Gdy miał cztery lata, Lonnie Holley został sprzedany za butelkę whiskey. Traumy zamieniał w muzykę i rzeźby

Jako człowiek Lonnie Holley przeżył zbyt wiele. Jako muzyk stał się gwiazdą, która zagra na festiwalu Unsound w Krakowie.

27.09.2023

Czyta się kilka minut

Mieszać, ciągle mieszać
Lonnie Holley w swojej pracowni / DAVID RACCUGLIA / MATERIAŁY PRASOWE BLUM&POE

Podczas rozmowy głos łamie mu się dwa razy. Po raz pierwszy, kiedy wspomina babcię, która dorabiała, kopiąc groby w ich rodzinnym Birmingham w stanie Alabama. Pewnego dnia, w 1963 r., musiała pojechać na cmentarz i wykopać doły dla czterech dziewczynek, które zginęły w kościele baptystów w zamachu bombowym przeprowadzonym przez Ku Klux Klan.

Zanim emocje przejęły nad nim kontrolę, Lonnie Holley zdążył mi jeszcze powiedzieć, że jego babcia prowadziła nieustające targi między życiem i śmiercią. Być może miał na myśli jedynie miejsce pracy starszej kobiety, ale wydaje mi się, że w ten sposób odwoływał się do ekstremalnie trudnej sytuacji swojej rodziny. Urodzony w 1950 r. Holley był jednym z dwadzieściorga siedmiorga dzieci. Biorąc pod uwagę, że jego wujek miał „zaledwie” dziesiątkę potomstwa, babcia podejmowała się różnych dorywczych prac, by wspomóc niemal czterdzieścioro wnucząt. Ze zmiennym szczęściem.

Kiedy kopała groby Denise McNair, Carole Robertson, Addie Mae Collins i Cynthii Wesley, mogła się zastanawiać, czy na jakimś innym cmentarzu Alabamy ktoś nie kopie właśnie dołu dla jej wnuka. W końcu przepadł bez śladu dobrych dziewięć lat wcześniej. A takie historie nie kończą się raczej szczęśliwie. A jednak dwa lata później Lonnie Holley wrócił na łono rodziny. Miał piętnaście lat i jedenastoletni staż w piekle. Do domu wracał z okrutnej krainy.

Holley został zabrany matce w wieku czterech lat, a potem sprzedany dalej za butelkę whiskey. Kobieta, która go kupiła, była mocno schorowana. Kiedy zmarła trzy lata później, chłopiec stał przy jej łóżku i nie rozumiał, co się właściwie stało. Swoją teorię miał natomiast jej mąż, który oskarżył siedmiolatka o zabójstwo żony i pobił go niemal do nieprzytomności. Nic dziwnego, że chłopiec uciekał. Inaczej niż w filmach, nigdy nie kończyło się to jednak dobrze. Wręcz przeciwnie. Za pierwszym razem wpadł pod koła samochodu i cudem opuścił szpital o własnych siłach. Gdy został złapany po kolejnej ucieczce, mężczyzna nie chciał mieć już z nim nic wspólnego, więc odesłał go do Mount Meigs.

– Oficjalnie to była szkoła, Alabama Industrial School for Negro Children, ale nikt nie traktował nas tam jak uczniów, byliśmy niewolnikami – mówi „Tygodnikowi” Lonnie Holley.

„Mount Meigs” to również tytuł jednej z piosenek, które trafiły na tegoroczny album Holleya, zatytułowany „Oh Me Oh My”. Być może to jego sposób na radzenie sobie z długą listą traum – zamienianie ich w piosenki, rzeźby, instalacje. Jego sztuka to ciągłe dłubanie w tragedii. A przynajmniej od tego się zaczęło. Kilkanaście lat później, czyli jeden pożar dalej.

Strumienie, kanały, rzeczułki

W 1979 r. ogień zajął dom siostry Holleya. W pożarze zginęła dwójka jej najmłodszych dzieci. Zrozpaczony Holley nie wiedział, co ze sobą zrobić. Może to bezsilność, a może olśnienie skierowały jego myśli na porzucone bloki piaskowca, które znalazł w okolicy. Holley, który już wówczas stawiał pierwsze kroki jako twórca instalacji i rzeźbiarz amator, przetransportował je na swoje podwórko i wyrzeźbił w nich nagrobki dla dwójki dzieci. Piaskowca było jednak znacznie więcej. Wyrzeźbił więc również figurki, które zabrał na pogrzeb.

Materiału wciąż było bardzo dużo, więc pracował dalej, a wokół jego domu rozrastała się kolekcja rzeźb i płaskorzeźb. Od czasu pogrzebu miejscowi przyglądali się im z większą powagą. Jakby rodzinna tragedia dodała im głębi. Sąsiedzi widzieli w nim już nie tylko ekscentrycznego zbieracza śmieci. Kogo widzieli? Tego nawet sam Holley jeszcze nie wiedział.

– Wałęsałem się po okolicy – wspomina. – Schodziłem do rowów, brodziłem w strumieniach, kanałach i rzeczułkach. Przeczesywałem śmietniki, resztki i wysypiska. Przyglądałem się wszystkim odnalezionym przedmiotom i długo o nich myślałem. Nie tylko o tym, co mogę z nich zrobić, ale też o tym, czym one były, co dla kogoś znaczyły. Zbierałem rzeczy, które ludzie uważali za brzydkie, i próbowałem pokazać je w taki sposób, aby dostrzegli w nich piękno. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, co właści-wie robię. Wiedziałem jedynie, że to jest niecodzienne, że inni tak nie robią.

Aby odpowiedzieć sobie na to pytanie, Holley skierował swoje kroki w stronę Birmingham Museum of Art. Pokazał swoje prace dyrektorowi tej instytucji – Richardowi Murrayowi, na którym momentalnie zrobiły one wrażenie. Na tyle duże, że niedługo później dyrektor odwiedził podwórko Holleya i zrobił profesjonalne zdjęcia wszystkim znajdującym się tam eksponatom. Już wtedy było ich sto dwadzieścia pięć.

Szybko okazało się, że Murray nie był odosobniony w swojej fascynacji tymi pracami. Dwie z nich trafiły do Smithsonian American Art Museum, by już w 1981 r. wejść w skład ekspozycji „More Than Land Or Sky: Art from Appalachia”. Jak wspomina ich autor, wystawa podróżowała przez dwa i pół roku, odwiedzając 64 galerie sztuki. Wydaje się więc, że na pytanie: „kim jestem?”, Holley dostał dość jednoznaczną odpowiedź.

Zainteresowanie muzeów było też wyraźnym sygnałem dla prywatnych kolekcjonerów. Jednym z nich był William Arnett – założyciel fundacji Souls Grown Deep, której celem pozostaje dokumentacja i popularyzacja afroamerykańskiej sztuki tworzonej w tzw. pasie biblijnym. Nazwa tej organizacji to cytat z najsłynniejszego chyba wiersza Langstona ­Hughesa – „The Negro Speaks of Rivers”. Przywoływane w nim potężne rzeki: Eufrat, Nil, Kongo czy Missisipi miały napawać dumą i przypominać czarnym czytelnikom o wielkiej historii, o tradycji, której są częścią. Jest coś przewrotnego w tym, że jeden z jej najsłynniejszych podopiecznych wyprowadził swoją sztukę z zaśmieconych strumieni, kanałów i rzeczułek.

Sztuka Holleya coraz częściej trafiała do branżowych opracowań i galeryjnych przestrzeni. Poświęcony mu dokument „Thumbs Up for Mother Universe” pokazuje zorganizowane wycieczki odwiedzające jego podwórko wypełnione niezwykłymi rzeźbami. W filmie wypowiadają się kuratorzy zwracający uwagę na to, że kolaż czy sampling to strategie, po które często sięgają czarni twórcy. Fakt, że Holley wygrzebuje te materiały ze śmietników, może być odczytywany na poziomie politycznym. Sam artysta wypowiada się w dokumencie w takim właśnie tonie, zwracając uwagę, że reprezentuje tradycję i kulturę, które w tej części świata zostały po prostu wyrzucone na śmietnik.

Muzyka jak gumbo

Choć karierę muzyczną rozpoczął dopiero po pięćdziesiątce, wydaje się, że przysłoniła już jego wcześniejsze dokonania. A przecież zaczęło się bardzo niezobowiązująco. Holley miał po prostu w zwyczaju śpiewać, nucić pod nosem, pracując nad swoimi rzeźbami i instalacjami. Któregoś dnia usłyszał go Matt Arnett – syn kolekcjonera, pracujący w branży muzycznej. Tak jak niespełna 30 lat wcześniej Richard Murray, tak i on, nie bez zdziwienia, odkrył nagle, że ma do czynienia z wyjątkowym talentem. Być może te analogie są tym bardziej uzasadnione, że zdaniem artysty tak różne formy ekspresji są w istocie jednością.

– Nie można mówić o podobieństwach pomiędzy moją sztuką i muzyką, bo tu nie ma żadnej bariery – tłumaczy Holley. – Piosenki są po prostu próbą orkiestracji mojej sztuki. Zawsze powstają w podobny sposób: myślę o swoich pracach, rozbijam je na części pierwsze i przekuwam w słowa. Przekuwam tak długo, aż mogę o tym śpiewać.

Ten proces ma w sobie coś z improwizacji. Zarówno na poziomie melodii, jak i słów wyśpiewywanych przez Holleya. Duża ich część powstaje w czasie rzeczywistym, co potrafi rozsadzić piosenkową formułę. Holley unika jednak terminu „improwizacja”. Ma na to inne określenie: – Po prostu wszystko, co mam w głowie, wszystkie te historie wrzucam do młynka i mielę je wprost do wielkiego gara z gumbo. A wiesz, w czym tkwi sekret tej zupy? Musisz ciągle mieszać. Możesz wrzucić do niego, co tylko chcesz, całą masę składników, ale gumbo musi być w ciągłym ruchu. W innym wypadku albo stężeje, albo się przypali. Trzeba mieszać, ciągle mieszać.

Módl się i obserwuj

Nie wiem, na ile ta uwaga sprawdza się w kuchni, ale na albumie „MITH” zadziałała wyśmienicie. Pierwsza płyta Holleya, która trafiła do szerszej dystrybucji, to wydawnictwo absolutnie znakomite. Fakt, zdarza się czasem, że artyści zyskują rozgłos ze względu na swój niezwykły życiorys, na historię, która sprawia, że kręcimy głową z niedowierzaniem i z przejęciem czekamy na szczęśliwy finał. Wówczas samo dzieło schodzi czasem na drugi plan. To nie jest ten przypadek.

„MITH” to album ze wszech miar rewelacyjny. Jest tu trochę bluesowej rzewności, rockowego ciężaru i jazzu zahaczonego z perspektywy przypominającej nagrania Gila Scotta-Herona z Brianem Jacksonem. Z tym że autor „Winter In America” nigdy nie pozwalał sobie na tak ekspresyjne szarże. Wielkomiejski świat jazzu, w którym się obracał, sprawiał, że Scott-Heron był w tym wszystkim trochę bardziej cool, chętniej zasłaniał się ironią lub wchodził w buty publicysty.

Mieszać, ciągle mieszać

U Holleya natomiast wszystko jest na sto dziesięć procent. W tym jego gumbo wrze i wrze. Być może dlatego, że wychodzi od swoich doświadczeń. Skąd miałby mieć inne? Nie miał szans się uczyć, więc od dzieciństwa wiedział, że musi polegać na obserwacji. Świat poznawał, przyglądając się lokalnym targom czy sportowcom występującym na Rickwood Field: – Kiedy chodziłem z mamą i babcią do kościoła, kazały mi się rozglądać, przyglądać ludziom. Ich obserwowanie było równie ważne, co sama modlitwa.

„MITH” budują więc przede wszystkim emocje, a nie zgrabne puenty i piętrowe historie. Przy czym Holleyowi udaje się wyjść poza własną perspektywę. Jak w potężnym „I Snuck Off the Slave Ship”, gdzie chrapliwy głos artysty eksploduje w refrenach przy akompaniamencie złowrogich partii puzonu i perkusyjnej kawalkady. Ta monumentalna podróż od Eufratu ­Hughesa do zaśmieconego kanału ­Holleya trwa siedemnaście minut i trudno pojąć, jak niewytrenowanemu wokaliście udaje się utrzymać taką intensywność.

Media najwięcej uwagi poświęciły jednak utworowi „I Woke Up in a Fucked-Up America”. Ich uwagę przyciągnęły nie tylko oskarżycielski tytuł, wspaniały teledysk i upiorna aura roztaczana przez nakładane na siebie elektroniczne pętle, marszowe bębny i pohukiwania puzonu. Równie istotne było wspomnienie muru granicznego zapowiadanego wówczas przez prezydenta Trumpa. Za jego sprawą Holley został wciągnięty w bieżącą politykę.

– Ta piosenka ma kilka poziomów – tłumaczy. – Co z tego, że mamy milionerów, miliarderów, skoro w szkołach są głodne dzieci, a na ulicach mieszkają bezdomni. To, w jaki sposób traktujemy drugiego człowieka, jest dla mnie kluczowe. Jeśli politycy się tego nie nauczą, to po co w ogóle rodzić dzieci? Po co to kontynuować, skoro od strony technologii moglibyśmy już dzisiaj przekazać to wszystko robotom?

Lament i ekstaza

Do Krakowa, gdzie wystąpi 8 października na zakończenie festiwalu Unsound, Lonnie Holley przyjedzie z płytą „Oh Me Oh My”. To album, który pokazuje, jak bardzo artysta zmienił się przez te kilka lat. Po pierwsze Holley i jego współpracownicy dużo śmielej eksplorują na nim tereny elektronicznej produkcji, zgodnie z dewizą, że w tym gumbo trzeba nieustannie mieszać. Druga sprawa to goście. Nazwiska twórców, którzy podjęli współpracę z Holleyem, pokazują, jaki status osiągnął już na tym polu.

Bo kogo tu nie ma?! Od gwiazdorów ze świata rockowej alternatywy: Michaela Stipe’a (R.E.M.) i Justina Vernona (Bon Iver), przez raperkę i poetkę Moor Mother, aż po znakomity duet z Jeffem Parkerem – gitarzystą jazz-rockowego Tortoise. Można postawić zarzut, że taka liczba gości zmienia „Oh Me Oh My” w album dość eklektyczny, rozpięty pomiędzy podniosłym soulem, rockową balladą a futurystycznym funkiem z elementami hip-hopu. Tyle że w twórczości Holleya zawsze ważne było napięcie pomiędzy tym, co wrodzone, i tym, co nabyte, pomiędzy lamentem i ekstazą, polityką i rozrywką. W końcu „MITH” – wstrząsające świadectwo drogi przez piekielne kręgi Alabamy – kończy „Sometimes I Wanna Dance”. Prosta, skoczna piosenka o tym, że czasami człowiek po prostu nie może się powstrzymać i musi ruszyć w tan, nawet po dnie. Nie potrzebuje ani parkietu, ani zdolności. Żadnego partnera i żadnego powodu. Ta potrzeba, ta radość jest gdzieś głęboko w nas.

– Bo czy zdajesz sobie sprawę, jakim przywilejem jest życie? – pyta mnie Holley. I to jest ten drugi raz, kiedy łamie mu się głos. ©

LONNIE HOLLEY – rzeźbiarz, malarz, wokalista i twórca tekstów. Za sprawą swojej sztuki ukazuje piękno przedmiotów uznawanych za śmieci. W pieśniach porusza zaś wątki autobiograficzne związane z traumatycznym dzieciństwem na amerykańskim Południu. 8 października wystąpi w Krakowie na festiwalu Unsound.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Dziennikarz i krytyk muzyczny, współpracownik „Tygodnika Powszechnego”. Autor książki „The Dom. Nowojorska bohema na polskim Lower East Side” (2018 r.).

Artykuł pochodzi z numeru Nr 40/2023

W druku ukazał się pod tytułem: Mieszać, ciągle mieszać