Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Bezdomni między Wschodem a Zachodem

Bezdomni między Wschodem a Zachodem

25.01.2011
Czyta się kilka minut
Zamach na koptyjski kościół w Egipcie w noworoczną noc pokazał na nowo, jak zagrożone są mniejszości chrześcijańskie w krajach islamskich. Ale terror i przemoc to nie jedyne czynniki, jakie leżą u podłoża exodusu orientalnych chrześcijan. Czy da się jeszcze powstrzymać zagładę świata chrześcijańskiego w krajach Orientu?
N

Nieście Orient w waszych sercach. To stąd, z Orientu, na nowo wypłynęła światłość, której blaskiem i świadectwem wy jesteście, w świecie wystawionym dziś na pokusy materializmu, zmysłowości i wątpliwego poklasku. Jeśli o was chodzi, zachowajcie wasza orientalną prawdę, waszą tożsamość, nie dozwólcie, aby w dzisiejszym Oriencie fałszowane były wasza wola, waszą wolność i wasza wiara". Takie przesłanie miała otrzymać - jak twierdzi, osobiście od Chrystusa - Myrna Nazzur, mieszkanka Damaszku; miało się to wydarzyć w Wielką Sobotę roku 2004. Była to ostatnia z 35 nauk, które Myrna Nazzur miała usłyszeć podczas swych objawień w ciągu minionych lat, począwszy od roku 1982. Podczas wizji i momentów religijnej ekstazy mieli jej się objawiać Chrystus i Matka Boża. Myrna Nazzur rozgłaszała usłyszane w ten sposób nauki podczas swych podróży po Bliskim Wschodzie, Europie, Ameryce i Australii.

Zagrożenie bardziej złożone

Celem tak sformułowanego potwierdzenia tożsamości orientalno-chrześcijańskiej - tu przypisywanego samej najwyższej instancji - jest, jak można domniemywać, dodanie odwagi i nadziei chrześcijanom z krajów Bliskiego i Środkowego Wschodu w chwili kryzysu i zagrożenia. Inaczej niż na Zachodzie - gdzie zagrożenie orientalnego chrześcijaństwa redukowane jest najczęściej do przemocy i prześladowań ze strony muzułmańskich ekstremistów i fanatyków, a więc do sfery bezpieczeństwa - sami chrześcijanie z krajów Orientu odbierają to zagrożenie jako problem znacznie bardziej złożony. Co więcej, jako problem, którego pokonanie jedynie częściowo zależy od nich samych, będących tu mniejszością w podwójnym znaczeniu: po pierwsze, jako mniejszość chrześcijańska w społeczeństwie silnie kształtowanym przez islam; po drugie, jako orientalna mniejszość w chrześcijaństwie, którego oblicze kształtowane jest dziś przez kulturę zachodnią.

Jest rzeczą charakterystyczną, że owa "orientalna tożsamość" zagrożona jest dziś - wedle objawień Myrny Nazzur - przez materializm, seks i indywidualizm, czyli przez archetypiczne "pokusy" Zachodu. Do głosu dochodzi tu tendencja głęboko konserwatywna i zarazem antyzachodnia, która tożsamość orientalną - obojętne, w islamie czy chrześcijaństwie - postrzega jako identyczną z tradycyjną pobożnością i tradycyjną moralnością. Ale owa zachodnia pokusa dostrzegana jest nie tylko w erozji tradycyjnych wartości; to jej przypisuje się często winę także za dwie najważniejsze przyczyny stopniowego znikania chrześcijan z krajów Bliskiego i Środkowego Wschodu. Mowa o spadającej liczbie urodzeń i emigracji na tle ekonomicznym, w poszukiwaniu lepszej egzystencji.

Zagrożenie podstawowe: niestabilność

Oba zjawiska dotykają nie tylko chrześcijan, gdyż także w muzułmańskich rodzinach spada ostatnio liczba dzieci i również muzułmanie opuszczają w wielkiej liczbie swoją ziemię rodzinną w poszukiwaniu pracy albo wolności - czego w ostatnich latach doświadcza zwłaszcza Europa. Trzeba przy tym nadmienić, że spadek liczby urodzeń i emigracja zaczęły się wśród chrześcijan - szczególnie w krajach Lewantu - już wcześniej. A dziś stanowią - z racji i tak niewielkiej liczby chrześcijan w tych krajach - wręcz egzystencjalne zagrożenie dla dalszego istnienia tamtejszych wspólnot chrześcijańskich.

Wydaje się, że na to demograficzne zagrożenie nie ma panaceum. A przynajmniej nie będzie go dopóty, dopóki społeczeństwa krajów bliskowschodnich będą trapione przez takie plagi jak wszechobecna korupcja, masowe bezrobocie i powszechna bieda.

Taka sama pesymistyczna konstatacja odnosi się zresztą do przypadków, gdy orientalni chrześcijanie opuszczają rodzinne strony, uciekając przed terroryzmem i przemocą. Zauważmy przy tym, że np. w Iraku przemoc uderza we wszystkie wspólnoty religijne, że w ostatnich latach kraj ten opuszczali masowo - obok chrześcijan - także członkowie innych mniejszości religijnych, jak również muzułmanie, szyici oraz sunnici. I tak, po ucieczce około 50 tys. mandejczyków, ta wspólnota religijna praktycznie już w Iraku nie istnieje; została wymazana z mapy religijnej tego kraju (mandeizm to monoteistyczna religia, oparta na wierzeniach egipskich, żydowskich, chrześcijańskich, gnostyckich i perskich - red). Z kolei exodus około pół miliona irackich chrześcijan sprawił, że ich liczba w Iraku spadła o połowę.

W odróżnieniu od czystek etnicznych, które miały miejsce np. w Anatolii podczas I wojny światowej i uderzyły wówczas w chrześcijan wyznania ormiańskiego i asyryjskiego, na dzisiejszym Bliskim Wschodzie przemoc wobec mniejszości religijnych nie jest efektem celowej polityki tego czy innego reżimu, lecz konsekwencją upadku państwa oraz, w ślad za tym, bezpieczeństwa publicznego. Dlatego obok rozwoju gospodarczego to polityczna stabilność wydaje się najważniejszym warunkiem przetrwania mniejszości religijnych.

Autorytarne reżimy, opierające się - jak kiedyś w Iraku albo dziś w Syrii - na rozbudowanych aparatach bezpieczeństwa, okazywały się z reguły skuteczną ochroną dla mniejszości religijnych. Wynika to z ideologicznego fundamentu tych reżimów: arabskiego nacjonalizmu, który zagrożenie identyfikuje nie w różnicach religijnych, lecz etnicznych. Dobrze widać to na przykładzie represji wobec Kurdów w Iraku za rządów Saddama Husajna albo represji, których w Syrii doświadczają tamtejsze mniejszości etniczne. Swoisty sojusz chrześcijańsko-muzułmański pod sztandarem arabskiego nacjonalizmu jest zresztą w dużej mierze zasługą chrześcijańskich intelektualistów, którzy w XIX wieku byli siłą napędową arabskiego renesansu na płaszczyźnie kulturalnej, zaś w wieku XX na płaszczyźnie politycznej.

W Palestynie sojusz ten był dodatkowo wzmacniany przez syjonistyczne aspiracje wobec Ziemi Świętej, co zagrażało zarówno chrześcijanom, jak też muzułmanom. Jednak wygnanie i ucieczka podczas wojen w roku 1948 i 1967, jak również ponad 40-letnia izraelska okupacja Wschodniej Jerozolimy, Transjordanii i Gazy wykrwawiły wspólnoty chrześcijańskie w znacznie większym stopniu niż muzułmańską część ludności. O ile udział chrześcijan liczony łącznie wśród Palestyńczyków żyjących w Izraelu, na terenach okupowanych oraz w diasporze szacuje się na 10 proc., o tyle wśród ludności historycznej Palestyny chrześcijanie stanowią dziś zaledwie 3 proc. ludności.

W cieniu islamizmu

W ostatnich trzydziestu latach XX wieku arabski nacjonalizm był coraz silniej wypłukiwany przez islamizm, który postuluje, aby to religia była główną siłą definiującą - w społeczeństwie i w polityce. Gdyby wierzyć na słowo jego politycznym i duchowym przywódcom, islamizm nie stanowi żadnego zagrożenia dla chrześcijan, gdyż państwo islamskie - podobnie jak każdy muzułmanin z osobna - zobowiązane jest do poszanowania koranicznego nakazu, aby chronić "ludy księgi", czyli wyznawców innych religii monoteistycznych. Patrząc z perspektywy ponad tysiąca lat, podczas których orientalni chrześcijanie żyli pod zwierzchnictwem państw islamskich - żyli i przeżyli, aż do dziś - zapewnienia takie mogą wydać się niektórym atrakcyjne. Na czym polega więc tu haczyk? Otóż na tym, że chrześcijańskim podopiecznym państwa islamskiego wolno wprawdzie zachować autonomię kulturalną i po części także prawną, jednak są oni wykluczeni z udziału we władzy politycznej.

Niedawny zamach bombowy na kościół chrześcijan koptyjskich w Aleksandrii pokazuje również, iż koraniczne przykazanie ochrony chrześcijan nie strzeże ich przed terrorem islamistów, którzy w przemocy wobec ludzi innej wiary widzą skuteczne narzędzie propagandowe. Obojętność, z którą szerokie rzesze egipskiego społeczeństwa odnoszą się do ataków na Koptów, jest zresztą dobrym dowodem, jak dalece pojęcie narodowej tożsamości stało się w Egipcie pustym hasłem. Ekstremiści ożywiają dawną podejrzliwość, jakoby lokalni chrześcijanie stanowili "piątą kolumnę" chrześcijańskiego Zachodu w krajach Orientu - i równocześnie podsycają lęk chrześcijan, że zostaną potraktowani jako "kozioł ofiarny", pociągany zastępczo do odpowiedzialności za różne polityczne akcje Zachodu.

Gdy więc jakiś zapaleniec z Ameryki rzuca Koran w ogień, albo gdy jakiś europejski karykaturzysta kpi sobie z proroka Mahometa, orientalni chrześcijanie stają się często pierwszymi, którym dane jest odczuć reakcje muzułmanów - choć jako ludzie pobożni nie aprobują takich prowokacji w równym stopniu jak ich muzułmańscy sąsiedzi.

Szukając na Zachodzie ochrony i wsparcia, chrześcijańskie wspólnoty oraz ich polityczni przedstawiciele często sami przyczyniali się do powstania podejrzeń, jakoby reprezentowali zachodnie interesy polityczne w świecie muzułmańskim. Tymczasem doświadczenia ostatnich dwóch stuleci były dla orientalnych chrześcijan gorzką nauczką: zachodnie mocarstwa często wykorzystywały ich instrumentalnie do realizowania własnych interesów, a gdy z kolei na chrześcijan nadchodził czas prześladowań, bez żadnych zahamowań porzucały ich na ołtarzu swojej polityki. Amerykańska inwazja w Iraku to ostatni z serii dowodów pokazujących, jak destabilizujące konsekwencje - a co za tym idzie, fatalne z punktu widzenia przetrwania chrześcijańskiej mniejszości - może mieć zachodnia ingerencja w regionie. Dlatego wielu chrześcijan z Bliskiego i Środkowego Wschodu traktuje dziś zachodnią politykę z dezaprobatą i obawą - i szuka ratunku oraz oparcia we własnej, lokalnej tożsamości chrześcijańskiej. Tak jak zaleca to Myrna Nazzur w swej mistycznej ekstazie.

Religijność ludowa: czynnik łączący

Podobnie jak ma to miejsce między Kościołami Zachodu i Wschodu, w ostatnim czasie również na obszarze bliskowschodnim zintensyfikowano wysiłki, aby przez dialog między religiami rozminowywać konflikty i nieporozumienia. Rozmowy takie prowadzone są jednak najczęściej wewnątrz elit, których świadomość nie ma większego wpływu na świadomość szerokich rzesz ludności w krajach muzułmańskich - nie mówiąc już o grupach skrajnych, ekstremistycznych. Poza tym warto odnotować pewną obserwację: nawet tam, gdzie chrześcijanie i muzułmanie mieszkają blisko, tuż obok siebie, ich wiedza o religii sąsiadów jest najczęściej zdumiewająco niewielka. Sposób, w jaki muzułmanie i chrześcijanie postrzegają się nawzajem, zdominowany jest przez uprzedzenia, przekazywane z pokolenia na pokolenie.

Z drugiej strony, akurat w religijności ludowej muzułmanów i chrześcijan z Bliskiego Wschodu widać elementy łączące, które próbuje się wykorzystać dla lepszych relacji między islamem a chrześcijaństwem. Przykładowo, chrześcijańskie święto Zwiastowania NMP uczyniono w Libanie oficjalnym dniem świątecznym - z uzasadnieniem, że Matka Jezusa jest czczona i przez chrześcijan, i przez muzułmanów. Inny przykład: niedawno podczas pewnej konferencji w Bejrucie o relacjach muzułmańsko-chrześcijańskich podkreślano fakt, iż są takie groby świętych, do których od niepamiętnych czasów pielgrzymują muzułmanie, chrześcijanie i wyznawcy judaizmu - z propozycją, aby w interesie współżycia między religiami ożywiać dziś takie zwyczaje.

Wojna plemion

Inna sprawa, że konflikty między muzułmanami a chrześcijanami najczęściej nie są motywowane religijnie. Często chodzi tu o zasoby gospodarcze, jak w przypadku konfliktów o ziemię czy wodę, albo też o honor, gdy np. na jaw wychodzą "niedopuszczalne" kontakty seksualne. Konflikty takie wybuchają co chwila właśnie w Egipcie, przy czym siły porządkowe okazują się często niezdolne do interwencji prewencyjnych i bezstronnych. W przypadku kłótni między pojedynczymi osobami albo rodzinami mieszkańcy dzielnicy bądź wsi solidaryzują się ze stronami sporu zgodnie ze swą przynależnością religijną. Przy tej okazji dochodzi do głosu atawistyczne myślenie plemienne, przenoszące odpowiedzialność za poczynania jednostki na całą zbiorowość.

Takie trybalistyczne wzorce zachowań - czyli dominacja podziałów klanowo-plemiennych w społeczeństwach, zdawałoby się, już narodowych - utrzymują się w krajach Orientu niezwykle uporczywie. Jak silnie przeciwstawiają się one wpływom nowoczesności, pokazuje choćby przykład Libanu - kraju uważanego zwykle za najważniejsze "wrota", przez które do państw Orientu docierają zachodnie idee i zachodni sposób życia. Politycznym fundamentem Libanu, tej "Szwajcarii Bliskiego Wschodu", pozostaje do dziś pakt narodowy, który w 1943 r. zawarły libańskie elity, działając w imieniu wspólnot religijnych. Poszczególne wyznania stały się tym samym podmiotami politycznymi - dziś jest ich 17, z tego 13 chrześcijańskich. Pakt ten podzielił władzę polityczną pomiędzy wyznania. Przesunięcia polityczne i demograficzne co rusz stawiały jednak tę federację pod znakiem zapytania, prowadząc do poważnych napięć, kryzysów i koniec końców do wojny domowej. Liban, pomyślany pierwotnie jako związek wspólnot religijnych, stał się w latach 1975-90 areną wojny plemion, które zawierały zmieniające się sojusze - między sobą, a także z siłami zewnętrznymi - zwalczając się nawzajem, masakrując i wypędzając nawzajem ze wsi oraz dzielnic.

Wcześniej, w okresie francuskich rządów mandatowych (1920-43 - red.), libańscy chrześcijanie podejmowali próby stworzenia Grand Liban, "Wielkiego Libanu", który miałby być chrześcijańską Ziemią Obiecaną - domem i schronieniem dla chrześcijan z całego Orientu. Granice kraju wytyczono w ten sposób, aby zaprojektowanemu tak państwu zagwarantować chrześcijańską większość i zdolność do gospodarczej egzystencji. Potem, podczas wojny domowej, libańscy chrześcijanie próbowali - przy pomocy karabinów i sojuszu z Izraelem - uratować swą dominację, zapisaną w pakcie z 1943 r. Przegrali nie tylko w aspekcie militarnym i politycznym, lecz również demograficznym. O ile w chwili uzyskiwania przez Liban niepodległości (ogłoszonej w roku 1941, a uznanej w 1943 - red.) stanowili jeszcze ponad połowę ludności, o tyle dziś jest ich niespełna jedna trzecia.

Nieosiągalna jedność

Doświadczenia historyczne oraz ich status mniejszości sprawiły, że wśród chrześcijan na Bliskim i Środkowym Wschodzie powszechne stało się poczucie bycia marionetką w rękach wielkich mocarstw. A także, że niewiele mogą na to poradzić. Z kolei w konfrontacji z zachodnimi pokusami indywidualizmu i emigracji niewiele zdziałać mogą apele duchownych, aby chrześcijanie z Orientu wytrwali w wierze i pozostali wierni swej rodzinnej ziemi. Idea świeckiego państwa, gwarantującego pokojowe współistnienie wspólnot religijnych w imię narodowej jedności, została zdyskredytowana za sprawą tendencji totalitarnych, widocznych w Syrii czy Egipcie. Demokracja pozostanie pustą ułudą dopóty, dopóki będzie podważana przez myślenie plemienne, jak w Libanie, albo wymuszana siłą militarną, jak w Iraku. Ofertę ochrony innych wyznań, werbalnie formułowaną przez islamizm, dewaluuje wykluczanie chrześcijan z życia politycznego - co nie jest bynajmniej jakimś wypaczeniem pierwotnej idei, lecz logicznym skutkiem koncepcji budowania państwa islamskiego.

Czy w takiej sytuacji możliwe jest w ogóle powstrzymanie procesu wykrwawiania się orientalnego chrześcijaństwa, które trwa już od stulecia? Czy jest coś, co może odmienić tak krytyczne położenie chrześcijan w krajach Orientu?

Myrna Nazzur z Damaszku wzywa nie tylko do tego, by orientalni chrześcijanie wrócili do korzeni, do swej "orientalnej prawdy", swojej tożsamości. Podczas objawienia w roku 1983 Maryja miała przekazać jej także następujące przesłanie: "Kościół Chrystusa jest jednym Kościołem. (...) Kto ich podzielił [tj. chrześcijan], ten zgrzeszył. I kto cieszył się z ich podziału, ten zgrzeszył. (...) Zgromadźcie się!".

W swej historii orientalne chrześcijaństwo podzieliło się - za sprawą różnic narodowych i sporów dogmatycznych - na wiele różnorodnych Kościołów, które do dziś żarliwie pielęgnują swoje wyjątkowości i odmienności. Gdyby mówiły jednym głosem, byłyby zapewne lepiej słyszane i rozumiane - zarówno na Wschodzie, jak też na Zachodzie.

Przełożył Wojciech Pięciak

JÜRG BISCHOFF (ur. 1952) jest szwajcarskim dziennikarzem, korespondentem dziennika "Neue Zürcher Zeitung" w Bejrucie. Wcześniej przez 12 lat pracował jako przedstawiciel Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża w krajach Bliskiego Wschodu i Afryki Wschodniej. Tekst ukazał się 10 stycznia w "Neue Zürcher Zeitung"; przedrukowujemy go za zgodą autora.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]