Reklama

Ładowanie...

Co z tą tolerancją

Co z tą tolerancją

w cyklu WOŚ SIĘ JEŻY
15.04.2021
Czyta się kilka minut
Kiedyś wydawała się czymś naturalnym. Jak powietrze, którym oddychamy. Gdzie się nam ta ważna cnota życia społecznego zagubiła?
Rafał Woś / FOT. GRAŻYNA MAKARA
D

Dwa lata temu napisałem w „Tygodniku” tekst pod tytułem „Trzeba ożywić tolerancję. Tylko jak?”. Próbowałem w nim pokazać, że na naszych oczach umiera pewna bardzo ważna cnota życia we wspólnocie. Czyli właśnie gotowość do pogodzenia się, a może nawet dostrzeżenia wartości w tym, że w naszym bezpośrednim otoczeniu istnieją ludzie, którzy widzą wiele spraw zupełnie inaczej niż my. Mało tego, oni nie tylko istnieją, ale też wcale tego innego widzenia świata nie ukrywają. Przeciwnie – są z niego dumni. A nawet (o zgrozo!) próbują nas do tej swojej, odmiennej, perspektywy przekonać. 

W rzeczonym tekście argumentowałem, że z tak rozumianą tolerancją jest u nas coraz gorzej. W dyskusji, zwłaszcza w mediach społecznościowych, „nie zgadzam się z tobą” natychmiast zamienia się w „jesteś głupi”. Każdy, kto myśli inaczej niż my, z samej definicji musi być „ograniczony”. No bo przecież gdyby był „mądry”, to by myślał tak jak my. Logiczne, prawda? A przecież i to w najlepszym ledwie razie. Bo wedle tych gorszych (gorszych rzecz jasna dla adwersarza) interpretacji jego inność jest zapewne wynikiem tajnego paktu z naszymi najgorszymi wrogami. Inny staje się w tym toku myślenia jakby koniem trojańskim. Wprowadzonym w nasze mury po to, by zdobyć nasze miasto, skalać świętości i zniewolić nas do reszty. 

Minęły dwa lata i nie mogę się pozbyć wrażenia pewnej naiwności. A może nawet bezsilności. Poczucie naiwność i bezsilność wypływają wprost z obserwacji trendu – bo z tolerancją jest u nas coraz gorzej. Słowa już nie wystarczają. I nie chodzi o to, żeby powtórzyć to samo tylko głośniej. A wtedy ludzie pretendujący do bycia tolerancyjnymi złapią się za głowę i zakrzykną: „Co my wyrabiamy, co się z nami porobiło?! Sami zaprzeczamy temu, czego się wobec reszty świata domagamy”. Tak niestety nie będzie. To się niestety nie wydarzy. 


Polecamy: WOŚ SIĘ JEŻY – autorska rubryka Rafała Wosia co czwartek w serwisie "Tygodnika Powszechnego"


Dopiero niedawno trafiłem na trop, który wyjaśnił mi, dlaczego z tolerancją jest w praktyce tak bardzo trudno. Znalazłem go w książce rosyjsko-amerykańskiego historyka Jurija Slezkine „Dom władzy”. To trzytomowe dzieło wyszło po polsku w roku 2019. Z pozoru jest to opowieść o kompleksie kilku modernistycznych kamienic wzniesionych w latach 20. XX wieku po drugiej stronie rzeki Moskwy, patrząc oczywiście od Kremla. Takie usytuowanie nie było przypadkowe. W tym domu – zwanym Domem Władzy – zamieszkał drugi garnitur najważniejszych działaczy bolszewickiej Rosji. Trafiali tam również ci wszyscy, którzy na różnych etapach przegrywali walkę o władzę w Partii i w państwie. Ich wygnanie z Kremla do Domu Władzy nie trwało zwykle długo. To stamtąd zabierano ich dalej – na wygnanie, a nierzadko i na rozstrzelanie. 

Poprzez losy mieszkańców tego domu Slezkine pokazuje jednak coś bardziej uniwersalnego niż tylko frakcyjne walki wewnątrz bolszewickiego establishmentu. Historyk dowodzi, że to pozbywanie się inaczej myślących (z partii, z państwa, ze środowiska) jest starym i uniwersalnym mechanizmem obronnym. Z którym to mechanizmem koncepcje takie jak wspomniana tolerancja są po prostu niemożliwe do pogodzenia.

Slezkine przekonuje (i to jest chyba najcenniejsza lekcja z tej monumentalnej opowieści), że w historii tolerancja kwitła tylko w jednym przypadku. Mianowicie wtedy, gdy władza hegemona była niepodzielna i nie podlegała dyskusji. Inność nie stanowiła więc realnego zagrożenia. Ani nawet zagrożenia w świadomości panującego hegemona. Wtedy to – jakby wielkopańskim gestem – hegemon zgadzał się na szacunek wobec innych: w kwestii religii, poglądów albo stylu życia. I przeciwnie. Gdy inność rosła w siłę i istniało realne zagrożenie, że będzie czymś więcej niż tylko ciekawostką. Albo kiedy hegemon nie czuł się już wystarczająco wszechmocny. Właśnie wtedy tolerancja szła w odstawkę. 

Przykłady? Możemy oczywiście uciekać w historię – polska katolicka szlachta tak wszechmocna, że godzi się na tolerancję wobec innowierców. Ale złapmy byka za rogi. Slezkine daje przykład liberalnej demokracji. I jest to bardzo dobry przykład. Bo żywy i pokazujący, że problem z tolerancją nie musi dotyczyć jakiejś zamierzchłej przeszłości. Otóż dopóki liberalna demokracja czuła się bezalternatywna (od upadku mniej więcej schyłku komunizmu do mniej więcej naszych czasów), dotąd lubiła wysoko wymachiwać sztandarem tolerancji. Gdy jednak na horyzoncie pojawił się wybór w postaci tzw. prawicowych populizmów oraz ruchów anty-establishmentowych, tolerancja poszła w odstawkę. Jako niedzisiejsza. A może nawet groźna. 

Dlatego to, na co patrzymy, to moment, gdy tolerancja umiera. A do tego, by uwierzyć w powstanie z martwych, trzeba być albo szaleńcem, albo chrześcijaninem. 

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]