Coś mnie wierci

Wjeżdżałem w strefę pustkowia.
Czyta się kilka minut

Mimo lipca pogoda była ponura. Wszystko było nie tak. Droga dziurawa jak nieszczęście, autobus trzymał się na drut. Nawet słupy energetyczne były powyginane każdy w swoją stronę. Ołowiane powietrze i hałdy, które ciągnęły się po horyzont.

Górniczy Ural. Wszystko tu było dotknięte ręką „zeka”. Latami trzymali tu politycznych i kryminalnych. Winnych i niewinnych. I wykorzystywali jak niewolników. Na tym polega przecież łagier.

Ludzie wpadali tu jak do czarnej dziury. Nieważne, jaki masz wyrok, i tak nie ma stąd ucieczki. Skończysz? I tak zostaniesz, bo nie ma dokąd pójść. Uda ci się, przejdziesz do legendy, w którą mało kto uwierzy. Ci najgorsi, a może najsłabsi, ci, którzy bali się samotności, konieczności wyborów, czym skutkowała wolność, będą popełniali kolejne przestępstwa. Będą chcieli czym prędzej wrócić do łagru – jedynego świata, w którym potrafili funkcjonować. Do domu. W tym sensie prawie każdy skazany był tu na dożywocie.

Ostatnio odgrzebałem stary tekst Witalija Jeriomina „Wyrąb”, opublikowany w 1998 r. w piśmie „Ogoniok”. Opisuje tam łagier w Komi i rozmowę z „zekiem”:

„– Rozumiem, że nie żal ci tych, których okradałeś. Czy jednak nie żal ci samego siebie?

– Żal – padła nieoczekiwana odpowiedź.

– Dlaczego więc znowu tu trafiłeś?

– Dlatego że kiedy stąd wychodzimy, jesteśmy jak złe zwierzęta. Tutaj robią z nas takich”.

Kto robi?

Dziwne, ale zaraz przyszedł mi na myśl strażnik więzienny, którego poznałem wówczas na Uralu. To był ogromny chłop, o wielkich łapach i z twardą jak skała głową. Założę się, że tamtego dnia łoił wódkę od rana.

Jeśliby nie, to nigdy nie byłbym w stanie upić go na tyle, by zaczął mówić o swojej pracy:

– Zeeekii, kochane zeeekii! Wszystko robią zeeekii. Mieszkanie malują zeeekii, samochód naprawiają zeeeki. I zrobią, co tylko zechcę. Ja mogę kazać. Wszystko! Jestem ich panem – mamrotał, trzymając się stolika w podłej knajpie.

Zastanawiałem się, czy czasem wraca niedopity do łagru? Jaki wtedy jest dla swoich „kochanych zeków”? Potrafi zamalować w pysk? Kopnąć? Czy materiał ludzki jest zbyt cenny? Pobity niewolnik jest pewnie gorszy przy malowaniu niż ten zupełnie zdrowy.

Niedawno wróciłem z więzienia, w którym rozmawiałem z podwójnym mordercą (zob. „TP” nr 48/13). Nie miałem specjalnych wątpliwości. Nie chcę, żeby tacy jak on chodzili po ulicach. Gwałcili, mordowali, rabowali. Boję się takich. Więc ustawa Marka Biernackiego, która umożliwi wsadzenie „zwyroli” do psychiatryka, wydaje mi się słuszna.

A jednak wierci mnie coś ciągle w środku.

A od kiedy przypomniałem sobie stary tekst Jeriomina, to wierci mnie jeszcze bardziej.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 50/2013