Jedna noc w Rzymie

Anglicy się cieszą z awansu do półfinału. Anglicy są jedną nogą w finale. Anglicy mają drużynę i trenera, uwielbienie kibica i zachwyt mediów. Czy Anglicy pamiętają, że futbol jest fatamorganą?
Czyta się kilka minut
Harry Kane strzela pierwszą bramkę w meczu z Ukrainą, 3 lipca 2021 r. / FOT.. ALBERTO LINGRIA / AFP / EAST NEWS /
Harry Kane strzela pierwszą bramkę w meczu z Ukrainą, 3 lipca 2021 r. / FOT.. ALBERTO LINGRIA / AFP / EAST NEWS /

Zanim sięgniecie po angielskie gazety i przekonacie się, jakie są nieznośne, pomyślcie przez chwilę o Ukrainie. Wyobraźcie sobie cały ten wulkan znanych Wam może skądinąd emocji, oczekiwań, marzeń i nadziei, nagromadzonych na przykład przed telebimem w Crann Pubie w Chmielnickim – sześćset kilometrów samochodem od Warszawy i dwa tysiące od Rzymu – i żywych pewnie aż do czterdziestej szóstej minuty, kiedy to Harry Maguire zdobył bramkę głową po dośrodkowaniu Luke’a Shawa z rzutu wolnego.

Do przerwy przecież, mimo iż Anglicy prowadzili od czwartej minuty po znakomitym podaniu Sterlinga do Kane’a (ciekawe, czy kiedy sięgniecie po angielskie gazety, znajdziecie w nich przeprosiny za lata absurdalnych i podszytych tyloma uprzedzeniami napaści na zawodnika Manchesteru City…), nie można było przecież powiedzieć, że mieli ten mecz pod kontrolą, a tych kilka szarż lewą stroną Jaremczuka, jego strzał po błędzie Walkera przy wyprowadzaniu piłki czy rozegranie w trójkącie Zinczenko–Jaremczuk–Jarmolenko mogło utwierdzać Ukraińców w przekonaniu, że jeszcze nie wszystko stracone.

Tak, pomyślcie przez chwilę o kraju za miedzą, toczącym niedostrzeganą przez Europę wojnę, podzielonym i zmęczonym, który przez chwilę na nowo – bo przecież w 2006 roku, kiedy grali na mundialu w Niemczech, dali wielu swoim rodakom doświadczyć najpiękniejszych emocji w życiu; „okazało się, że podobne wybuchy patriotyzmu i wzajemnego zrozumienia może zapewnić nam tylko piłka nożna”, pisał o tym wówczas świetny ukraiński poeta i prozaik Serhij Żadan – znów cieszył się, że może wspólnie kibicować jakiejś fajnej drużynie. Który mógł odczuwać dumę nie tylko ze zwycięstwa nad Macedonią Północną, ale też ze sposobu, w jakim udało się odrobić straty w meczu z Holendrami (mój Boże, kiedyż to było – zaledwie trzy tygodnie temu…), no i z odwrócenia losów wycieńczającego boju ze Szwedami. Który zobaczył piękne bramki i ofiarne interwencje. I który odzyskał swojego dawnego idola, Andrija Szewczenkę, niemówiącego wprawdzie po ukraińsku i na stałe mieszkającego za granicą, ale przecież regularnie wracającego w ciągu tych ostatnich miesięcy, by wprowadzić Ukrainę nie tylko na mistrzostwa Europy, ale także do ich ćwierćfinału; sami powiedzcie zresztą, czy nie chcielibyście znaleźć się na ich miejscu?

A może zresztą nie? Może faktycznie, jak pisał wiele lat temu inny świetny pisarz ze Wschodu Jurij Andruchowycz, futbol jest fatamorganą? „Idziesz i idziesz do postawionego celu, a kiedy go osiągasz, to następnego dnia okazuje się, że tylko ci się zdawało, że go osiągnąłeś. Bo znów wszystko straciłeś. W piłce nożnej nieuniknione jest nadejście jutra, kiedy wszystko tracisz” – te słowa przytoczyłem już w książce „Futbol jest okrutny”, bo stanowią dla mnie jeden z kluczy do rozumienia piłki nożnej; ciekawe, czy w półfinale okażą się opisywać angielski los, a triumfalnie śpiewana wczoraj na rzymskim stadionie pieśń „Three Lions” stanie się znów tym, czym jest w istocie, a mianowicie pieśnią o niespełnieniu i radzeniu sobie z porażką?


Polecamy: felietony i analizy pomeczowe Michała Okońskiego w specjalnym serwisie "Tygodnika Powszechnego" na mistrzostwa Europy


Bo przecież mimo imponującego wyniku, wszelkie zachwyty nad grą Anglików (naprawdę nie sięgajcie po ich gazeyt, szkoda Waszego czasu) należy jednak uznać za przesadzone. Wiem, oczywiście: cztery gole, czyste konto zachowane po raz piąty (ale kiks Pickforda w drugiej połowie widzieliście, prawda?), definitywnie odblokowany Kane, rotacja składem, fakt, że nie musieli – jak rywale z półfinału, Duńczycy – lecieć aż do Baku, wszystko to jest ważne i na kolejny mecz ustawia ich w roli faworytów. Jakości podania Sterlinga do Kane’a zdążyłem już oddać sprawiedliwość – reszta była jednak funkcją naiwności, jaką wykazali Ukraińcy podczas stałych fragmentów gry; tego, jak odpuścili Maguire’a, a później Hendersona – a pomiędzy tymi bramkami jeszcze konsekwencją wyrwy między środkowymi obrońcami, w jaką wbiegł zdobywający swojego drugiego gola w tym meczu Kane. Reszta? Reszta była wciąż angielskim pragmatyzmem, wykorzystaniem zmęczenia rywala, który przegrał już na tym turnieju dwa mecze i który w każdym spotkaniu tracił bramki, oraz konsekwencją jego tyleż desperackiej, co wymuszonej kontuzją Krywcowa decyzji o zmianie ustawienia jeszcze w trakcie pierwszej połowy, a później po prostu dograniem tego meczu, który – jak głosi jeden z piłkarskich komunałów – naprawdę świetnie się ułożył.

Prawda: znakomicie na lewej obronie zagrał Shaw, pokazujący triumfalnie zjeżdżającemu przedwczoraj do Rzymu José Mourinho, jak bardzo Portugalczyk mylił się, krytykując tego piłkarza podczas swoich niesławnych rządów w Manchesterze United. Świetny był tańczący między ukraińskimi obrońcami i zmieniający się stronami z Jadonem Sancho Sterling. Bardzo dobry był Kane, który – gdyby Buszczan nie zbił na róg jego kapitalnego uderzenia z dystansu – kończyłby ten mecz z hat–trickiem. W środku pola odpowiedzialnie grał Rice, a przed nim Mount, notujący asystę przy czwartym golu. Garetha Southgate’a trzeba chwalić za sposób, w jaki zestawia skład i zmienia ustawienie pod każdego kolejnego rywala – a jego piłkarzy za to, w jaki sposób adaptują się do oczekiwań szkoleniowca. Trzy lata temu na mundialu miało się wrażenie, że do półfinału zmierzają Anglicy umęczeni, teraz tylko Pickford rozegrał w ciagu pięciu spotkań pełne 450 minut, w dwudziestosześcioosobowej kadrze nie ma kontuzji (uraz Saki jest ponoć drobny) ani zawieszeń za kartki. Wyborów selekcjonera, jego konsekwencji zarówno w stawianiu na Kane’a i Sterlinga, jak w oszczędnym, mówiąc eufemistycznie, gospodarowaniu talentami Grealisha czy Fodena nikt już nie kwestionuje. Strzelcami dwóch bramek w meczu z Ukrainą byli zawodnicy rozpoczynający turniej jako rekonwalescenci: Maguire i Henderson.

A przecież wciąż mam jednak poczucie, że przy całej sympatii do Anglików – przy docenianiu tej nadal skromnej i twardo stąpającej po ziemi grupy chłopaków, którym nie tylko futbol w głowie (patrz zwłaszcza na zmuszającego angielski rząd do zajęcia się serio programem dożywiania dzieci w szkołach Marcusa Rashforda, ale i na wszystkich tych, którzy potrafili zabrać głos w sprawie wylewającego się z mediów społecznościowych hejtu, tęczowej opaski kapitańskiej czy akcji przedmeczowego przyklękania na kolano, która brytyjskiego premiera skłoniła nawet do wygłoszenia niewczesnej opinii, że rozumie buczących fanów); przy docenieniu wrażliwości, empatii i innych społecznych umiejętności ich selekcjonera, o których tyle w ciągu ostatnich tygodni już napisałem (wczorajszą pomeczową konferencję prasową Southgate rozpoczął od wychwalania zawodników, pozostawionych na ten mecz poza składem, a po ostatnim gwizdku najdłużej ściskał niewpuszczonego w ogóle na boisko Grealisha); przy frajdzie, że – będący kozłem ofiarnym po poprzednim Euro, ale wyśmiewany też i przed mundialem w Brazylii – Sterling udowodnił coś medialnemu światu (on także mówił przed meczem o tym, jakie znaczenie dla formy zawodnika może być jeden negatywny komentarz…); przy wszystkich tych angielskich zaletach i cnotach, tegoroczne mistrzostwa Europy pragmatyzmu jednak ostatecznie nie tolerują.

No dobra, sięgnąłem po angielską gazetę. Pierwsze zdania relacji „Independenta” mówią o futbolu wracającym do domu. O tym, że jednej nocy w Rzymie – wciąż tylko jednej nocy, pamiętajcie – Anglicy byli mocni. Że dojrzeli. Nie chciało mi się dalej czytać.

Eurodostęp 2021

Kup roczny dostęp do strony TygodnikPowszechny.pl i odbierz w prezencie książkę Michała Okońskiego "Światło bramki". Nie czekaj, oferta ograniczona! Sprawdź 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”