Dowody na istnienie geniuszu. Recenzja filmu „Ennio”

Portret Ennio Morricone z powodzeniem próbuje ogarnąć dzieło mistrza. Film wchodzi na nasze ekrany dokładnie w drugą rocznicę jego śmierci.

04.07.2022

Czyta się kilka minut

Kadr z filmu „Ennio”, reż. Giuseppe Tornatore / MATERIAŁY PRASOWE BEST FILM
Kadr z filmu „Ennio”, reż. Giuseppe Tornatore / MATERIAŁY PRASOWE BEST FILM

Może wcale nie on – wbrew temu, co twierdzą niektórzy – wynalazł muzykę filmową. Być może wiele z ponad pięciuset napisanych przez niego ścieżek dźwiękowych nie wyrywa z butów, a niektóre powtarzają się przy różnych tytułach. Jedno jest pewne: niewielu kompozytorów odcisnęło tak wyraźny stempel na filmach sygnowanych swoim nazwiskiem. Zamiast ilustrować, aktywnie je współtworzył; był zaprzeczeniem wszelkiej służebności. Wystarczy usłyszeć kilka napisanych przez Morricone dźwięków, z „Wieku XX”, „Misji” czy „Dawno temu w Ameryce”, żeby przywołać w pamięci cały film.

Skoro za kamerą filmu o maestro stanął Giuseppe Tornatore, z którym po „Cinema Paradiso” (1988) współpracował jeszcze osiem razy, nie mogło być inaczej, jak tylko con amore. Zresztą „wszyscy święci” występujący w „Ennio”, od uznanych reżyserów i aktorów po muzyków klasycznych, jazzmanów i gwiazdy rocka, używają wyłącznie superlatywów. Ciekawie jest wtedy, gdy bezwiednie zaprzeczają sobie nawzajem, próbując zdefiniować w skrzydlatych słowach fenomen Morricone. Wywodził się on bardziej z szachowych pasji czy z uduchowienia? Napędzał go intelekt czy raczej instynkt? Każdy z diagnostów ma swoją rację, bo będąc tak rozpoznawalnym, włoski artysta potrafił być za każdym razem inny. Film wykracza jednak poza montaż „gadających głów” przeplatanych wyimkami z filmów i soundtracków. Prawie każde przywołane osiągnięcie to osobne studium przypadku, potraktowane z filmoznawczą i muzykologiczną wnikliwością. Na szczęście reżyser zdążył oddać głos także głównemu bohaterowi. Skromny starszy pan w czerwonym sweterku, pochylony w swym gabinecie nad papierem nutowym, uosabia mówioną historię kina, nie tylko włoskiego, i snuje fascynującą opowieść o meandrach tworzenia muzyki filmowej.

Ta profesja uchodziła niegdyś za wstydliwą, stąd niedoszły lekarz, trębacz, dyrygent wojskowy i wzięty aranżer telewizyjny początkowo uprawiał ją pod pseudonimem. Z nazwiska Morricone zrobiła się marka, kiedy kumpel z podstawówki, niejaki Sergio Leone, zaprosił go do pracy przy „Za garść dolarów” (1964). Stało się to początkiem pięknej przyjaźni i od tej pory jego filmografia zaczyna pęcznieć od innych znamienitych nazwisk (jak Marco Bellocchio, Pier Paolo Pasolini, Dario Argento, Bernardo Bertolucci), od ważnych epokowo tytułów („Bitwa o Algier” Gilla Pontecorvo, „Śledztwo w sprawie obywatela poza wszelkim podejrzeniem” Elia Petriego) czy minimalistycznych arcydzieł („Pustynia Tatarów” Valeria Zurliniego). Normą było dlań kilkanaście filmów rocznie, w większości już zapomnianych, lecz nie chodziło o parcie na ekran za wszelką cenę – po prostu Morricone nie dzielił kina na niskie i wysokie. Projektował kameralnie, to znów wyżywał się symfonicznie, nie znając gatunkowych ograniczeń. Eksperymentował z muzyką atonalną i konkretną, poszukiwał „traumatycznych dźwięków”, a jednocześnie cieszyło go pisanie otulających melodii. I jeszcze długo zarzucano mu, że będąc po konserwatorium, „prostytuuje się” pisaniem dla kina. Jest w tym jakaś ironia, bo nobilitując filmowe komponowanie, równocześnie skazywał na marginalność inne swe muzyczne osiągnięcia, choć u niego obie te dziedziny często się przenikały.

Dokument Tornatore uczy słuchania filmów. Czym innym byłyby przecież słynne spaghetti westerny z Clintem Eastwoodem, gdyby każda z postaci nie miała osobnego motywu muzycznego, gdyby zabrakło tych wszystkich gwizdów, harmonijek, dzwonów, „galopów na gitarach” i „trzepoczących trąbek”. Morricone to artysta, któremu wszystko grało: turlające się puszki, stukot maszyny do pisania, strzelanie z bata, pęd pociągu czy wycie kojota. I nie wahał się tego użyć na równych prawach z kontrapunktami Bacha. Lecz i to bywało czasem kontrowersyjne – podobno John Huston odrzucił jego muzykę do „Biblii” (1966) jako... zbyt trudną. Choć za oceanem miał ugruntowaną renomę (pisał dla Terrence’a Malicka, Barry’ego Levinsona, Briana De Palmy) i w 2007 r. dostał honorowego Oscara za całokształt, dopiero dziewięć lat później, w dziewiątej dekadzie życia, doczekał się statuetki za konkretne dzieło – w „Nienawistnej ósemce” Quentina Tarantino.

„Ennio”, mimo ponadprzeciętnego metrażu (bite 150 minut – ale czy z takim bohaterem dałoby się krócej?), próbuje znaleźć balans między analizą i anegdotą. Ta ostatnia pozwala dowiedzieć się, dlaczego nie doszło do współpracy Morricone ze Stanleyem Kubrickiem albo w jakich okolicznościach napisana dla Joan Baez piosenka „Here’s to You” stała się w 1971 r. politycznym hymnem. Ponoć Leone ufał swemu kompozytorowi tak bardzo, że puszczał jego muzykę aktorom podczas zdjęć. Nazywał wręcz Morricone (i to akurat zdanie w owym dokumencie nie pada) swoim najlepszym scenarzystą i autorem dialogów. Zurliniemu wystarczyło parę nut, by zaprosić mistrza do pracy przy adaptacji prozy Dina Buzzatiego. Najbarwniej jednak opowiada o swojej muzyce sam Ennio. Choćby wtedy, gdy wspomina, jak pisząc utwory do „Misji” (1986) Rolanda Joffégo szukał połączeń między dźwiękami oboju i renesansowego motetu a rytmicznym brzmieniem wziętym z folkloru rdzennych mieszkańców Ameryki Południowej. I to też słychać z ekranu.

Właściwie ten film powinien nazywać się „Morricone”, bo mało w nim Ennia prywatnie, aczkolwiek wzrusza zdolność, z jaką potrafi on przyznawać się do swych porażek lub pomyłek, tudzież rzadka u artystów tego formatu umiejętność słuchania innych. W końcu jeszcze za życia zyskał miano klasyka, inspirując muzyków różnej maści i metryki, wypełniając swoimi kompozycjami sale koncertowe i stadiony. „Ennio” przynosi również historię pewnej emancypacji. Dzisiaj, kiedy coraz częściej dyskutuje się na temat autorstwa w kinie, twórczość Morricone zaświadcza o tym, że film nie jest tworem jednego tylko demiurga, ale rodzi się ze spotkania indywidualności, danie zaś im kreacyjnej swobody może przynieść doskonałe efekty. Jeśli tej prawdzie miałoby służyć gadulstwo „Ennia” (nie Ennia!) i jego finałowy patos, warto je przełknąć. Najważniejsze, że główne dowody na istnienie autonomicznego geniuszu zostały tutaj świetnie udokumentowane i podane. ©

ENNIO – reż. Giuseppe Tornatore. Prod. Włochy/Belgia/Holandia/Japonia 2021. Dystryb. Best Film. W kinach od 6 lipca.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Krytyczka filmowa „Tygodnika Powszechnego”. Pisuje także do magazynów „EKRANy” i „Kino”, jest felietonistką magazynu psychologicznego „Charaktery”. Współautorka takich publikacji, jak „Panorama kina najnowszego”, „Szukając von Triera”, „Encyklopedia kina”, „… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 28/2022