obowiązkowych lektur szkolnych, mającej wejść w życie od przyszłego roku szkolnego. Minister edukacji narodowej Roman Giertych zamierza umieścić na liście przeznaczonej dla gimnazjalistów "Krzyżaków" i "Potop" Henryka Sienkiewicza, zaś z listy licealnej usunąć "Trans-Atlantyk" Witolda Gombrowicza. Trudno o gest bardziej symboliczny. Za oboma pisarzami stoją dwie zupełnie inne wizje Polski, historii, narodowej tożsamości. Sienkiewicz krzepił serca, tuszował wady, tworzył opowieść, która zagospodarowała na pokolenia zbiorową podświadomość, nie przystając jednak do zmieniającego się, nowoczesnego świata. Gombrowicz rany rozdrapywał, mówił prawdy gorzkie, bo chciał, by Polacy odnaleźli swój nowy kształt, nowe miejsce w świecie, wyzbyli zaściankowych kompleksów, maskowanego pychą poczucia gorszości wobec Zachodu. Sienkiewiczowską Ojczyznę chciał zastąpić Synczyzną. Właśnie Gombrowiczem reformował "zakon polskości" celebrowany w tym roku Jerzy Giedroyc.
Decyzja ministra, a przede wszystkim stojąca za nią postawa myślowa, jest właściwie rozbrajająca, bo to tak jakby próbować zawrócić bieg historii. Od czasu, gdy młodziutki gimnazjalista Czesław Miłosz wstał na lekcji języka polskiego i publicznie zaprotestował przeciwko marnowaniu czasu na omawianie twórczości Sienkiewicza minęło już 80 lat... Może, paradoksalnie, Roman Giertych przyczyni się do popularności autora "Kosmosu" wśród uczniów, którzy zaczną sięgać po jego książki w miłym poczuciu, iż w ten sposób mogą sprzeciwić się szkolnej władzy?
Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.











