Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Cierpienie nas dopadnie

Cierpienie nas dopadnie

16.04.2018
Czyta się kilka minut
MARTÍN CAPARRÓS: Problemy mieszkańców innych krajów są naszymi problemami. Nie ma mojej czy twojej biedy. Jest doświadczenie krzywdy, które nas ze sobą łączy.
ULF ANDERSEN / GETTY IMAGES
G

GRZEGORZ JANKOWICZ: We wstępie do „Głodu” piszesz, że książka okazała się porażką. Dlaczego?

MARTÍN CAPARRÓS: Czy to nie jest oczywiste?

W przypadku opowieści o tak ważnych tematach społecznych nic nie jest oczywiste.

Według mnie każda książka jest porażką. Gdy to, co napisane, porównujemy z tym, co zamierzaliśmy zrobić, nieuchronnie pojawia się dojmujace uczucie zawodu. Przystępując do pracy, czuję oszałamiającą ekscytację, której źródłem jest nieskończona potencjalność każdego z moich konceptów. Potem muszę te pomysły wtłoczyć w określone ramy reporterskiej narracji. Odrzucam lub po prostu przypadkiem gubię całe mnóstwo wspaniałych rzeczy: postaci, miejsc i tematów.

Jednak w przypadku tej konkretnej książki pisarskie fiasko ma jeszcze inną przyczynę. Zajmując się jedną z największych cywilizacyjnych klęsk – a głód ze wszech miar zasługuje na to miano – nie można marzyć o sukcesie. Byłoby to świadectwem próżności.

Czy nie jest jednak tak, że Twoja ­wierność przegranej zmniejsza szanse na pozytywną zmianę?

Motto do mojego reportażu wziąłem z „Hej na dno” Samuela Becketta: „Spróbować jeszcze raz. Chybić jeszcze raz. Chybić lepiej”. Jeśli za każdym razem chybiamy lepiej, to znaczy, że nasz wysiłek przynosi jednak jakiś pożytek. Wierność przegranej uwrażliwia nas na krzywdę, której doświadczają inni, pozwala nam tę krzywdę dostrzec, zrozumieć, uznać za niesprawiedliwą. Tylko w ten sposób możemy wywołać pozytywną zmianę.

Współczesny świat domaga się jednak sukcesu.

Jest to jeden z symptomów choroby, która nas toczy. Mam zupełnie inne podejście: dużo chętniej angażuję się w rozmaite projekty, gdy wiem, że wcześniej nie udało się ich zrealizować. Odczuwam wówczas przemożną potrzebę działania, pragnę pomóc w rozwiązaniu problemu. Według mnie ideologia sukcesu nas paraliżuje. Mówiąc wprost: sukces mnie nie interesuje.

Czy reportaż może zmienić świat, w którym żyjemy?

Jedynie kilka tekstów spowodowało taką zmianę i zazwyczaj nie były to reportaże. Wystarczy jednak, że materiał dziennikarski wywoła w odbiorcach dyskomfort. Jeśli po jego lekturze ludzie nie będą mogli spokojnie zasnąć, jeśli przebudzi się ich sumienie i zwrócą uwagę na zjawisko, które wcześniej ignorowali, zadanie zostanie wykonane.

To według Ciebie najważniejszy cel pisania?

Powinienem zapewne odpowiedzieć twierdząco, ale są też inne cele, bardziej samolubne. Pisanie sprawia mi ogromną frajdę. Siadając przed komputerem, nigdy nie mówię sobie: teraz napiszę kawałek, który wywoła w czytelnikach dyskomfort. Myślę za to z pasją o moich bohaterach, zastanawiam się, w jaki sposób ich opisać, jak ułożyć ich historię. Niezbywalną częścią mojej pracy jest przyjemność, którą czerpię z samego aktu pisania. Bez tego nie byłbym w stanie niczego stworzyć.

W obu wydanych po polsku książkach sugerujesz, że problemy współczesnego świata nie istnieją poza ludźmi, którzy ich doświadczają. To ułatwia sprawę reporterowi – wyrazisty bohater jest na wyciągnięcie ręki. Jak jednak pisać o problemach systemowych?

Cóż, to jedno z najważniejszych pytań. Pisząc o problemach, zawsze staram się unikać abstrakcji i generalizacji, dlatego zajmuję się konkretnymi przypadkami, opisuję ludzi z krwi i kości, przybliżam czytelnikom historię osób, które naprawdę spotkałem, których historii wysłuchałem. Mam jednak świadomość ograniczeń, jakie posiada ta metoda. Łatwo wpaść w pułapkę reporterskiej pornografii. Dając zbliżenie na jakąś postać, w pewien sposób ją obnażamy. Odbiorcy przez chwilę się tym pasjonują, po czym biorą do ręki kolejną książkę. Historię jednego człowieka zastępują historią drugiego, ale tylko po to, by po kilku dniach o wszystkim zapomnieć. Żeby uniknąć takiej sytuacji, staram się łączyć opowieści o postaciach i ich doświadczeniach z opowieściami o systemowych przyczynach cierpienia. Tylko w ten sposób – za pomocą narracyjnej mieszanki – możemy ogarnąć całość, zrozumieć sytuację pokrzywdzonych i na nią zareagować. Uważam, że naszą pamięć jest w stanie pobudzić wyłącznie zrozumienie jakiegoś problemu czy zjawiska. Pamiętamy jedynie to, co udało nam się zrozumieć. I odwrotnie: zapominamy o zdarzeniach, które pozostają dla nas nieprzeniknione.

Uczniowie szkoły średniej, z którymi jakiś czas temu omawiałem Twoją książkę o głodzie w ramach jednej z Tygodnikowych lekcji czytania, pytali mnie, dlaczego mają zajmować się sytuacją innych, skoro ich własne życie pełne jest problemów. Co byś im odpowiedział?

Przede wszystkim wytłumaczyłbym im, że w zglobalizowanym świecie nie ma żadnych innych. Problemy mieszkańców Afryki są naszymi problemami. Różnice mogą dotyczyć skali danego zjawiska, czasem również przyczyn, a co za tym idzie potrzebnych środków zaradczych, ale na pewnym poziomie wszyscy mieszkańcy dzisiejszego świata tworzą wspólnotę cierpiących. Nie ma mojej czy twojej biedy. Jest doświadczenie krzywdy, które nas ze sobą łączy. Nie tylko na poziomie emocjonalnym, ale też na poziomie codziennego doświadczenia. Nie uciekniemy przed tym, nawet jeśli wzniesiemy wobec siebie najgrubsze i najwyższe mury. Cierpienie bez trudu się przez nie przeciśnie i nas dopadnie.

Czy można kiedykolwiek porzucić takie tematy, jak głód czy migracje? Książka jest gotowa, krąży między ludźmi, ale problem pozostaje. Jak sobie z tym radzisz?

Nawet nie próbuję. Napisałem swoje książki m.in. po to, by cały czas rozmawiać z innymi. Rozmowa jest wymianą informacji, więc każde spotkanie inspiruje mnie do dalszych poszukiwań. Nie sądzę, bym dożył dnia, w którym ogarnie mnie poczucie, że praca dobiegła końca. Poza tym wciąż mnie te zagadnienia interesują. Konfrontując się z nowymi sytuacjami, uświadamiam sobie, co można było opisać inaczej, na co powinienem zwrócić uwagę. Książka jest skończona, temat jednak żyje i wciska się do moich kolejnych tekstów.

A czy interesujesz się losami bohaterek i bohaterów swoich reportaży?

Często próbuję się dowiedzieć, co się z nimi dzieje, ale nie zawsze jest to możliwe. Poznaję tych ludzi przez pośredników, np. przez lekarzy, którzy w danym miejscu im pomagają. Gdy moi bohaterowie opuszczają szpital, bardzo trudno nawiązać z nimi kontakt. Znikają. Trudno jednak o nich nie myśleć. Nie jest tak, że ich widma nawiedzają mnie w snach, ale nie można zapomnieć ludzi, których los próbowało się zrozumieć i opisać.

Nie kusi Cię czasem, by opowiedzieć o tych ludziach za pomocą fikcji?

Niedawno wydałem niewielką książkę z fotografiami, które zrobiłem podczas moich podróży. Jedno ze zdjęć – wykonane w Sri Lance – przedstawia dziwną scenę. Pojechałem tam, by napisać materiał o pedofilach. Potwornie mnie to przytłoczyło. Czułem mieszankę odrazy i złości. Po tygodniu postanowiłem wybrać się na chwilę w góry, żeby złapać oddech. Podróżowałem samochodem. Podczas jednego z postojów spostrzegłem w oddali mężczyznę, który w pozycji poziomej ­lewitował nad ziemią. Zrobiłem zdjęcie i pojechałem dalej. Było to przed wynalezieniem aparatów cyfrowych, więc nie mogłem powiększyć fotki na wyświetlaczu, by sprawdzić, co tam się tak naprawdę wydarzyło. Gdy kilka tygodni później wywołałem fotografię, uświadomiłem sobie, że był to ofiarnik zwisający na haczykach wbitych w skórę jego pleców i nóg. Napisałem o nim tekst, który w całości jest dziełem fantazji. Nosi tytuł „Niewiedza”. Wyobraziłem go sobie jako kogoś, kto chciałby się uwolnić od siebie, by stać się kimś innym. Kim chciałby zostać ofiarnik ze Sri Lanki? O tym opowiada mój kawałek.

Przyjeżdżasz do jakiegoś miejsca, przez pośredników docierasz do bohatera swojego reportażu. Okazuje się, że ten człowiek potrzebuje ­natychmiastowej pomocy. Zdarza Ci się bezpośrednio interweniować w takich sytuacjach?

Czasem. Ale nie chcę, żeby mieli wrażenie, że „kupuję” od nich historie. Ty mi daj opowieść o swoim życiu, ja ci dam pieniądze.

Zdarza mi się jednak reagować od razu. Spójrz na to zdjęcie: przedstawia Afrykankę, która przez lata cierpiała z powodu przetoki, co zmieniło jej życie w koszmar. Została odtrącona przez swoją społeczność. Żyła na marginesie, w samotności. Żeby jej pomóc, wystarczyłby prosty zabieg, ale nie miała dostępu do służby medycznej. Na szczęście organizacja pomocowa, która pojawiła się w tamtej okolicy, sfinansowała operację (kosztowała jakieś pięćdziesiąt euro). Spotkałem ją już po wszystkim.

W jej chatce znajdował się tylko jeden przedmiot: drewniana tabliczka, na której wyryte były wersety Koranu. W krajach, w których brakuje papieru, ludzie wciąż jeszcze używają takich tablic, by utrwalać na nich sury. Uczą się ich na pamięć, a następnie ścierają ryty i rzeźbią kolejną część. Pod koniec rozmowy zapytała mnie przez tłumacza, dlaczego tak się przyglądam tej tabliczce. Powiedziałem, że bardzo mi się podoba; myślałem, że w ten sposób sprawię jej przyjemność. Chcę, żebyś ją ze sobą zabrał – odparła bez zastanowienia. Nie mogę tego zrobić – broniłem się. Tłumacz wyjaśnił mi jednak, że moja odmowa będzie dla niej obrazą. Wpadłem na pewien pomysł. Wiedziałem, że brakuje jej samca dla dwóch młodych kóz (reszta stada zdechła z głodu). Zaoferowałem, że w podzięce kupię jej kozła i zostawię jej pieniądze na karmę. Poprosiłem, by na pamiątkę tego zdarzenia nazwała go Martin.

Kilka dni później wylądowałem w Paryżu i poszedłem na śniadanie do mojego kuzyna. Po drodze kupiłem kilka croissantów. Na miejscu opowiedziałem jemu i jego żonie całą historię. Gdy zapytali mnie, ile kosztował kozioł, uświadomiłem sobie, że kwota ta była niższa niż cena croi­ssantów. Kilka euro – dokładnie tyle było trzeba, by zmienić życie tej kobiety.

W jaki sposób pobudzić wyobraźnię zamożnych mieszkańców Zachodu, by zdali sobie z tego sprawę?

Opowiadając historie i pokazując im ich świat w maksymalnym przybliżeniu. Napisałem wczoraj artykuł na temat niewyobrażalnej liczby rzeczy, które znajdują się w naszych mieszkaniach. Punktem odniesienia dla tych rozważań uczyniłem szałas stojący w amazońskiej dżungli, w którym się kiedyś zatrzymałem. Znajdowało się tam raptem kilkanaście rzeczy; to był cały dobytek jego właścicielki. W internecie znalazłem informację, że w przeciętnym amerykańskim domu znajduje się trzysta tysięcy obiektów. Trzysta tysięcy! Żyjemy w świecie, w którym brak sąsiaduje z nadmiarem. Byłoby dobrze, gdybyśmy wreszcie pojęli rozmiary tej nierówności.

W „Głodzie” piszesz o rewolucji francuskiej, że wybuchła w gruncie rzeczy z błahego powodu: robotnikom wzbroniono chleba. Czy wyobrażasz sobie coś podobnego w bliższej lub dalszej przyszłości: rewolucję uciśnionych?

Przez wieki głód był największym źródłem społecznych niepokojów. Różnica polega na tym, że dziś głód spychany jest w miejsca, które nie rzucają się w oczy. Nie oznacza to, że w społeczeństwach zachodnich ludzie nie głodują. Powtórzę: ten problem dotyczy nas wszystkich. Ale Zachód jest niezwykle sprawny w wytwarzaniu rozmaitych zasłon uniemożliwiających bezpośredni kontakt ze starymi i nowymi formami cierpienia. Udajemy, że ich tu nie ma. Ale wraz z migrantami powraca to, co wyparte. Ci ludzie opuszczają swoje domostwa, gdyż nie mogą już w nich mieszkać. Uciekają przed wojną, czyli przed przemocą, czyli także przed głodem. Niektórym wydaje się, że jeśli zatrzymamy tę migracyjną falę na granicy, problem zostanie zażegnany. Wirus nie przedostanie się do naszego społecznego krwiobiegu. Ale nasze społeczeństwa sukcesywnie się starzeją. Za kilkadziesiąt lat odsetek pracujących będzie rekordowo niski. Kto nas wtedy będzie utrzymywał? Zamykamy drzwi przed potrzebującymi, na dodatek skazując samych siebie na zatratę.

Jeden z moich znajomych, który prowadzi w Polsce międzynarodową firmę, opowiadał mi, że zatrudnieni przez niego pracownicy z Niemiec czy z Anglii doceniają atmosferę, która panuje w naszym kraju: na ulicach są wyłącznie biali. Wreszcie czują, że są u siebie…

Każdy z nas odczuwa taką potrzebę: być u siebie, między swoimi. Ale dla naszych ojców i matek to bycie u siebie znaczyło coś zupełnie innego niż dla nas. Współczesny świat zmusza nas do większej elastyczności. Możemy oczywiście wykonać gest reakcyjny: zamknąć drzwi i okna, odwrócić się plecami, skoncentrować się na sobie i swoich bliskich. Jednak to nie zatrzyma globalnych procesów. Przecież ci biali Anglicy czy Niemcy, o których opowiadał twój znajomy, również są migrantami. Co więcej, oni też uciekają, tyle że nie przed wojną czy głodem, lecz przed innymi ludźmi, którzy pewnego dnia zapukali do ich drzwi i wyciągnęli rękę o pomoc. ©℗

MARTÍN CAPARRÓS (ur. 1957) jest argentyńskim reporterem, powieściopisarzem i tłumaczem (przekładał m.in. Woltera i Szekspira). Pracował w radiu, telewizji i prasie. Jest autorem ponad dwudziestu reportaży tłumaczonych na wiele języków. Po polsku ukazały się następujące jego książki: powieść sensacyjno-przygodowa „Tajemnica markiza de Valfierno”, nominowana do Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego kronika bezdomności, ubóstwa i biedy „Głód” (2016) oraz reportaż „Księżyc. Od nowiu do nowiu” (2018), opisujący problem migracji, wykluczenia i wojen, zlecony autorowi przez Organizację Narodów Zjednoczonych.

Podczas wizyty w Krakowie Martín Caparrós opowie o problemach, które łączą ze sobą ludzi żyjących w różnych miejscach współczesnego świata. Wspólnie z nim będziemy się zastanawiać, w jaki sposób mówić i pisać o takich zjawiskach jak głód, ubóstwo, wykluczenie i migracja, by ci, którzy nie doświadczyli ich na własnej skórze, potrafili je zrozumieć i podjęli działania pomocowe.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Urodzony w 1978 roku. Filozof literatury, eseista, redaktor, krytyk i tłumacz. Dyrektor programowy Festiwalu Conrada. Redaktor działu kultury „Tygodnika Powszechnego”. Dyrektor programów...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]