Reklama

Asceta, król smaku

Asceta, król smaku

19.07.2007
Czyta się kilka minut
Dlaczego współpracuję z Wojciechem Kilarem? Kiedy zapytano Sir Edmunda Hillary'ego, dlaczego wchodził na Mount Everest, odpowiedział: dlatego, że był. Dlaczego zatem Kilar? Bo jest. Gdyby go nie było, robiłbym inne filmy.
M

Moje spotkanie z Wojciechem Kilarem nastąpiło w 1969 roku. Pracowałem wówczas nad "Strukturą kryształu", fabularnym debiutem. W młodzieńczej naiwności i głupocie, przekonany o swojej wrażliwości muzycznej uparłem się, że w filmie muzyka powinna poprzedzać obraz, a nie iść za nim, że ja chcę zrobić film do muzyki, nie odwrotnie. Tak trafiłem do Henryka Mikołaja Góreckiego, który choć bardzo zakłopotany, podjął próbę napisania muzyki do filmu, którego jeszcze nie było. Powstała rzecz przepiękna, szalenie potężna, beethovenowska, ale nie do filmu, który chciałem zrobić. Górecki wtedy rozłożył ręce i powiedział; To ja już nie wiem, czego pan chce". I miał świętą rację, nie wiedziałem.

Ostatnią deską ratunku był Wojciech Kilar, kompozytor bardzo już doświadczony w pisaniu muzyki filmowej. Popatrzył na mnie wyrozumiale i powiedział, że jego zdaniem jest to pomysł niedorzeczny, ale jeśli chcę, to on to wykona. I napisał muzykę uniwersalną, neutralną. Kiedy podłożyliśmy ją do filmu, obejrzeliśmy razem, Kilar słusznie zaproponował, żeby ją wyrzucić i napisać od nowa, zgodną z obrazem. Jakkolwiek ta przygoda jest dla mnie dosyć kompromitująca - bo przecież byłem dorosłym człowiekiem, a moje zadufanie, wyobrażenie, że dokonam rewolucji było dosyć żenujące - jestem już na tyle stary, że mogę się do niej przyznać. Jestem mu wdzięczny za tę zdolność przejścia ponad tym, wzruszenie ramionami. Bo wiedząc świetnie, że żądam czegoś, co nie ma sensu, zrobił to, a następnie uratował mnie muzyką piękną, wartościową, mającą aspekt semantyczny. To było zbawienne dla filmu i dla naszej dalszej - strach przyznać, ale już prawie 40-letniej - współpracy.

Wszystkie moje filmy fabularne robiliśmy razem. Tworzymy swoistą symbiozę, wspólnie przeszliśmy ewolucję gustów, przez lata zmieniała się także jakość naszej współpracy. Na początku - jak wszyscy młodzi twórcy - szalenie dbałem o to, aby ktoś nie naruszył mojej tożsamości, stylu. Teraz lekceważę ten problem, bo wiem, jaka jest moja tożsamość, i nie muszę jej bronić. Nie skołuje mnie jakiś obcy wtręt, jestem bardziej otwarty. Podobnie jak dzisiaj dużo chętniej słucham aktorów, odważniej wdaję się w dialog z otoczeniem, tak wobec Wojtka już nie formułuję żadnych życzeń. Teraz mówię: Pisz, co chcesz, Ty i tak wiesz lepiej i na pewno mnie zaskoczysz". Taka postawa idzie w parze z pewną dojrzałością.

Swoją muzyką Wojtek często komentuje treści i myśli zawarte w filmie. On nie działa tylko w sferze zmysłowej, naturalnej dla muzyki, ale również w obszarze znaczeń. Proponuje kontrapunkty, chwile egzystencjalnego zastanowienia, dźwiękami wartościuje wątki - jak w "Iluminacji". Pociąga mnie jego słuch historii, odpowiedniość doboru aury brzmieniowej do sytuacji w kadrze, ale i niezwykłe poczucie humoru. Wojtek w ogóle ma bardzo szeroką paletę barw, świetnie posługuje się muzycznym kodem, z łatwością odnosi się do rozmaitych form, stylów, estetyk, potrafi korzystać z niezliczonych tonów ludzkiego dyskursu.

Mimo to muzyka filmowa jest jedynie odpryskiem jego twórczości koncertowej. To ona jest dla Kilara istotą działań artystycznych, a obecność na estradzie była zawsze pierwszorzędna. Jednak przez kontakt z muzyką popularną, przez kino jest bardziej wpisany w czasy, w których żyje. On wie doskonale, jaki jest profil współczesnej kultury, jej ekonomika. Ponadto z wiekiem osiągnął wielką zdolność kreowania mody i w związku z tym pewną dla niej pogardę.

Wojtek nie jest człowiekiem o guście wykluczającym. Interesuje się wszystkim. Wieloletnia przyjaźń z Jerzym Dudą-Graczem, czujnie zwrócone w stronę malarstwa oko nie były przypadkowe. Jego zainteresowania literackie - jest wielbicielem mistycznej poezji perskiej, literatury francuskiej, choć i Mann nie jest mu obcy - są bardzo mocne. Kiedy wciąga literaturę do swoich utworów, wgryza się w nią głęboko. To nie są zabiegi powierzchowne.

Poza ogromnymi różnicami charakterów, upodobań, łączy nas ludzka przyjaźń. Wojtek jest człowiekiem duchowo bogatym, artystą o wielkiej wrażliwości metafizycznej. Jego zapatrywania i orientacja duchowa były całkowicie klarowne, zawsze sprawiał wrażenie człowieka głęboko wtajemniczonego. Z niewieloma osobami - szczególnie artystami - mogę o sprawach mistycznych rozmawiać. To bardzo nas zbliża.

Z drugiej strony sposób, w jaki Wojtek korzystał z uroków życia, był dla mnie niedostępny, choć pociągający. To bon vivant o ogromnym poczuciu humoru, czarnym i złośliwym, który jednak potrafi się ograniczać. Czyni to z niego prawdziwego ascetę, bo przecież ten, co nie rozróżnia jadła ani napoju, ani dobrych papierosów od gorszych, ani ekskluzywnych wód kolońskich od tanich imitacji, ani bardzo wyszukanych markowych ubrań od innych, nie ma się czego wyrzekać.

Myślę jednak, że w tym umiłowaniu smaków życia zaznaczył się ślad jego młodzieńczych doświadczeń, tego strasznego upadku cywilizacyjnego Polski powojennej, która stała się Polską Ludową. Ogromnie bolesne było dla Wojtka wygnanie ze Lwowa, pozbawienie go legendy kosmopolitycznego miasta, w którym kwitło piękne, eleganckie życie, i degradacja egzystencji do mlecznego baru, gospody ludowej, PDT-ów i samochodu marki Syrena. Dlatego on sobie tę tęsknotę szybko zrekompensował, odnajdując we Francji, w Paryżu, artystycznym centrum Europy, gdzie studiował u Nadii Boulanger, ów świat piękny.

Poszukiwał go także w przyrodzie. Najpierw świat doskonały ulokował w polskich górach, w Zakopanem, co słychać w jego muzyce - chociażby w "Orawie" czy "Krzesanym", których często słucham. Od lat Wojtek jest także miłośnikiem Ameryki. Nie tej Ameryki bogactwa, ale Ameryki wolności, entuzjazmu, przyjaznych sobie ludzi, a nade wszystko pięknej przyrody. Miał także czas fascynacji Hiszpanią, gdzie do dzisiaj jest wręcz uwielbiany.

Wojtek zawsze był kosmopolitą, trzymał się na scenie świata i uciekał od duchoty koteryjnej sceny polskiej, do której ma ogromną niechęć. Kilar w środowisku jest, ale jakby go nie było. Utrzymanie niezależności ułatwia mu z pewnością mieszkanie na Śląsku, w jego adoptowanej ojczyźnie, w której można być odrębnym.

Czego mogę życzyć człowiekowi, który już i tak jest wybrańcem? Chyba tylko tego, aby czas płynął jak najwolniej.

(Not. Daniel Cichy)

Krzysztof Zanussi jest reżyserem filmowym, jego najnowszy obraz to "Czarne słońce" ("Il sole nero") z muzyką Wojciecha Kilara.

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]