Górna Wolta

Nie jest chyba ani moim, ani Tygodnika Powszechnego obowiązkiem śledzenie politycznej sytuacji w państwach ościennych i w reszcie Europy, ale w prasie krajowej trudno dziś znaleźć cokolwiek poza braćmi Kaczyńskimi. Co jest w telewizji - nie wiem, bo nie oglądam, ale zdaje się, że to samo.
Czyta się kilka minut

Tymczasem w Niemczech toczą się wojny wewnątrz wielkiej koalicji. Najpierw dokonano cichej defenestracji socjaldemokraty Franza Münterferinga, który sam siebie w końcu wyrzucił ze stanowiska generalnego sekretarza SPD. Wszystko się zatrzęsło i to trzęsienie polityczne jeszcze nie ustało, ponieważ zaraz po Münterferingu zdezerterował Edmund Stoiber, człowiek numer dwa pani Merkel. Podobno skarżył się w Watykanie Benedyktowi XVI, że z panią Merkel współpracować nie może - byłoby to zachowanie bardzo dziwne. Stoiber wyobrażał sobie, że zdominuje panią Merkel, ona jednak jest osobą niedużą i cichą, ale bardzo twardą i naciskom nie ulega. Stoiber się obraził, a przy tym się okazało, że i na swoim dawnym stanowisku przewodniczącego bawarskiej Unii Chrześcijańsko-Społecznej źle jest widziany. Socjaldemokraci po upadku Münterferinga zdecydowali się wybrać pana Platzecka; rzecz ciekawa, że zarówno Platzeck, jak i pani Merkel pochodzą ze wschodnich Niemiec i mają podobne zaplecze kulturowo-społeczne. A Gerhard Schröder uśmiecha się tym szerzej, im sytuacja jest głupsza.

Najważniejsze zmagania toczą się w Berlinie wokół spraw gospodarczych. Wiadomo już dziś, że deficyt budżetowy wynosi wcale nie 30, ale ponad 40 miliardów euro. Tymczasem Niemcy wciąż nie chcą z pewnych rzeczy zrezygnować. Między socjaldemokracją a związkami zawodowymi panowały bardzo serdeczne stosunki; teraz, gdy SPD ma współrządzić z chadecją, pani Merkel chciałaby je nieco pogorszyć.

Skąd w ogóle wziąć pieniądze na załatanie tej kolosalnej dziury budżetowej - nie wiadomo. Gdy podczas kampanii wyborczej pani Merkel proponowała podniesienie podatku VAT do 18 procent, przewodzący wówczas socjaldemokratom Münterfering powiedział, że to niemożliwe. Dziś okazuje się, że SPD jest już gotowa zgodzić się nawet na 20 procent; krakowskim targiem stanęło na dziewiętnastu. SPD wymyśliła też trzyprocentowy podatek, którym ma się obłożyć ludzi zarabiających więcej niż 250 tysięcy euro, czyli ponad milion złotych rocznie. CDU słusznie jednak tłumaczy koalicjantom, że samo opodatkowanie bogatych nie poprawi sytuacji i nie zmniejszy bezrobocia; przede wszystkim muszą powstać nowe miejsca pracy. Kłopoty Niemców są ogromne, a nasza prasa pisze o nich niewiele.

Równocześnie rozpoczęły się wielkie rozruchy młodych potomków imigrantów, najpierw w Paryżu, a potem w kolejnych miastach francuskich, których ofiarą padło już tysiąc kilkaset spalonych samochodów, autobusy, szkoły i tak dalej. Rząd upoważnił prefektów do wprowadzania godziny policyjnej. Niestety ten pożar się rozszerza i przekroczył granice Francji, były przypadki palenia aut w Bremie, Kolonii i Berlinie; w Brukseli już się boją i w Hiszpanii też trochę.

Ta fala może nie ominąć i Rosji, gdzie muzułmanie stanowią około szesnastu procent społeczeństwa. Do całości obrazu dodajmy paskudne tarapaty, w jakich znalazł się Bush po swojej fatalnej wyprawie do Ameryki Południowej i po wpadkach kolejnych współpracowników. Niedawny “Herald" drukuje wielki artykuł “Dekonstrukcja wiceprezydenta"; chodzi o Dicka Cheneya, który zdaniem autora robił same rzeczy głupie...

Na tym niespokojnym tle nasze sprawy są czymś malutkim, co właściwie uchodzi uwadze mediów światowych. Mam poczucie, że traktują nas one, jakbyśmy byli co najwyżej Górną Woltą i to, co zapełnia szpalty naszej prasy, nikogo na zewnątrz nie interesuje.

Co będzie z Polską? Niemal wszyscy źle wróżą braciom Kaczyńskim. Mówi się, że w niektórych dziedzinach potrafią być może coś zrobić ze względu na swoje prawnicze wykształcenie, ale jeśli chodzi o ekonomię, kiepsko to wygląda. Pani Lubińska, która została ministrem finansów, już chce dodrukowywać pieniądze - to przecież program Leppera! Bo też sojusze, w jakie wdał się PiS, budzą niesmak. Marcinkiewicz, Radek Sikorski, Lepper, Rydzyk i Giertych na dokładkę - nie jest to rodzaj zaprzęgu, któremu życzyłbym sobie powierzyć los ojczyzny. Może to jesienno-zimowe przygnębienie, ale mam poczucie, że zmierzamy w stronę politycznej zapaści. Należałoby jej Polsce oszczędzić.

Niektórzy uważają, że pierwsza kadencja Lecha Kaczyńskiego będzie zarazem ostatnią i że na tym władza braci się skończy, jeszcze inni twierdzą, że nowy rząd przetrwa najwyżej rok. Czy tak będzie - nie wiem, a poza tym jestem za stary, by kogokolwiek przeczekiwać. Czekają nas trudne czasy. Niedobrze jest przy pomocy nazbyt energicznych kroków reperować Polskę, łatwiej wtedy coś zepsuć niż naprawić. A ponieważ ostatnio wciąż do mnie wracają stare łacińskie maksymy, dziś także jedną przywołam: Quos Deus pervere vult, dementat prius - kogo Bóg chce zgubić, temu wpierw rozum odbiera. Coś tutaj jest na rzeczy.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 47/2005