Reklama

Czas zwykły, kiedyś święty

Czas zwykły, kiedyś święty

22.05.2007
Czyta się kilka minut
Czytam książki już ponad pół wieku, jeśli przyjąć za prawdziwe świadectwa rodziny. Żyjący jej członkowie, a nie jest ich zbyt wielu, twierdzą, że moja przygoda z tym niezwykłym medium zaczęła się, kiedy miałem osiem lat. W mojej pamięci punkt startu w światy niezwykłej wyobraźni jest późniejszy o dwa lata. Wyjątkowo dobrze pamiętam przeprowadzkę z dużego miasta, jakim był Gdańsk, do zagubionej w lasach nadnoteckich małej miejscowości. Z nudów chciało się wyć całe dni i noce. Potem szczęśliwie się okazało, że koledzy są życzliwi (chociaż mało czytający) i wspólnie można sporo zrobić. Włóczenie się po okolicznych lasach i obserwacja czystej jak kryształ Noteci było podniecające, ale i tak wieczorami nadchodził czas skupienia nad książką.
W

W naszym czytaniu - tę pasję podzielał również mój młodszy brat - musiało być coś niepokojącego, gdyż zarówno matka, jak i ojciec próbowali nad nim zapanować. Nie wolno nam było czytać w szkole (kontrola tornistrów), przy jedzeniu wspólnych posiłków (wyjątkowo nudnych, chociaż rodziców bardzo kochaliśmy) oraz w cudownej samotni, jaką było miejsce, do którego nawet król chadza piechotą. Przed wejściem do tego mało szlachetnego przybytku, którego niezwykłą wartością był klucz w drzwiach, byliśmy poddawani rygorystycznej kontroli.

Wyznaję ze wstydem, że wprowadzanie w błąd rodziców przychodziło nam wyjątkowo łatwo. W tym pomieszczeniu był bowiem wielki wiklinowy kosz na tzw. brudną bieliznę. Dosyć szybko zauważyliśmy jego przydatność do przechowywania ciekawych lektur. Ukryte pod kilkoma warstwami bielizny, służyły nam przez kilka bądź kilkanaście dni, by potem zrobić miejsce następnym.

W tej dziwnej bibliotece spędzaliśmy z bratem wiele godzin każdego dnia, chociaż mieliśmy w domu wiele wygodnych miejsc do czytania, takich jak fotele i tapczany. Z niezrozumiałych powodów niezwykle ceniliśmy naszą podręczną bibliotekę. Najdziwniejsze jednak było to, że rodzice, nie znając naszej tajemnicy, podejrzewali nas o rozmaite fizjologiczne dolegliwości i kierowali na badania, które miały nam pomóc. Nie wiedzieli, że najbardziej przydałby się nam okulista oraz elektryk, który poprawiłby marne światło w małym pomieszczeniu z centralnie umieszczonym kibelkiem.

Okulista i tak okazał się niezbędny, gdyż wielomiesięczne czytanie z latarką pod kołdrą osłabiło nam wzrok. Brat już w dzieciństwie okazał się okularnikiem, jak wtedy mówiły dzieci, mnie ta ułomność dopadła już w wieku dorosłym. Jest to niestety wada podwójna, gdyż bez okularów w ogóle nie widzę liter - a nie mogąc przeczytać tekstu, wpadam w panikę. Wygląda na to, że rzeczywistość zarówno dla mnie, jak i wielu czytających, jest rzeczywistością tekstową. Kiedy nie da się czegoś przeczytać - to po prostu nie istnieje.

Co gorsza, panika pojawia się także wtedy, gdy jestem w pomieszczeniu, w którym nie ma książek. Powoduje ona różne męczące objawy, ale dosyć łatwo je wyeliminować. Wystarczy pójść do księgarni i kupić jakiś tom. Sam dotyk już jest terapią, a przeczytanie przywraca zdrowie. Wiem, że ludzi podobnie odczuwających jest wielu i dlatego traktują oni księgarnie jak inni aptekę. Jedni mają szafki pełne lekarstw z przekroczoną datą ważności, inni - półki pełne książek, które nigdy ważności nie stracą. Póki oczywiście pracuje pamięć i wyobraźnia.

Ten felieton ma charakter okolicznościowy, gdyż chcę go z miłością dedykować organizatorom Międzynarodowych Targów Książki w Warszawie. Z miłością, ale i z poczuciem narastającego dystansu. Jeszcze kilkanaście lat, a nawet kilka lat temu czekałem na nie z niecierpliwością, wręcz z emocjonalnym upojeniem. Dawały energię na kilka miesięcy, a umawianie się z wydawcami i zaprzyjaźnionymi ludźmi rynku książki nie było obowiązkiem, a przyjemnością.

Kilka lat temu jednak zauważyłem, że do warszawskich Targów zaczynam podchodzić zaskakująco spokojnie, a nawet obojętnie. Czy przyczyna tkwi we mnie, czy w zmieniającym się charakterze targów? Być może i tu, i tu. Wspaniale zaopatrzone księgarnie tradycyjne, doskonale działające księgarnie internetowe, internetowa sprzedaż prowadzona przez wydawnictwa - wszystko to sprawiło, że targi przestały być miejscem, w którym mogę kupić książki gdzie indziej niedostępne. A komfort kupowania jest tu nieporównanie gorszy.

Doskonale znam promocyjną rolę targów na rynku książki, sam o tym wykładam. Nadchodzące Międzynarodowe Targi Książki nie wywołują we mnie jednak najmniejszych emocji. Nie przekładam z ich powodów zajęć, nie umawiam się z wydawcami, a nawet nie czytam zbyt dokładnie zaproszeń na promocje, uroczystości i bankiety. W zeszłym roku bez większego żalu zrezygnowałem z udziału w jesiennych targach w Krakowie. Po raz pierwszy w ich historii.

Powodem nie jest chyba tylko narastające starcze zmęczenie życiem (dzisiaj zwłaszcza politycznym). Targi przeszły po prostu ze sfery sacrum do sfery profanum. Odczuwam to wyjątkowo dotkliwie, tęsknię za niegdysiejszymi pięknymi odczuciami. I jestem niestety prawie pewien, że nigdy one nie wrócą. A bardzo tego chciałbym. Co się zatem stało?

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]