Informacja

08.03.2021

Czyta się kilka minut

W korku pcha się roztrzęsiona furgonetka oklejona reklamami. Oko trochę nie dowierza, ale po komisyjnym przyjrzeniu okazuje się ona samochodem firmowym napoju JEB. Trzeba przyznać, że nazwa energetyka jest w swym okropieństwie cudownie progresywna. Prosta, ale chwytliwa, kompaktowa i napchana po pachy znaczeniami. Harda jak Harde. Z jednej strony zadziorno-przekorne Jeb namawia do zignorowania, olania jakichś paprzących się spraw, nastręczających się petentów i natrętów. Z drugiej – zachęca do aktywności seksualnej. Pełni dopełnia design opakowania, charakterystyczna dla energy drinków chłodna, techniczna estetyka puszki ze smarem czy granatu. Bo z trzeciej strony: „jeb!” to przecież nabuzowana, energetyczna onomatopeja, nasza staropolska odpowiedź na angielskie „bang!”. Co więcej – dosłownie i metaforycznie rymuje się z PEP – pionierskimi amerykańskimi antydepresantami, tzw. party pills, rozweselającymi smutnych, pionizującymi upadłych, przyspieszającymi spowolnionych, ostatnich czyniącymi pierwszymi.

Zwariowany napój o intensywnym smaku nieistniejących, radioaktywnych owoców z Marsa przypomina mi się, gdy przychodzę do urzędu skarbowego dla Warszawy-Śródmieścia. Przez pandemię sporo się tu pozmieniało. Kiedyś interesantów witał w przedsionku pokaźny karton, na którym gorączkowa, choć niewprawna łapka nasmarowała flamastrem dwa przeciwstawne kierunki: kanapki i sushi. Dziś myślę, że raczej jednak kanapki; na pewno kanapki. Z krakowską suchą, z musztardą, tylko mi nie dawaj tam tego zielska, bo nie jestem królik.

Kartonu już nie ma. Poza tym zmiany, zmiany… Antycovidowe ekrany, zasieki, labirynty. Zdezorientowana przekształceniami udaję się do czegoś w rodzaju recepcji, czy też stróżówki, informacji. Siedzi tam człowiek w śnieżnobiałej koszuli plastikowej z licznymi pagonami i firmowymi odznaczeniami; wydaje mi się, że może należeć ona do tych genialnych, nieplamiących się; pachy i kołnierzyk przeciera się tylko od czasu do czasu zmywakiem kuchennym. Mężczyzna ten ustala właśnie przez telefon grafik dyżurów na kolejne dni, sądząc po stopniu podminowania – zaaplikowawszy sobie wcześniej Jeba. Dzięki jego rewitalizującym i zarazem relatywizującym właściwościom, metodą unikania kontaktu wzrokowego utrzymuje mnie, a zwłaszcza siebie, we wrażeniu mojego nieistnienia, a także nieobecności formującej się powoli za mną kolejki. To pozwala mu kontynuować swobodnie rozmowę w tonie i słownictwie, które dla niej wcześniej obrał; nie szukać z tego powodu jakiejś bibułki do tej starej, brudnej, nienawistnej bułki. Swojego zmiennika nazywa notorycznie „prąciem”, szukanie terminów zaś – stosunkiem płciowym, gęsto wplatając między zdania potoczne określenie pracownicy seksualnej. Przysięgam, że przeszedł mnie dreszcz niezwykłości, magii. Oto instytucja państwowa, nieskora do żartów, pełna skarbowej grozy, której niezbyt elegancki reprezentant na oczach zdezorientowanych petentów anarchicznie tratuje starą, zaniedbaną rabatkę norm.

Ostatecznie, gdy w języku ciała (ziewanie, wymowne westchnienia, napieranie ciałem astralnym) udaje mi się wbić klin w jego słowotok i zadać swoje pytanie, podnosi na mnie pełne energii, poirytowane oczy i wskazuje mi jakiś abstrakcyjny kierunek twarzą. Maluje się na niej ponadczasowy wyraz: „jak, idiotko, przychodzisz do urzędu, to wpierw sprawdź sobie, gdzie co jest, a nie przyłazisz i głupio się pytasz. Informacja nie udziela żadnych informacji!”. Jeb!

Właścicielem marki jest superbokser, wyglądający jakby znalazł puszkę w stogu siana, w którym właśnie odespał jakąś ciągnącą się latami imprezkę. Nie sposób oburzać się na tę nazwę. Jej wulgarność w obecnych warunkach kulturowych może uchodzić za zwykłą figlarność. Puszczenie oczka. A jednak jest w tym jakaś niesamowitość. Lżący się politycy, wulgarne media, bluźniący artyści i klnący urzędnicy – to już znamy, a teraz nowość: produkty spożywcze o obelżywych nazwach. Czekam na Ble! mleko, płatki śniadaniowe Debilki i jakieś wariacje z „kur”. Kur! Warkocze Drobiowe.

Przekleństwa, które przechodzą do mainstreamu i najbardziej oficjalnych sfer rzeczywistości są konsekwencją, znakiem i buforem wielu różnych zjawisk. Ale koniec końców wydaje się to niebezpieczne: to tak, jakbyśmy od rana do wieczora, na każdym kroku sami siebie przeklinali. Tempo, rozmach i zapał niesamowite jak na kraj, którego królem od lat przymusowo pozostaje Jezus Chrystus. ©

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Pisarka i autorka sztuk teatralnych, od września 2020 r. felietonistka „Tygodnika Powszechnego”. Zadebiutowała w 2002 r. powieścią „Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną” (Paszport „Polityki”), a wydany cztery lata później „Paw królowej” przyniósł jej… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 11/2021