Diabelski kłopot

Łatwiej mobilizować do wiary, strasząc demonicznym zagrożeniem. Zapewne dlatego w polskim duszpasterstwie coraz więcej diabła. Tymczasem w nowoczesnej teologii miejsca dla niego jest coraz mniej.

Reklama

Diabelski kłopot

Diabelski kłopot

16.07.2019
Czyta się kilka minut
Łatwiej mobilizować do wiary, strasząc demonicznym zagrożeniem. Zapewne dlatego w polskim duszpasterstwie coraz więcej diabła. Tymczasem w nowoczesnej teologii miejsca dla niego jest coraz mniej.
Marc Chagall, „Upadający anioł”, 1923-1933, 1947, ze zbiorów Muzeum Sztuki w Bazylei, Szwajcaria INTERFOTO / FORUM
S

Sanal Edamaruku się uśmiecha. To uśmiech kwaśny – grymas świadka czyjejś kompromitacji. A może maskuje także nerwowość? Może jednak magia działa? Działa, kiedy się w nią wierzy – mówią psychologowie. Sanal nie wierzy. Dlatego posłusznie wykonuje polecenia guru i się uśmiecha.

Chwila przed północą. Dobrowolna ofiara magii siedzi na tantrycznym ołtarzu. Przed nim płonie ognisko, do którego tantryk wrzuca magiczne składniki. Pomocnicy guru monotonie recytują zabójcze mantry. Tantryk wypowiada zaklęcia i muska Sanala pawim piórem, albo dotyka lalki ­voodoo. Nic się jednak nie dzieje.

Wcześniej przewodniczący Indyjskiego Stowarzyszenia Racjonalistów razem z mistrzem tantry Panditem Surenderem Sharmą uczestniczy w programie telewizyjnym poświęconym skuteczności magii. Pretekstem stały się skargi jednej z indyjskich polityczek na to, że jej przeciwnicy rzucili na nią urok,...

17490

Dodaj komentarz

Chcesz czytać więcej?

Wykup dostęp »

Załóż bezpłatne konto i zaloguj się, a będziesz mógł za darmo czytać 6 tekstów miesięcznie! 

Wybierz dogodną opcję dostępu płatnego – abonament miesięczny, roczny lub płatność za pojedynczy artykuł.

Tygodnik Powszechny - weź, czytaj!

Więcej informacji: najczęściej zadawane pytania »

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Naprawde nietrudno już wyobrazic sobie tekst Artura Sporniaka, bedący nota bene kwintesencją linii TP, zatytułowany chociażby tak : " Bóg, coraz mniej miejsca dla (N)niego we współczesnej teologii"... Owszem, jeszcze nie dziś, ale już np. w listopadzie 2025 jak najbardziej :):)....

ale, że, i w religii, i w KK to wielce prawdopodobne, że nie będzie, a może już go nie ma. A kiedykolwiek był? I dużo go było? Jak pisał wieszcz "pięknie tu jak w kościele tylko w kościele Boga nie ma.

Ów wieszcz, czyli Mickiewicz, miał podobne zdanie wypowiedzieć o wierszach Juliusza Słowackiego, naonczas młodziutkiego jeszcze. Tyle jednak, że brzmiało ono mniej więcej tak, iż owa poezja, to "piękny kościół. Tylko Boga w nim nie ma". Niby drobna różnica...

"Zmianę kulturowego kontekstu dobrze obrazuje dwuznaczność pojęcia cudu rozumianego jako zjawisko empiryczne, którego przyczyna ma być nadnaturalna: dawniej cud pomagał wierzyć, dziś stanowi kłopot – zwłaszcza dla wierzących naukowców." Cud stanowi kłopot przede wszystkim dla niewierzących naukowców! Jak to możliwe, by ocalała i nie została napromieniowana grupa Jezuitów znajdująca się 1 km od epicentrum wybuchu bomby uranowej 6 sierpnia 1945 r. w Hiroszimie skoro w promieniu 15 km od epicentrum wszystko uległo zniszczeniu? https://www.gosc.pl/doc/3749774.Dookola-szalala-smierc

Wbrew twoim opowiastkom ten rzekomy jezuicki cud nie stanowi dla niewierzących żadnego problemu. Odpowiem cytatem z mojego komentarza spod zalinkowanego artykułu (pisanego w czasach, gdy lawirowanie w odmętach obrzydliwej cenzury 'Gościa Niedzielnego' jeszcze tolerowałem): "Czy podobne rzekomo cudowne ocalenie w Hiroszimie spotkało jedynie wspomnianych jezuitów? Jeśli w podobnych niezwykłych okolicznościach ocaleli wyznawcy innych bóstw, to czy to również świadczy o prawdziwości i opiekuńczości tych bóstw? Czy wszyscy katolicy w Hiroszimie ocaleli, czy też część nie doczekała się rzekomej pomocy swojego Boga?". Odpowiedz na powyższe pytania, a zobaczymy, czy warto zachwycać się sugerowaną niezwykłością ocalenia jezuitów.

glut - a biorąc pod uwagę, że podobne idiotyzmy stanowią od wieków po dziś dzień bazę standardowego przekazu tysięcy polskich plebanów i biskupów nic dziwnego, że bywa chętnie przez owieczki absorbowany i przeżuwany z radosnym mlaskaniem

Artur jeżeli rzeczywiście interesuje Cię problem istnienia diabła to poszukaj kilka osób, które były zniewolone lub opętane. Porozmawiaj z nimi (oraz z ich bliskimi), aby dowiedzieć się na czym polegało ich poważne cierpienie, które zmusiło ich do szukania pomocy, dowiedz się gdzie i jak długo szukali pomocy, dlaczego nie byli w stanie pomóc im psychoterapeuci i psychiatrzy i w jaki sposób Jezus uwolnił ich poprzez egzorcyzmy. Opinia, "że we współczesnej teologii jest coraz mniej miejsca dla diabła" oznacza, że współcześni teologowie są kompletnie oderwani od rzeczywistości życia zwykłych ludzi....

Co takiego miałyby dać Arturowi Sporniakowi podobne rozmowy poza oczywistą nawet i teraz konstatacją, że siła kulturowej sugestii potrafi być zaiste wielka - tak przy nasiąkaniu słabych, skrzywionych osobowości przekonaniem o ich diabelskim opętaniu, jak i przy nasiąkaniu tych samych osobowości przekonaniem o ich duchowym wyleczeniu przez postać Jezusa? O tym, że są psychoterapeuci i są psychoterapeuci, a nauka nie zbadała jeszcze mnóstwa zakątków ludzkiego umysłu i mózgu, też nie trzeba nikogo przekonywać.

Chciałem coś odpisać poprzednikowi, ale zrobiłeś to lepiej niż ja. Jest jednak coś więcej. Myślę, że nasz mózg/umysł ma jakieś dziwne połączenie z rzeczywistością a w DNA może się okazać, że jest znacznie więcej informacji niż komukolwiek się śniło. Niewykluczone, że sami jesteśmy demonami(my ludzie), a nie zdajemy sobie z tego sprawy? Demonami w sensie pewnych zdolności będących mocno w nas zakamuflowanych. Ograniczonych, bo brak tych ograniczeń najpewniej sprowadziłby na nas wzajemną zagładę. Zagłady, bo z uwolnioną tą mocą postąpilibyśmy według zasady ruskiej armii "kto strzela pierwszy ten się śmieje ostatni". ups.

i psychoteoperwerci, tak bym to ujął

mechaniki kwantowej do tłumaczenia zjawisk zwanych cudami. Wszystkie reakcje chemiczne i większość zjawisk fizycznych ma charakter probabilistyczny. Np. jest pewne bardzo małe, ale większe od zera, prawdopodobieństwo, że w upalny dzień na jeziorze pojawi się warstwa lodu. Tak samo, a nawet bardziej z reakcjami enzymatycznymi czy z transportem przez błony komórkowe. I mamy wytłumaczenie rzadkich uzdrowień, bez łamania praw przyrody. Czy za sprawą bezpośredniego interwencjonizmu boskiego? Niekoniecznie. Wszak stoi w piśmie; wiara twoja uzdrowiła cię, oraz "jakbyście mieli wiarę chociaż jak ziarnko gorczycy to ta góra na wasze życzenie rzuciłaby się w morze". Tutaj też wierzący naukowcy nie powinni mieć problemów, jeśli coś słyszeli o ogólnej teorii względności. Wynika z niej, że nie tylko czas nie jest kategorią bezwzględną i Pan Bóg nie jest związany czasem, ale, że ta nasza przestrzeń trój- czy czterowymiarowa jest powyginana, a kartezjańskim dopełnieniem byłaby przestrzeń sześcio- czy dziesięciowymiarowa, tak jak dopełnienie do dwuwymiarowej pogiętej przestrzeni (kartka papieru) jest przestrzeń trójwymiarowa. Więc przenoszenie "emocji" związanej z wiarą, modlitwami może odbywać się przez tę szerszą przestrzeń. Można iść dalej: Pana Boga stać na przestrzeń jeszcze więcej wymiarową, a co do praw przyrody, to w tych przestrzeniach prawa mogłyby być dowolne (naukowcy badający Wielki Wybuch wszak twierdzą, że to, że akurat tak on przebiegał determinując prawa przyrody to zupełny przypadek, mogło to się zdarzyć coś zupełnie innego, ustanawiając prawa przyrody zupełnie inne), a to co odbieramy tu w naszym wszechświecie to taka projekcja podobna do opisanej już przez Platona.

używa pojęcia "pogranicze teologii i nauk przyrodniczych". Nie ma czegoś takiego jak pogranicze tych dwóch rzeczy, bo teologia i nauki przyrodnicze to różne kategorie, nierównoważne sobie. W przeszłości próbowano takie pogranicze robić i było to pogranicze w ogniu, z powodu płonących stosów. Nauki przyrodnicze to są nauki, a teologia nauką nie jest. A to, że funkcjonują stopnie i tytuły naukowe z teologii to nadużycie, spowodowane uleganiem pysze ludzi zajmujących się teologią.

Może istnieć tysiąc powodów świadczących, że dany człowiek (teolog, publicysta, przeciętny szarak) jest katolikiem, ale one wszystkie są bez znaczenia wobec choćby tylko jednego, a wystarczającego, powodu przemawiającego za tym, że nie jest katolikiem. Kościół katolicki głosi prymat wiary nad poznaniem rozumowym, a wiara w istnienie osobowego Szatana utożsamianego ze złem i istnienie piekła przeznaczonego dla potępionych, a będącego wyrazem Bożej sprawiedliwości należy do depozytu obowiązującego katolika. Jeżeli ktoś stara się to uargumentować przy pomocy znanej nam logiki, wyprowadzić z poznania rozumowego czy intuicji by przekonać sceptyków - na ogół wchodzi na grząski grunt, na którym nie podoła zadaniu. Najbezpieczniejszym i zupełnie wystarczającym argumentem jest powoływanie się na autorytet Kościoła, który światu ukazuje prawdy wiary i nie jest jednocześnie zobowiązany do uargumentowania ich w sposób zrozumiały dla rozumu. === Powyższe zdania nie wypływają bezpośrednio z moich przekonań, ale jestem ciekawy czy ktokolwiek uważający się za katolika podważy je? Czy robiąc to nie podważy autorytetu Kościoła, którego sam dowolnie i świadomie jest członkiem i tym samym odejdzie od ortodoksji i wierności doktrynie na rzecz katolicyzmu hipermarketowego gdzie wybiera sobie tylko dowolne elementy, które mu się podobają.

Wygląda na to, że bez Szatana Wasza wiara była by daremna, mnie dla odmiany kiedyś uczono, że chrześcijaństwo bez zmartwychwstania byłoby daremne, jak widzę Szatan jest tak samo ważny jak zmartwychwstanie? intrygujące. Czy Szatan otrzyma zatem nagrodę od Boga za bycie filarem wiary? Czy też jego trud jest niedocenionym "poświęceniem"? :P

Proszę nie pisz do mnie w liczbie mnogiej. Chciałem zwrócić uwagę na to, że katolik musi przyjąć depozyt wiary w całości, nie może być tak, że na dziesięć dogmatów dziewięć sobie uznaje, a co dziesiątego nie. Oczywiście że kwestie szatana, diabłów, demonów, opętań, piekielnych garnków i rogatych istot z widłami nie są sednem wiary, a jakaś chora fascynacja tematyką opętań, egzorcyzmów co ma obecnie miejsce nie służy samej religii. Wybrałem ten element bo jest (jak wiele innych) umocowany w Katechizmie KK (ilu uważających się za katolików czyta KKK, zna go, wie w ogóle o jego istnieniu i o tym jaką rangę ma w ich religii?!) i Tradycji i to jego dotyczy artykuł. Z tego co przeczytałem wyłania się obraz, że jedynym prawdziwym katolikiem jest katolik ortodoksyjny i jednocześnie katolik integralny (w takim towarzystwie to p.Terlikowski robiłby za umiarkowanego liberała) przyjmujący (i stosujący!) zasady wiary w całości, gotowy podporządkować im swoje codzienne czyny ale i rozum i wiarę. W psychologii religii blisko do terminu fundamentalistyczny. Obserwuję, czytam i jestem ciekawy jak w tym odnajdują się środowiska TP, Znaku, Więzi, większość publikujących z sensem Jezuitów (i tak polscy w porównaniu z innymi krajami uchodzą za konserwatywnych), takie postacie jak ks. Boniecki itd, albo większość Polaków uważająca się za katolików, nawet w tych 30% polskich praktykujących jakby zapytać na mszy czy ktoś słyszał o dogmacie, że poza Kościołem nie ma zbawienia to prawie wszyscy by się obruszyli "że to średniowiecze, teraz jest inaczej, że Papa Franciszek....", a gdyby pokazać im obowiązujące dokumenty zatwierdzone przez żyjącego jeszcze sędziwego i lubianego w Polsce Bawarczyka to wywołałoby to konsternacje.

to oprócz 846 jest też 847 i 848, zatem jak tak ogarniemy całość to się okaże, że poza KK też jak najbardziej może funkcjonować Zbawienie i to nawet według doktryny obowiązującej w KK (czyli Kościele Katolickim).

Łatwo sobie to wyobrazić np w odniesieniu do dzikich plemion albo mieszkańców indyjskich wiosek. Na polskie warunki to nawet dzieci z radykalnie antyteistycznych rodzin mają możliwość poznać KK jak nie za dziecka to za dorosłości.

Oczywiście można by rzecz, że "dobry prawnik... " ale nie jestem prawnikiem. Niemniej jedno jest oczywiste i dla mnie, i dla wielu księży czy teologów. To nie chodzi o to, że możesz coś przeczytać, ale o to, że "żywe słowo" czyli prawdziwa Ewangelia do Ciebie dotarła. Nawet najwspanialszy tekst głoszony przez osobę zdemoralizowaną i kompletnie niewiarygodną nie zostanie uznany i przyjęty. Oprócz litery musi też działać Duch. Zatem jak najbardziej mogą być w Polsce osoby które kompletnie nie odnalazły i nie wierzą w działanie Jezusa Chrystusa w obszarze Kościoła Katolickiego i nie ma w tym ich złej woli, ani winy. Gdyby Jezus z Nazaretu (być może Chrystus) cenił pisaninę, czy uważał, że pisanina wyczerpuje temat i wystarcza do nawrócenia kogoś, to sam by pisał, a sam wygląda na to, że nic nie pisał (nic się nie zachowało), tylko głosił: "I rzekł do nich: «Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu! 16 Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony; a kto nie uwierzy, będzie potępiony. 17 Tym zaś, którzy uwierzą, te znaki towarzyszyć będą: w imię moje złe duchy będą wyrzucać, nowymi językami mówić będą; 18 węże brać będą do rąk, i jeśliby co zatrutego wypili, nie będzie im szkodzić. Na chorych ręce kłaść będą, i ci odzyskają zdrowie». " Ze swojej strony zadam zdawkowe pytanie, jak mam uwierzyć w narrację ludzi pozbawionych wiary? Jak? Jak żyję nie spotkałem jeszcze osoby spełniającej przytoczony warunek wiary.

Ja tutaj widzę próbę robienia z wyjątku reguły, a ze szczeliny głównej bramy. Tak interpretując można się ciągle pocieszać, że samemu się pod te wyjątki podpada. Rozmawiam ze znajomymi, często uważającymi się za katolików, dla nich sama możliwość istnienia piekła do którego nie trafiają wyłącznie zbrodniarze wojenni, mordercy, gangsterzy itd ale znaczna część ludzkości, normalni ludzie, głównie ze względu na grzechy dnia codziennego (kwalifikowane jednak jako ciężkie) jawi się jako coś okrutnego, nierealnego, przerażającego na tyle by przestać o tym myśleć i zaszufladkować jako mity, bajki, legendy, "jakoś to będzie". Tymczasem z humanistycznej perspektywy doktryna katolicka jest twarda, sztywna, okrutna i nie bierze jeńców.

Bóg (o ile jest), jest jaki jest. Piekło? I tu na ziemi nieraz je sobie wzajemnie fundujemy. Jeśli w chrześcijaństwie jest cokolwiek cennego, to Raj, a nie piekło. Użyję pewnej metafory, jesteś mężczyzną, pragniesz kobiety, co "gorsza" kochasz ją, zostajesz odrzucony, choćbyś był i w złotym pałacu, jesteś w piekle. Jeśli zechce cię przyjąć i być z tobą, jesteś w Raju, stajesz zatem "na uszach" by się jej przypodobać, choć na dobrą sprawę, kto odgadnie kobiety? Owszem, są pewne zasady ogólne, powszechnie znane zachowania które mogą zdyskredytować, ale nic nie jest pewne, a mimo to się staramy. Okrutne? Twarde? A kto obiecywał, że będzie łatwo? Mam wrażenie, że zamiast myśleć o miłości skupiasz się na porażce (czyli piekle). Skończyć możesz jak wyelegancony sztywniak zdziwiony tym, że "żadna go nie chce", ale OK, może Twój Bóg lubi sztywniaków?

Nie, nie skupiam się na piekle, przegranych itd. Przeczytaj od początku naszą dyskusję. Przetrawiam różne argumenty strony katolickiej. To ja spotykałem się np ze strony tradycjonalistów katolickich z pojmowaniem religii jako zbiorowi porad pomagających uniknąć potępienia / wiecznych mąk piekielnych. W ramach katolicyzmu spotykam różne nurty, głoszące różne rzeczy, także ze sobą sprzeczne. Na zachodzie od dziesiątek lat wśród teologów popularne są nurty z ortodoksyjnego punktu widzenia ocierające się o herezje np w kwestiach piekła, szatana, potępienia, powszechnego zbawienia. Zastanawiają mnie te wewnętrzne sprzeczności w religii instytucjonalnej mającej jasną wykładnie wyrażoną w aktach normatywnych - teoretycznie nie powinno być tutaj sprzeczności. Nurt progresywistów tak jak i Franciszek często stosuje wypowiedzi dwuznaczne, mogące być interpretowane w różny sposób, dowartościowujące indywidualne sumienie. Wiele osób jest katolikami tylko dlatego że się urodzili na pewnej szerokości geograficznej i ich ochrzczono, potem poszło już z górki... jednak wśród środowisk inteligenckich, refleksyjnych tym mechanizmem nie można się już zasłaniać.

Gdyby to było tylko kółko wędkarskie nie było by problemu, byłoby tak jak chcesz Regulamin, kto się stosuje ten łowi, kto nie tego się wyrzuca, zasady jasne i spisane. Owszem wielu ludzi Kościoła Katolickiego uczyniło bardzo wiele, by z tej instytucji zrobić mienione "kółko wędkarskie" i uszczegóławiano/dopisywano Jezusa jak chciano i gdzie chciano. Niemniej są tam też i ludzie naprawdę kochający Boga (cokolwiek by to oznaczało) czy szukający Prawdy (niby prawie to samo, ale "prawie" czyni czasem różnicę). Od początku już nawet wśród apostołów były tarcia i różnice (można to nazwać "wojną duchową", wszak nawet Piotr przemówił rzekomo głosem Szatana, a co dopiero reszta). Reasumując nie może być inaczej, bo Prawda w tym świecie jest w swym kompletnym wymiarze nieosiągalna (gdyby była byłby to Raj, a nie Ziemia), zatem jakakolwiek religia może być co najwyżej dążeniem do Prawdy, a nie samą Prawdą, i jako dążenie, każda religia jest narażona na fałsz. Fałsz niejedno ma oblicze, czasem udaje, że "wolno wszystko", czasem chce "wszystkiego zakazać" (ups, to moja interpretacja, nie wiem czy słuszna?). Reasumując, według doktryny, Jezus w swoim zastępstwie pozostawił Ducha Świętego, a za apostołów mamy duchownych, zatem mamy czasem Judaszy, czasem nawet Piotr przemówi głosem szatana, a Duch Święty dmie gdzie chce i powołuje kogo chce, a apostołowie jak się kłócili przy Jezusie, to teraz tym bardziej. Nikt nie obiecywał, że będzie łatwo, powtórzę znowu. ps. Jezusowi ortodoksi Jego czasów też zarzucali herezję :))) ps.2 na dziś kończę, pozdrawiam :)

Ja to rozumiem co napisałeś. Np. redaktor Sporniak od lat uparcie twierdzi, że Magisterium Jego Kościoła (z samej definicji będące przecież nieomylne i tylko Ono mające prawo do własnej autokorekty) myli się w kwestii antykoncepcji. Wielu świadomych praktykujących katolików w Polsce dopuszcza in vitro w małżeństwie (pod pewnymi warunkami). Już tutaj widzę sprzeczność. Ja nie chcę nikogo osądzać, ale czy z punktu doktryny własnego Kościoła nie głoszą herezji, a świadomie i uparcie w niej trwając stają się heretykami i sami wykluczają się z własnego Kościoła? Oczywiście to i tak dotyczy tylko garstki "myślicieli" bo większość ma gdzieś takie rozkminy i prezentuje czysto emocjonalne podejście do religii z którą się utożsamiają, a i nawet to tylko na zasadzie błysku lampy aparatu w ważnych życiowo momentach (narodziny dziecka -> chrzciny, zawarcie związku małżeńskiego -> sakrament małżeństwa, pogrzeby, śmierć bliskiej osoby -> metafizyka śmierci, życie wieczne). A poruszyłem tu tylko jeden z aspektów życia codziennego (antyk.), sprawy gdzie teologowie katoliccy i całe nurty myśli katolickiej prezentują stanowisko w sprawie szatana, potępienia, piekła, oddziaływania demonicznego na ludzi na ziemi są o wiele dosadniejsze. Pozdrawiam!

Co do herezji - myślę, że nie czują się heretykami, myślę że mają poczucie misji, by KK wręcz naprawić. Inna bajka to to czy wierzą w transcendent? Czy po prostu chcą naprawić pewien system w którym wyrośli i nie wyobrażają sobie świata bez niego? inna jeszcze sprawa, że ich przeciwnicy też właściwie w Jezusowe nauczanie nie wierzą, jeśli w cokolwiek wierzą, to w smołę którą ich "dobry" Bóg będzie polewał ich oponentów. To że katolicy nie znają dogmatów i katolickiego nauczania to raczej nie ich wina, to raczej element systemu. System by utrzymać władzę mnoży pojęcie grzechu ponad jakąkolwiek sensowną miarę, i dopuszcza by wierni grzeszyli. Po co? By mieć na wiernych haka, by wierni się bali, i po to by wierni utopieni w morzu drobnych, na dobrą sprawę bezsensownych wręcz wymyślonych grzechów nie zwracali uwagi na to, że ich pasterze grzeszą, i to grubo, i realnie grzeszą.

Jeżeli traktują religię jako pewien ziemski system co najwyżej z pewnymi odwołaniami do "jakiejś" duchowości, metafizyki to już na pewno nie mają nic wspólnego z katolicyzmem, który jest systemem teocentrycznym ze środkiem ciężkości zupełnie poza ziemską egzystencją. Moderniści katoliccy często powołują się na osiągnięcia psychologii, biologii chcąc przeforsować nowe spojrzenie lub podważyć tradycyjne koncepty w swojej religii jakby zupełnie ignorując fakt, że w doktrynie ich kościoła kryterium cierpienia, szczęścia, samorealizacji, spełnienia, zadowolenia w ogóle nie musi iść w parze z moralnością. Mogą istnieć zachowania zgodne z psychobiologicznym rozwojem człowieka, jego neurohormonalnymi potrzebami i niekrzywdzące innych, a i tak uznawane bez względu na to za grzeszne. Np seks z nowym partnerem kiedy sakramentalny małżonek postanowił odejść i wziąć rozwód cywilny. ps. W katolicyzmie nawet jak ksiądz jest niewierzący częściowo lub całkowicie to chociaż sprawuje sakramenty niegodnie to są one ważne.

Zasady katolicyzmu stworzyli ludzie, i ludzie mogą je zmieniać. Innym problemem jest pytanie, czy katolicy to jeszcze chrześcijanie? W tej wersji którą mi tu lansujesz to w ogóle jest niezła zabawa. Więc tak, grupa biskupów która w nic nie wierzy oprócz mamony i władzy ustaliłaby sobie jakieś zasady, szumnie nazwie część z nich sakramentami i co? I to jest ważne? Ale dla kogo? Chyba tylko dla naiwnych których rolują? bo przecież nawet nie dla nich samych. ps. Jezus też był modernistą z punktu widzenia faryzeuszy i saduceuszy. ps2. taka humoreska, Indianie przychodzą do księdza, proszą by mogli w kościele zorganizować wesele dla młodej pary, ksiądz oponuje, jeden Indianin (pewnie modernista) używa argumentu, że "przecież Jezus też się bawił na weselu w Kanie Galilejskiej", na to ksiądz oburzony, "no tak, ale tam nie było Przenajświętszego Sakramentu!!!" - i drogi kolego, dokładnie tak jest w mojej skromnej opinii z tym katolicyzmem, jest tam może i "Przenajświętszy sakrament", ale Jezusa Chrystusa (nie wspominając o Duchu Świętym) to ja tam niespecjalnie widzę.

Oczywiście, że nie wszyscy mający moc tworzyć i zatwierdzać dokumenty kościelne to niewierzący, ale tacy też tam są. x.Isakowicz Zalewski to bardzo dobrze zorientowany w personaliach człowiek, uczciwy i szczery aż do naiwności, to co pisał o kurii akurat krakowskiej dość przygnębiające. Najbardziej wpływowa i decyzyjna jest oczywiście kuria rzymska, patrząc na politykę względem choćby Legionów Chrystusa czy opisane historie z Sodomy zaczynam dawać wiarę tym ateistom, którzy mówią, że od wielu purpuratów różni ich tylko to, że nie wykorzystują swojego ateizmu do ukrywania go i cynicznego manipulowania ludźmi wierzącymi. Pamiętam kazanie śp. x. Kaczkowskiego , który zdaje się był człowiekiem głębokiej wiary, z pamięci: "dobrze dla diecezji jak nowy Biskup jest dobrym człowiekiem, a jeszcze lepiej jak trafi się wierzący". Co miał na myśli można wyczytać między wierszami. Z punktu widzenia logiki i życia religijnego dla wiernego bez znaczenia czy wierzy 99% czy 1% księży. Mnie dalej zastanawia zjawisko katolicyzmu nieortodoksyjnego (a to zdecydowana większość wiernych). Albo przyjmujesz depozyt wiary albo nie. Nie można być w ciąży w trzy czwartych. Np przyjmujesz dogmat o Zmartwychwstaniu i Niepokalanym poczęciu, a o Wniebowstąpieniu już nie? Jesteś przeciwko aborcji, ale jednocześnie za in vitro? Nazywaj się teistą, chrześcijaninem, ale czy katolikiem?

Skoro to niekwestionowana większość katolików to oznacza, że taki typ jest naturalnym produktem istniejącego systemu. Dla systemu jest ważna ilość wiernych, ich finansowanie, i brak ich reakcji połączony z posłuszeństwem. Nadmierna znajomość dogmatów, często absurdalnych mogłaby doprowadzić do rewolty, zatem im mniej wierny wie, tym lepiej. Wierni też wolą nie wiedzieć, a cały ten katolicyzm traktują jako ubezpieczenie na zaświaty. I tak to się kręci.

Dlatego też katolicy wiedzący w co wierzą, ortodoksyjni, czasem wręcz fundamentalistyczni jednak budzą mój szacunek. Starają się być konsekwentni. Zastanawia mnie mechanizm psychologiczny tych nieortodoksyjnych, a oczytanych, inteligentnych, refleksyjnych. Są granice okłamywania się, braku chęci szukania podstaw swojej wiary?

Ortodoksyjny katolik musi albo nie znać nauczania Jezusa z Nazaretu (być może Chrystusa), albo musi nim pogardzać, bo nie da się rygoryzmu prawa typowego dla katolicyzmu połączyć z przesłaniem miłości Jezusa, zatem żadnego mojego szacunku nie wzbudzają. Natomiast katolicy "reformatorzy"/refleksyjni też mnie co nieco irytują, uniemożliwiają zerwanie mi resztek więzi z tą instytucją, gdyby nie oni mógłbym w spokoju sumienia uznać katolicyzm za organizację szkodliwą (niemal przestępczą) i totalnie przeinaczającą nauczanie Jezusa z Nazaretu (który stanowi moją w jakimś stopniu fascynację) ich istnienie, świadomość tego, że nawet jedna zapałka jest w stanie rozświetlić ciemność, każe mi jednak pozostawać w pewnym stadium zawieszenia. Wzbudzają mój podziw i szacunek (choć mnie drażnią), są jak ludzie zdradzeni przez władze własnej ojczyzny, nieraz prześladowani, ale mimo to ciągle ją kochający i jej służący. Co do katolików nierefleksyjnych i nieortodoksyjnych, to cóż, są w niewoli systemu który ich takimi uczynił, ale póki są katolicy refleksyjni, sprzeciwiający się dogmatyzacji przesłania miłości, zbawienia i zmartwychwstania, póty jest dla nich nadzieja.

Miłować przyjaciół i nieprzyjaciół, jako wypełnianie ewangelicznego przesłania, polega nie na tym by zmniejszać ludziom ciężary życia codziennego, być tolerancyjnym, wyrozumiałym, dbać o ich dobre samopoczucie itd, ale miłować znaczy pragnąć ich zbawienia (oczywiście na zasadach swojej, "naszej" religii), a więc walczyć o katolickie państwo gdzie panuje społeczne królowanie Chrystusa Króla, rozwody nie są sankcjonowane, nie ma invitro, aborcji, młodzież w szkole jest edukowana wyłącznie w modelu abstynencyjnym itd. 2. Skąd u Ciebie fascynacja Jezusem? Wszak historycy spierają się czy w ogóle taka postać historyczna istniała, dowodów brak lub mało, a Ewangelie to tylko 4 krótkie dramaty wielokrotnie przepisywane z innych tekstów i od siebie nawzajem, uzupełniane, różnie tłumaczone i wyłonione spośród kilkudziesięciu podobnych źródeł...właśnie przez Kościół Katolicki.

bez komentarza

Te tłumaczenie brzmi jak trzecie kuszenie Jezusa przez Diabła, tylko z punktu widzenia "skuszonego" i szukającego usprawiedliwienia. Co do historycznych źródeł to jak na cieślę, pacyfistę, bez ambicji politycznych to i tak są spore;p a co do fascynacji, to z tym jak z miłością, czy popędem seksualnym, jest jaka jest :)))

...mają głęboko w de tak wiele i tak przeróżnych wymaganych przez doktrynę dogmatów i innych teopierdołów, że gdyby próbować szukać takiego, co po pierwsze je wszystkie z n a, po drugie przyjmuje do wiadomości, po trzecie przynajmniej s t a r a się przestrzegać - przypuszczam, że wynik byłby arcy-k o m i c z n y - i na pewno istnienie albo nie szatana nie jest dla nich [prócz rzecz jasna aspektu wtresowanego im w dzieciństwie symbolu straszaka] tematem numer jeden, a może nawet i nie piętnaście - tak, ma Pan rację, katolik to byt o wiele bardziej w i r t u a l n y niż realny

Nie musi znać wszystkich dogmatów, ale przynajmniej orientować się "gdzie szukać" i znać i praktykować wytyczne swojej wiary. Można by ich szukać wśród Instytutów Świeckich, akcji katolickiej, społeczności wielodzietnych, ruchach prolife, tradycjonalistów (fsspx, idp, fspp), plus pojedyncze osoby w skali parafii. Myślę, że około 1% populacji w Polsce. Gdyby PiS, PO, SLD itd miało taką liczbę zdyscyplinowanych członków to wygrywałoby wybory zawsze.

nie musi ani znać, ani szukać, ani nawet wiedzieć gdzie - wystarczy, że regularnie frekwencję robi w kościele, głosuje jak mu ksiądz z ambony poradzi, no i rzecz jasna na tacy nie skąpi [choć ten ostatni warunek złagodzony odkąd biskupi znaleźli we władzy hojnego sponsora]

Nie musi znać wszystkich dogmatów, ale przynajmniej orientować się "gdzie szukać" i znać i praktykować wytyczne swojej wiary. Można by ich szukać wśród Instytutów Świeckich, akcji katolickiej, społeczności wielodzietnych, ruchach prolife, tradycjonalistów (fsspx, idp, fspp), plus pojedyncze osoby w skali parafii. Myślę, że około 1% populacji w Polsce. Gdyby PiS, PO, SLD itd miało taką liczbę zdyscyplinowanych członków to wygrywałoby wybory zawsze.

aż przykro patrzeć jak w XXI wieku ludzie potrafią się zajmować ewidentnymi d u p e r e l a m i rodem z jaskiń epoki kamiennej - 'sapiens'??... może jeden na stu, najwyżej

jest to ok. 15%

Obserwacja poczyniona z perspektywy należącego do tych 15%, oczywiście?

obiektywna.

Efekt Dunninga. ;)

Całe życie słyszałem, że jestem nadmiernie skromny i nie doceniam swoich umiejętności i możliwości. dzięki za zdiagnoazowanie.

kto ma pojęcie o badaniach i testach na inteligencję wie, że najczęściej spotykane wyniki odpowiadają niewygórowanemu jej poziomowi, zaś faktycznie bystrych i sprawnie myślących jest g a r s t k a - kto tego pojęcia nie ma, niech sobie poklika, albo jeszcze lepiej - zrobi test

Obiektywnie patrząc na zjawiska "nadnaturalne" musi zdać sobie sprawę że ani współczesna teologia ani fizyka, astrofizyka nie posiadają pełnego wyczerpującego opisu rzeczywistości w jakiej żyjemy czyli Wszechświata. Nie znamy elementarnych podstawowych spraw np.wielkość Wszechświata jest otwarty czy zamknięty? , nie mamy bladego pojęcia czym jest ciemna energia i materia obserwując wyłącznie jej oddziaływanie grawitacyjne na materię barionową.Mieszkamy w Galaktyce w której szacuje się ze istnieje od 40 do 60 mld planet znajdujących się w strefie życia krążących wokół swoich gwiazd macierzystych.Żaden odpowiedzialny naukowiec nie jest w stanie wykluczyć ze na tych miliardach planet nie rozwinęło się inteligentne życia , które to może posiadać tak zaawansowaną technologię cyt" Każda wystarczająco zaawansowana technologia jest nieodróżnialna od magii” .Kolejny aspekt to zamknięcie teologii w kosmologii i antropologii biblijnej co mamy w Polsce , oczywiście mamy ks.prof.Hellera ale to nic nie znaczy ponieważ jego przemyślenia i koncepcje nie przenikają do seminariów i wydziałów teologicznych ...ze strachu ze naruszy status quo .Pisał Pan Artur o idei działania Pana Boga na poziomie fizyki kwantowej ( obszarze prawdopodobieństwa , całym zjawisku dekoherencji kwantowej , pojawia się idea wszechświatów równoległych kwantowych Hugh Everett III różnych strumieni rzeczywistości itp ) Do tego możemy dodać 11 wymiarową czasoprzestrzeń M-teorii strun i praktycznie mogą w wyższych wymiarach istnieć istoty inteligentne które mogą wpływać na naszą rzeczywistość ( w Biblii mamy różne określenia tych istot ale jest to opis literacki a nie naukowy, wieć nie wykluczałbym tak szybko zjawisk i zdarzeń paranormalnych bo nie ma na nie miejsca we współczesnej naukach przyrodniczych...wbrew pozorom jest tego miejsca bardzo dużo. A co do teologii czas wyjść z zatęchłej szafy lęku przed nowym i zacząć ja na serio tworzyć i propagować.Niestety również TP jakoś bardzo rzadko przedstawia najnowsze idee i koncepcje współczesnej teologii a dzieje się bardzo dużo, ale jak zwykle Polska musi być absurdalnie zacofana .

przyrównywanie teologii do nauk ścisłych i argumentowanie, że nie znamy dziś tego czy tamtego, nie mamy bladego pojęcia o tym i owym - to klasyka tych, co w teologii wciąż próbują doszukiwać się elementów racjonalnych i sensownych - Szanownemu Panu na pocieszenie przypomnę, że jeszcze w c z o r a j nie mieliśmy pojęcia nawet n a j b l e d s z e g o o tysiącach różnych spraw, które dziś są szczegółowo wyjaśnione do poziomu kwantów, sugeruję wzięcie głębokiego oddechu i czegoś na wstrzymanie - wystarczy poczekać jeszcze trochę, do j u t r a i pojutrza, zajmie to może następne kilka dekad albo i stuleci, ale nie ma obaw o rezultaty - natomiast teologia z definicji skazana jest na taplanie się w własnych, b e z n a d z i e j n y c h odchodach

Tak beznadziejnie dennego tekstu, po prostu głupiego, szukać ze świecą; może jednak jak już nie katoliccy a przynajmniej chrześcijańscy autorzy to przynajmniej nie jacyś mechaniczni ateiści by w TP pisał o sprawach teologicznych. Co ma diabeł wspólnego z magią??!! Jest tam w redakcji drugi taki nieuk, Prusak, który - z właściwym protekcjonalnym zaślepieniom idiotyzmem - twierdzi, że teologia i filozofia a w ogóle Kościół nie nadążają za nauką. Z taką kulturą metodologiczną tylko mieszacie słowa i porządki. Wprowadzacie zamęt, i w ogóle ośmieszacie TP. Stuknij się kolego w łeb. I odchrzań się od Michała Hellera.

...ośmielę się zauważyć wyraźna n u t ę właściwego zaślepieniom i d i o t y z m u w Pańskim poście

To ty koleś prezentujesz głupotę i nieuctwo - nawet w zakresie hołubionej przez się teologicznej pseudo-nauki. "Co ma diabeł wspólnego z magią??!!". To ma wspólnego, żałosny ignorancie, że w myśl katolickich podań magia działa poprzez siłę diabła, a nie poprzez niezależną od diabła złą siłę ponadnaturalną stworzoną samą mocą ludzkich słów. Wracaj do kościelnych podziemi, krętaczu!

i na tej podstawie wypalili biedne zielarki i bioenergoterapeutki w średniowieczu.

Strony

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]