Generałowie i politycy

Dlaczego z cywilną kontrolą nad armią mamy większe problemy niż z wielopartyjną demokracją, prywatną własnością, wolnym rynkiem czy odwróceniem politycznych i militarnych sojuszy?

09.08.2011

Czyta się kilka minut

rys. Mirosław Owczarek /
rys. Mirosław Owczarek /

Zarówno raport komisji Jerzego Millera, jak też będące jego następstwem decyzje kadrowe - dymisja cywilnego szefa MON Bogdana Klicha, a następnie przeprowadzona "dla równowagi" czystka po stronie wojskowych: rozwiązanie 36. Pułku i zwolnienie z funkcji kilkunastu wyższych oficerów, w tym trzech generałów - to kolejna odsłona najważniejszego być może konfliktu Trzeciej Rzeczypospolitej. Mam na myśli walkę o wprowadzenie, a następnie rzeczywiste egzekwowanie zupełnie nowej w naszym kraju ustrojowej zasady: cywilnej kontroli nad armią. Formalnie obowiązująca od kilkunastu lat, zasada ta nigdy nie była faktycznie egzekwowana.

W najbardziej przejrzystym i przez to szokującym dossier Michała Majewskiego i Pawła Reszki ("Jak kłamali wojskowi", "Rzeczpospolita" 7-8 sierpnia) pokazano, jak armia zdołała uczynić cywilną kontrolę nad sobą czystą fasadą. I w jaki sposób fikcyjny obieg dokumentów, informacji i obietnic dawał kolejnym cywilnym szefom resortu (bo Klich nie był pierwszym w ten sposób "obsługiwanym") fałszywe poczucie, że panują nad wszystkim, podczas gdy w rzeczywistości nie mieli pojęcia, co dzieje się w armii.

Ustalenia śledczych dziennikarzy "Rzeczpospolitej" potwierdza wypowiedź szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego gen. Stanisława Kozieja: "Jest oczywiste, że w tak skonstruowanym systemie do MON docierają tylko takie informacje, które nie są sprzeczne z interesami dowództw i świadczą o zgodności opracowywanych planów z ich realizacją". Koziej, który pełnił w przeszłości kluczowe funkcje w wojskowej i cywilnej strukturze MON, przyznał przy tej okazji, że minister obrony jest całkowicie uzależniony - zarówno pod względem informacji, jak też możliwości egzekwowania decyzji - od Sztabu Generalnego.

Wojenki i pogarda

Zasada cywilnej kontroli nad armią, absolutnie obowiązująca - co najmniej formalnie - od czasu naszego wejścia do NATO, także wcześniej, w latach 90., zaczynała się pomału jawić polskim politykom jako konieczny element "modernizacyjnego" i "okcydentalistycznego" pakietu. Skoro jednak, jak dowiódł raport komisji Jerzego Millera, nawet po dwudziestu latach istnienia III RP wciąż jej nie mamy, warto zadać pytanie, dlaczego z tą akurat nową zasadą ustrojową mamy większe problemy niż z wielopartyjną demokracją, prywatną własnością, wolnym rynkiem czy odwróceniem politycznych i militarnych sojuszy. Początki III RP były w tym obszarze trudne z oczywistych powodów.

W pierwszym rządzie Tadeusza Mazowieckiego gwarantem poczucia bezpieczeństwa dawnych struktur i ludzi w nowej politycznej rzeczywistości stał się, oprócz szefa MSW gen. Czesława Kiszczaka, także szef MON, gen. Florian Siwicki, będący zresztą wcześniej nie tylko jednym z najbardziej wpływowych generałów LWP, ale także członkiem ścisłego kierownictwa PZPR. Admirał Piotr Kołodziejczyk, który Siwickiego zastąpił, już bezpartyjny, też miał za zadanie przede wszystkim uspokojenie armii. W dodatku Kołodziejczyk, mimo całej swojej ostrożności, dał się nieco wmanewrować w polityczny konflikt pomiędzy Lechem Wałęsą a resztą świata polskiej polityki. Jednak to dopiero dzięki "zdecydowanemu", "twardemu" szefowi sztabu generalnego WP gen. Tadeuszowi Wileckiemu, Wałęsa mógł mieć przez chwilę wrażenie, że armia zapewni mu przewagę w politycznym starciu z kolejnymi słabymi rządami i koalicjami parlamentarnymi.

W początkach III RP doszło też do nieco groteskowej walki o kontrolę nad armią pomiędzy rządem Jana Olszewskiego a prezydentem Wałęsą. Nieco groteskowej, gdyż reprezentujący w tamtym konflikcie rząd minister obrony Jan Parys był klasycznym cywilem (młody uczony, pisarz, specjalista od polityki afrykańskiej), zafascynowanym armią, mundurami i bronią. Pojawiając się w swoim słynnym, na wpół wojskowym berecie, na poligonach, pośród oficerów, a jednocześnie wygłaszając radykalne deklaracje polityczne, był darzony przez generałów i pułkowników realną pogardą.

Kilkudniowe kierowanie resortem przez Romualda Szeremietiewa, poprzedzające "noc teczek" i odwołanie rządu Olszewskiego, też nie budowało autorytetu cywilnego ministra obrony w polskiej armii. Szeremietiew wrócił jeszcze do resortu jako cywilny wiceminister w okresie rządów AWS, ale wyłącznie po to, aby stać się bezradną ofiarą zmontowanego przeciwko niemu procesu korupcyjnego, który ostatecznie wykluczył go z polityki.

Pierwsze podejście do wprowadzania zasady cywilnej kontroli nad armią było zatem fatalne. Politycy próbowali grać armią, a armia uczyła się, że polska klasa polityczna sama łatwo daje się ograć, jest nieefektywna i nieprofesjonalna.

Cywile do ogrania

"Postkomuniści", ponieważ początkowo przegrywali z Wałęsą walkę o sympatię wojskowych, paradoksalnie potraktowali zasadę cywilnej kontroli nad armią poważniej niż politycy "postsolidarnościowi". Jerzy Szmajdziński oraz trzymający się w cieniu, ale nabywający realnych kompetencji Janusz Zemke - nie próbowali nadmiernie rozchwiać armii, ale jednocześnie robili wszystko, aby wzmocnić cywilne struktury resortu. Z kolei Bronisław Komorowski, zarówno jako zastępca Ministra Obrony (z nominacji Unii Wolności) Janusza Onyszkiewicza, jak też później, już jako minister, nigdy nie stał się mocnym szefem resortu. Kaczyński czy Macierewicz wielokrotnie i bez żadnych dowodów insynuowali mu później jakąś bliżej niesprecyzowaną zależność wobec Wojskowych Służb Informacyjnych, ale po to, aby wyjaśnić jego słabość w resorcie obrony, wystarczy wiedza, że Komorowski nie był w tym okresie politykiem posiadającym jakiekolwiek własne zaplecze. Armia umiała go "przeczekać". Tym bardziej że również Aleksander Kwaśniewski, jako coraz silniejszy prezydent, miał ambicje i personalne możliwości, aby "zaprzyjaźniać się" z armią ponad głowami postsolidarnościowych polityków.

W latach rządów Leszka Millera i Aleksandra Kwaśniewskiego wojskowi nie mieli zbyt wielkiego pola manewru do ogrywania skłóconych ze sobą polityków. Zabawa znów zaczyna się na całego po roku 2005, kiedy do resortu wraca postsolidarnościowa prawica. Radosław Sikorski jest przez wojskowych lubiany, szczególnie przez średnie i młodsze pokolenie kadry oficerskiej. Oczywiście zawsze można powiedzieć, że oznacza to, iż nie był zwierzchnikiem nazbyt uciążliwym. Jednak niektóre jego decyzje, np. o zakupie sprzętu - konsultowane zresztą z wojskowymi ekspertami - nie były najgłupsze. Choćby sfinalizowany ostatnio, ale wynikający z kierunkowej decyzji podjętej przez resort obrony już w 2006 r., zakup norweskich rakiet pozwalających tanio i efektywnie kontrolować znaczną część Morza Bałtyckiego pokazuje, że stosunki pomiędzy wojskowymi a cywilami mogły się układać poprawnie. I to z korzyścią dla państwa.

Szybko jednak pojawiło się napięcie pomiędzy Sikorskim i Lechem Kaczyńskim, a polscy generałowie umieją takie napięcia wykorzystywać. To m.in. z armii trafiały na biurko prezydenta donosy na "brak szacunku" ze strony PiS-owskiego ministra obrony. Istotnie, Sikorski potrafił w tamtym okresie, także w obecności oficerów, zażartować sobie z głowy państwa. Jednak ostatecznie to bracia Kaczyńscy wykonali manewr, który nauczył polską armię, że cywilni politycy są elementem kompletnie nieprzewidywalnym.

Kiedy Antoni Macierewicz rozwiązuje WSI, przeciętna wieku w tej kluczowej dla armii i państwa formacji wynosi 35 lat. Większość żołnierzy, a nawet oficerów WSI to ludzie po uczelniach wojskowych niepodległej Rzeczypospolitej, którzy poszli służyć do armii suwerennego państwa, należącego do NATO lub do członkostwa w NATO już się przygotowującego. A jednak zostali przez swego cywilnego zwierzchnika zbiorowo potraktowani jak ciało w państwie obce, jak potencjalna piąta kolumna.

Zniszczenie WSI, zamiast bardziej precyzyjnych ruchów kadrowych, które armia przyjęłaby z większym zrozumieniem, przypomina wojskowym, że cywilni politycy w Polsce mogą być wariatami, że bezwarunkowa lojalność wobec nich także naraża na poważne kłopoty.

Cena biedy

Wojna pomiędzy Lechem Kaczyńskim a Donaldem Tuskiem, wyrażająca się także we wzajemnym blokowaniu nominacji w armii, znów przypomina wojskowym, że polska klasa polityczna niczego się nie nauczyła. Bogdan Klich jest sympatycznym i na swój sposób kompetentnym człowiekiem, ale bardzo słabym politykiem. Właśnie dlatego zostaje zresztą na szefa MON przez Tuska wybrany: jako zderzak i człowiek, który "nie urośnie" politycznie na tym bardzo ważnym resorcie.

Wszyscy pamiętają, że do objęcia Ministerstwa Obrony przygotowywał się Bogdan Zdrojewski. Nabywał kompetencji, uczył się, nawiązywał nawet kontakty w armii. I właśnie dlatego został przez Donalda Tuska powołany na stanowisko... ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Klich, nawet jeśli starający się lojalnie wobec Tuska i Rzeczypospolitej realizować zasadę cywilnej kontroli nad armią, był przez wojskowych konsekwentnie "obchodzony". Nad jego głową nawiązują oni kontakty zarówno z prezydentem Lechem Kaczyńskim, jak też próbują docierać do premiera, wiedząc, że i tak on tu naprawdę rządzi. Wreszcie ponad głową cywilnego ministra obrony wojskowi zaczynają kontaktować się z opinią publiczną. Do stałego negatywnego recenzenta kolejnych cywilnych szefów resortu, generała Sławomira Petelickiego, doszlusowuje generał Waldemar Skrzypczak, który w kolejnych wywiadach i deklaracjach dla mediów coraz bardziej szczerze będzie ujawniał spór pomiędzy generalicją a "cywilnym kierownictwem resortu".

Kolejnym źródłem napięcia staje się profesjonalizacja armii i rezygnacja z fikcji powszechnego poboru. Tym bardziej że jest ona przeprowadzona wbrew wyraźnej woli Lecha Kaczyńskiego. Można powiedzieć, że bracia Kaczyńscy, sami niemający w sobie nic z żołnierzy, kochali ideę poboru powszechnego, brania młodych ludzi "w kamasze" (używając niezapomnianej frazy Ludwika Dorna). Nawet jeśli miało to katastrofalne konsekwencje dla budżetu polskiej armii.

Bo trzeba też uczciwie powiedzieć, że jest obiektywna przyczyna napięcia pomiędzy armią i państwem, której nie da się obejść bez względu na wolę generałów i polityków. Jest to po prostu bieda młodego polskiego państwa, odbijająca się także na armii. Generał Petelicki ma rację, kiedy przypomina, że stworzony przez niego i traktowany jak oczko w głowie Grom nie był nigdy przez cywilne kierownictwo resortu traktowany budżetowo jak NAVY Seals w Stanach Zjednoczonych. Zarówno generałowie, jak i publicyści mają rację, kiedy przypominają, że polscy lotnicy nie realizują normy "nalotów", jakkolwiek porównywalnej z normą amerykańską, brytyjską czy francuską. Ale w jeszcze większym stopniu polscy nauczyciele nie zarabiają tyle co niemieccy, a polski system opieki zdrowotnej czy zasiłków społecznych nie ma wiele wspólnego np. z systemem duńskim.

Polskę przestano porównywać z Układem Warszawskim, a zaczęto z NATO i z UE. Nie tylko my, cywilni obywatele czynimy takie porównania, czynią je także oficerowie - szczególnie w Iraku i Afganistanie, gdzie przyszło im służyć u boku Amerykanów czy Brytyjczyków. Z takiego porównania wynika jedno: Polska, kraj o jednym z najniższych w Unii Europejskiej PKB, ma w dalszym ciągu jedną z najliczniejszych na kontynencie armii. To musi generować napięcia. Taka armia nie może zapewnić swoim żołnierzom koniecznego komfortu służby i pracy. A nawet pozycji społecznej, na jaką w oczywisty sposób zasługiwali.

Matrix

Niezależnie jednak od błędów popełnianych przez polityków, a także od przyczyn, których nie dało się uniknąć, katastrofa CASY, katastrofa smoleńska, a teraz raport komisji Jerzego Millera regularnie przypominają, że wojsko nauczyło się radzić sobie z "cywilnym kierownictwem resortu". Może już nie tak jak w czasach Wałęsy i Wileckiego, nie tak jak w czasach AWS-u i Aleksandra Kwaśniewskiego, i nie tak jak w czasach Lecha Kaczyńskiego, kiedy generałowie "wygrywali" konflikty pomiędzy partiami i politykami. Dziś odbywa się to poprzez stworzenie całego równoległego systemu informacji i pozornych, pozornie realizowanych decyzji, który to system skutecznie otorbił cywilne kierownictwo resortu, pozostawił mu jedynie symboliczną władzę nad armią, ukrywając informacje kluczowe dla jej funkcjonowania i blokując najważniejsze decyzje podejmowane przez "cywilów".

W tym kontekście pokłosie raportu Millera to po prostu kolejna, bardzo radykalna próba przywrócenia cywilnej kontroli nad armią, uczynienia jej efektywną, faktyczną. Bogdan Klich został poświęcony po to, aby nowe kierownictwo resortu uzyskało alibi do zmian kadrowych i organizacyjnych w armii. Tylko czy znowu wszystko nie ugrzęźnie?

Tomasz Siemoniak jest raczej kolejną wersją Klicha: politykiem słabym, zależnym, bez własnej pozycji - nawet jeśli jako urzędnik państwowy posiada nieco większy dorobek i doświadczenie niż Klich w momencie obejmowania przez niego resortu. Ale czy Tusk może uzdrowić polską armię rękoma Siemoniaka? I czy rękoma Siemoniaka ostatecznie będzie to czynił? Nominacja jest tymczasowa, do wyborów. W zależności od powyborczego układu politycznego, proces realnego odzyskiwania cywilnej kontroli nad armią albo przyspieszy, albo też znów ugrzęźnie pomiędzy walczącymi o sympatię generałów politykami PO, SLD, Pałacu Prezydenckiego, być może PiS-u.

Oficerowie znów będą rozgrywali przeciwko sobie cywilnych polityków nie dlatego, że sami mają jakieś nadzwyczajne polityczne ambicje. O kontynuowaniu takich praktyk przesądzi raczej instynkt samozachowawczy, wygoda, pragnienie bezpieczeństwa. I świadomość, że w Polsce cywilni politycy tak łatwo dają się rozegrać. A już sympatia okazywana im przez generałów wielu z nich - od Parysa po Komorowskiego, od Czesława Bieleckiego po Romualda Szeremietiewa - czyni w rękach wojskowych miękkimi jak laleczki z wosku.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]

Artykuł pochodzi z numeru TP 33/2011