Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Drugie życie polskiego kina

Drugie życie polskiego kina

11.03.2009
Czyta się kilka minut
To opowieść nie tylko o kinie, ale i o Polsce, mająca przy tym znaczenie nie tylko historyczne. Historia polskiego kina niebezpiecznie się bowiem powtarza w nowych dekoracjach.
W

W czasie, kiedy kino w Polsce obchodzi stulecie istnienia, a "najważniejszymi ze sztuk" wydają się być telewizja i internet, dostajemy do rąk coś niezwykle cennego: nas, Polaków, portret własny, odciśnięty na celuloidowej taśmie.

Książkę Tadeusza Lubelskiego czyta się jak narodową epopeję. To pierwsza tak kompletna, a zarazem tak kompetentna próba ogarnięcia całości. Lubelski pisząc swoją historię kina polskiego, zabiera nas w podróż w czasie, w głąb naszej świadomości i podświadomości. W filmach Wajdy, Pasikowskiego czy Barei, w historycznych widowiskach, w "ostrych filmach zaangażowanych", w "bajkach o ludziach" - niemal zawsze, chcąc nie chcąc, kino polskie stawało się nieobojętnym świadkiem rzeczywistości, a nierzadko wielkim zbiorowym psychoterapeutą. Każdy, kto weźmie do ręki ten opasły, starannie wydany tom, nie będzie miał wątpliwości, że to opowieść nie tylko o kinie, ale i o Polsce. I o tym, co się z nami stało przez ostatnie dziesięciolecia.

Lubelski już na wstępie rozwiewa nasze wątpliwości: dziś kino narodowe ma sens, na przekór inwazji nowych mediów i makdonaldyzacji kultury. A także pomimo produkcyjnej zapaści, jaką przeżyło polskie kino po przełomie 1989 roku. Ostatni rozdział opisujący to zjawisko czyta się ze ściśniętym gardłem, choć Lubelski unika łatwych uogólnień. Przyczyn programowego wręcz w dzisiejszych czasach "niechodzenia na polskie filmy" upatruje w wydarzeniach ostatnich dwudziestu kilku lat. Regres nastąpił już w stanie wojennym, kiedy to wstrzymano produkcję wielu tytułów, inne powędrowały na półki, a po rozwiązaniu zespołów filmowych wielu liczących się twórców wyemigrowało. To wszystko sprawiło, że polski widz odwykł od polskiego kina. Przerwana została ciągłość komunikacyjna pomiędzy nim a twórcą. Zniknęło - mówi Lubelski, cytując Zagajewskiego - tamto "napięcie duchowe". Ale choć "nie ma powrotu do kina Paradiso", a polscy twórcy czasów wolności nie potrzebują określania swej tożsamości narodowej czy pokoleniowej, tworząc w rozproszeniu i często po omacku, ważne jest, by nadal mówić własnym głosem. Bo tylko wówczas będzie on słyszalny pośród zgiełku obrazów.

Największym jednak wyzwaniem dla współczesnego historyka polskiego filmu jest rozprawa z niemal półwieczem kina PRL-u, czyli wyważona ocena samych filmów i postaw ich twórców - wolna od politycznych sympatii, a zarazem nieprzesłonięta przez osobisty sentyment wobec czasu minionego. Lubelski dokonuje tego poprzez rozpracowanie uprawianych przez ówczesnych filmowców strategii.

Kino polskie, uwikłane w kosztowne i skomplikowane mechanizmy produkcyjne i w ten sposób jak żadna inna dziedzina kultury uzależnione od partyjnych mocodawców, często ewoluowało w rytm politycznych przemian: popaździernikowej odwilży (Szkoła Polska), uchwał Sekretariatu KC ("dwuznaczny urok kina lat 60.") czy dekretu o stanie wojennym (koniec "genialnego sezonu Solidarności"). Tylko od talentu tudzież siły charakteru twórcy zależało, czy uda się tę ułomność przekuć w indywidualny i mocny przekaz. Lubelski znakomicie wychwytuje rozmaite warianty tak pojmowanej twórczej drogi.

Wewnątrz narracji ujawnia się raz po raz alternatywna historia polskiego kina - dzieje tytułów nigdy nienakręconych (jak film Wajdy według scenariusza Marka Hłaski), opowieść o filmach okaleczonych przez cenzurę ("Nikt nie woła" Kutza), a także historia filmowych niespełnień, wynikających z omijania ryzykownych tematów (choć czasem były to niespełnienia bardzo intrygujące, jak choćby "Niewinni czarodzieje" czy "Nóż w wodzie"). Osobne miejsce zajmują nadrabiane po wielu latach zaległości w podejmowaniu traumatycznych tematów (Holokaust, stalinizm, prawdziwa rzeczywistość PRL-u), co autor nazywa przepracowywaniem żałoby; często przychodziło ono jednak zbyt późno. Jednocześnie dzięki proponowanym przez autora nowym odczytaniom inaczej spojrzymy dziś na dawno rozpoznane tytuły: na "Lotną" według klucza psychoanalizy, na "Lalkę" Hasa jako studium obcości po wydarzeniach Marca ?68, na "Ziemię obiecaną" jako głos o kondycji duchowej ówczesnej Polski, a nie tylko wilczego kapitalizmu końca XIX wieku. Warto zanurzyć się w lekturę tomu Lubelskiego, aby zmierzyć się z jego przekonującą argumentacją.

Historia polskiego kina niebezpiecznie się powtarza w nowych dekoracjach: kiedy czytam przywołaną przez autora przedwojenną recenzję Stefanii Zahorskiej o "płytkim romantyzmie" rodzimych produkcji czy opowieść Lubelskiego o próbach ratowania polskiego przemysłu filmowego w latach 60. poprzez tworzenie historycznych "kobył", mam poczucie déj? vu. Kiedy Ludwik Starski, jeden z ojców powojennej polskiej kinematografii, krytykuje tzw. "kino branżowe", nazywając tak zinfantylizowane, tworzone pod publikę produkcje przedwojenne, natychmiast przypomina się polskie kino popularne ostatnich dwóch dekad, sklasyfikowane potem przez Lubelskiego w czterech kategoriach i fazach (nurt bandycki, komedia, adaptacje lektur i komedia romantyczna). Kiedy cytowany w książce Rafał Marszałek mówi w odniesieniu do kina rozrywkowego lat 60. o "wielkim hipokrycie", trudno nie pomyśleć o dzisiejszych polskich twórcach, którzy wychowują sobie mało wymagającego widza, wmawiając mu, że dostaje dokładnie to, czego pragnie.

Bezcenne jest wyjęcie polskiego kina z zakurzonych archiwów i nadanie mu po latach drugiego życia. A wszystko to za sprawą przywoływanych kontekstów: wypowiedzi historyków, protokołów z posiedzeń komisji ocen scenariuszy czy kolaudacji, fragmentów recenzji, wyznań twórców czy ich wspomnień z planu. Książka Lubelskiego usatysfakcjonuje także poszukiwacza ciekawostek i anegdot. Czytelnik dowie się na przykład, do jakiego filmu scenariusz pisał Czesław Miłosz; jaki polski film doczekał się specjalnego seansu w Białym Domu dla prezydenta Trumana; dlaczego Aleksander Ford odstąpił Wajdzie projekt filmu "Pokolenie" albo czy Stanisław Tym rzeczywiście urodził się w Małkini.

Jak przystało na dzieło dążące do obiektywnej syntezy, ale pisane z autorską pasją, znalazło się w nim miejsce na bardzo subiektywne oceny. I tak pisząc o filmach naznaczonych piętnem Kieślowskiego, powstałych po jego śmierci na podstawie scenariuszy Krzysztofa Piesiewicza, autor tomu za najlepszy z nich uznaje... "Nadzieję" Stanisława Muchy - choć wielu, włącznie z niżej podpisaną, wydaje się on najmniej udany. Z kolei pisząc o "Katyniu" Lubelski, zwykle skory do przywoływania rozmaitych opinii, tym razem poprzestaje na własnym entuzjastycznym omówieniu. Można też zapytać o całkowitą nieobecność w "Historii kina polskiego" współczesnego nurtu "papieskiego". Abstrahując od artystycznej jakości tworzących go tytułów, uznać je trzeba za swoisty, lokalny fenomen. Ich frekwencyjne sukcesy w kinach, osobliwe pielgrzymki do multipleksów wiele mówią o specyfice polskiej religijności.

Nie dziwi mnie natomiast świadome pominięcie w opisie współczesnego filmu polskiego telewizyjnych seriali (z wyjątkiem polsatowskiej "Ekipy"). Jako produkowane seryjnie i wypreparowane z życia bezrefleksyjne wypełniacze czasu wolnego winny stanowić obiekt badań socjologa raczej niż filmoznawcy.

Tadeusz Lubelski, Historia kina polskiego. Twórcy, filmy, konteksty, Katowice 2009, Videograf II

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Anita Piotrowska / FOT. GRAŻYNA MAKARA
Krytyczka filmowa „Tygodnika Powszechnego”. Pisuje także do pisma „EKRANy”, „Kino” i miesięcznika psychologicznego „Charaktery”. Jest współautorką takich publikacji, jak: „Panorama kina...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]