Reklama

Dolny świat

Dolny świat

26.01.2006
Czyta się kilka minut
Apokryf, podróżowanie i możliwości - te trzy pojęcia składają się na model prozy, który odrzuca suche fakty, zbiór dat, monotonię wydarzeń.
P

Powieść Dragana Velikicia, serbskiego prozaika debiutującego w latach 80., doskonale wpisuje się w ciągle żywy w Serbii nurt postmodernizmu, proponując w nim pewne, choć nie zasadnicze zmiany. Velikić wraz z innymi urodzonymi na początku lat 50. pisarzami, jak Basara, Petković czy Pantić, wprowadził do serbskiego dyskursu model ufantastycznienia rzeczywistości, opierając się na osiągnięciach starszych kolegów po piórze, którzy zrobili oszałamiającą karierę międzynarodową: Danilo Kiša i Milorada Pavicia. W ostatnim ćwierćwieczu serbska proza stoi pod znakiem postmodernizmu, w niewielkim tylko stopniu dopuszczając do głosu konwencję realistyczną, za to otwierając podwoje następnej generacji postmodernistów z roczników 60. i 70. (Goran Petrović).

Nowa powieść Velikicia, która ukazała się w Belgradzie w 2001 roku, utkana jest z wielu przejrzystych aluzji literackich. Stanowią one jej podskórną narrację, na której tle przygody Ivana Bazarova odznaczają się przede wszystkim egzystencją wyobrażoną. Bazarov - wnuk stroiciela fortepianów, dziedziczący po dziadku nie tylko muzyczne narzędzia, ale i niezwykłą umiejętność wsłuchiwania się w przeszłość - a także wszystkie pozostałe postacie, których jest w powieści wiele, żyją w czasie mitycznym, pozwalającym stwarzać świat na nowo. Velikiciowi udaje się w sposób nienachalny, za pomocą szczegółowych opisów podróży (między innymi tramwajem, poruszającym się swobodnie po przestrzeniach Europy Środkowej i Południowej), po pierwsze ożywić przeszłość XX wieku, z jego tragicznymi doświadczeniami przesuwania granic i tłamszenia narodowych świadomości, po drugie - przedstawić "ukryte światy minionego czasu".

Dzięki wyobrażonemu cofaniu taśmy to wszystko, co stało się przeszłością indywidualną i zbiorową, nabiera innego rytmu i ukazuje znaczenia wcześniej nieprzeczuwane lub nieistotne. Bohater marzy o urządzeniu, które by zapisywało to, co umyka każdemu oku, czego nie zatrzyma żadna fotografia, nie zapisze jakikolwiek film; rzeczywistość z dalekiego planu, niewidoczną i niezauważoną. W ten sposób w wykreowanym świecie poszczególne losy, epizody i obrazy łączą się na zasadzie jakiegoś "sumatraistycznego" porządku, który z wędrówek w czasie i przestrzeni czyni podstawową kategorię egzystencji.

Niewątpliwie sumatraizm, kierunek wymyślony w latach 20. przez Miloša Crnjanskiego, jest w tej powieści jednym z najważniejszych punktów odniesienia postmodernistycznego projektu Velikicia, podobnie jak borgesowski sposób budowania akcji przez Kiša (liczne kryptocytaty z jego tekstów!) czy model antypsychologicznego portretowania postaci u Andricia. Sztuka ożywiania przeszłości jako zasadniczy motyw powieści przypomina też niektóre partie "Słownika chazarskiego" Pavicia, zwłaszcza zaś te fragmenty, w których do głosu dochodzi swoista ironia, obnażająca umowność powrotu do historii. Tak jest np. w opisie życia Emila Kohota, motorniczego, który cierpi w powieści na bezsenność z powodu choroby pęcherza i zwalcza ją, przywołując w myślach "przestrzeń między dwoma przystankami w Wiedniu, Budapeszcie, Pradze, Belgradzie lub Suboticy". Wszyscy bohaterowie Velikicia tworzą "wielkie panneau, na którym Ivan Bazarov, niby w lustrze, będzie oglądał dekoracje".

Dziwne życie, któremu poddają się oni bez wyjątku, to tylko - jak mówi pisarz - codzienne próby umierania i realizacja zapisu w księdze śmierci (przypomina się "Encyklopedia umarłych" Kiša). Słuch absolutny Bazarova pozwalał mu odczytywać z fotografii dźwięki i szept światła, a do widokówek wprowadzać całe opowieści i budować historię, która się nie wydarzyła. Stąd tęsknota "za apokryfem, za podróżowaniem, za nieskończoną siatką możliwości".

Te trzy pojęcia: apokryf, podróżowanie i możliwości składają się na model prozy Velikicia, który odrzuca suche fakty, zbiór dat, monotonię wydarzeń na rzecz, jak mówi, "dolnego świata", w którym jest "siedziba oryginału". Podobnie jak jego bohater, Velikić, opętany cudzą przeszłością, pisze historię, która nigdy się nie wydarzyła, ale która nosi w sobie zarodek doświadczenia. Wymyśla żywoty, wchodzi w miniony czas dbając o szczegóły i ta przyjemność całkowicie go pochłania; wierzy, że to, co wymyśla, jest prawdziwsze od tego, co naprawdę się wydarzyło.

W ten sposób Velikiciowi udaje się - podobnie jak w większości jego poprzednich sześciu powieści i w dwóch zbiorach opowiadań - wykreować precyzyjnie zaplanowaną i za pomocą finezyjnego języka przedstawioną topografię "dolnego świata", właściwie niemożliwą do opowiedzenia, a jednocześnie jakże atrakcyjną w samych zamiarach! Ten z kolei pomysł, rodzący nieskończoną liczbę postaci żyjących w tym samym czasie - rozprzestrzenia się on od 1938 do 1981 roku i obejmuje różne miejsca na mapie, od Rosji, poprzez Włochy, Austrię, aż do Jugosławii - konstruuje opowieść o prywatnej historii i nieskończonym czasie. Bazarov sądzi, że szyfr świata można odczytać tylko według zasad własnego szaleństwa, bo "jest obojętne, w jakim kraju się żyje, jaki jest w nim rząd, język, klimat, historia czy standard. I tak żyje się w przestrzeni, która przestaje istnieć w momencie śmierci".

W powieści spotykamy wędrowny teatr postaci, menażerię charakterów, spektakl życiorysów. Z jednej strony to świadomy zabieg pisarza, by ostrzec nas przed zbytnią wiarą w realność każdorazowej historii, nie mówiąc o czasie, a z drugiej - tak to przynajmniej interpretuję - autoironiczna próba (to jest właśnie ta zmiana w stosunku do wczesnej fazy postmodernizmu) podważenia literackiej energii kreacjonizmu poprzez nawiązania do serbskich pisarzy. Kiedy czytam: "Szuflady dni w szafach czasu tylko na pozór są jednakowe" albo "Dni przychodzą jedne po drugich, jak goście w hotelu, jak podróżni w pociągu", słyszę niemal identyczne zdania z "Ogrodu, popiołu" Kiša i wiem, że jest to zabieg celowy, mający uzmysłowić nierzeczywistość tworzenia przy jednoczesnym przyznaniu się do zdrady języka czy też do tego, że - jak mówi Ivan - "infrastruktura języka topnieje".

To zresztą jest największą siłą tej powieści, złożonej z wielu wątków meandrycznie poskręcanych, z luźnych scen odsłaniających doskonałość detali, z wydarzeń niemal wyśnionych, ze zdań świetnie zbudowanych. "Casus Brema" to podróż do własnej tożsamości; ogląda się podczas niej świat pełen wyobrażonych istnień i upiorów pamięci, które "zawsze krążą w powietrzu". Z myśli Ivana Bazarova, by napisać, jak czytamy, biografię zwykłego płaszcza przeciwdeszczowego, wyłania się wniosek może nie najbardziej optymistyczny, ale w końcu prawdziwy: nie da się spisać "wszystkich żywotów, które przeżywa się jednocześnie", dlatego rozsądniej skupić się na pięknym, bezbronnym przedmiocie (jego fotografii), który nie przemija.

Dragan Velikić, "Casus Brema", tłum. Magdalena Petryńska, Sejny 2005, Wydawnictwo Pogranicze, seria "Meridian".

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]