Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Zamiana

Zamiana

12.12.2016
Czyta się kilka minut
To wspomnienie wypłynęło niedawno, przy jakiejś akademickiej okazji. Może jest niestosowne, ale znaczące. Dlatego się nim dzielę, nawet jeśli lepsze byłoby zdanie sprawy z oczywistych w moim pokoleniu Janionowych inspiracji.
W

Więc tak. Jeszcze dzisiaj wielu osobom wydaje się, że Szczecin leży za granicą, w mglistej strefie przymorskiej. Zaproszenie do nas na konferencję oznacza pokonywanie w potencjalnych referentkach i referentach lęku przed odległością i pozbawianie ich złudzeń w sprawie kąpieli morskich. W drugą stronę jedzie się krócej: bez Warszawy, Krakowa, a zwłaszcza Poznania nie sposób wyobrazić sobie szczecińskiej polonistyki. Jeździłam i ja, młoda polonistka, w celach badawczo-poznawczych oraz rozwojowych. Przed samym doktoratem, tuż po, nie pamiętam tematu konferencji, nie zanotowałam dat – można je odnaleźć w rocznym sprawozdaniu, gdyby chcieć sporządzić kalendarium lub naszkicować zarys fabuły polskiej powieści kampusowej. Pisałam o Włodzimierzu Odojewskim, więc byłam czytelniczką autorki, która rozpostarła jego cykl podolski na „cierniach i różach Ukrainy”. Zapowiedziano mi w kuluarach, że Maria Janion chce zamienić ze mną dwa słowa.
Gdybyście byli z tego dalekiego Szczecina, pomyślelibyście przez chwilę, że chodzi o jakiś wspólny trop. O interpretację symbolu, a może o nawiązanie do udanego tekstu (jego, mojego, czyjegoś). Przyszłoby wam do głowy, że warto było wysiąść z pociągu nad ranem.
Autoironia każe mi zastrzec, że nie jest to felieton o cierniach w mojej duszy, o sercu złamanym. Bo ciąg dalszy mógłby sugerować potrzebę obnażenia podgojonej rany. Chodzi raczej o śledztwo w sprawie egzystencji. Profesor Janion, wówczas nienazywana jeszcze Profesorką, podeszła do mnie, co poczytałam sobie za zaszczyt, przywitała się i powiedziała, że ceni moją aktywność (może miała na myśli wysyłane regularnie ze Szczecina numery czasopisma „Pogranicza”) i ma do mnie prośbę.
Nie zdążyłam pomyśleć, co to mogłoby być. Niewiele osób „ze środowiska” znałam, chodziłam po korytarzach przy Nowym Świecie nieco spłoszona, a szczerze mówiąc – z trudem pokonywałam postępujący paraliż.
Maria Janion poprosiła mnie o zamienienie się kolejnością z referentką wpisaną w program po mnie. Pani Profesor chciała wysłuchać jej referatu, a nie mogła zostać dłużej. Gra w albo-albo. Wypadło, że mojego słuchać nie chciała. Zrozumiałam. Rozebrałam retoryczną ramę. Nie okazałam rozczarowania. A miałam nadzieję (chyba tak, raczej miałam), że skomentuje moje uwagi o Odojewskim choć jednym zdaniem.
Osoby niewtajemniczone nie wiedzą, że w takich sprawach są dwie szkoły: obowiązuje świętość programu lub dowolność. Zmiany, przesunięcia, pominięcia zdarzają się często, ale na ogół ten, komu przydzielono pasmo, jest „w prawie” i może mówić wbrew wszelkim okolicznościom: na przykład do pustej sali, bo słuchacze już pobiegli na pociąg (do Szczecina?). Osobista prośba skierowana do kogoś, kim wówczas byłam, jest świadectwem wyjątkowego trzymania się form: można było postawić mnie przed faktem dokonanym.
Dlaczego ten drobiazg przypomniał mi się niedawno? Może dlatego, że dużo myślę o kształceniu akademickim, także o swoich doktorantach i własnych zaniedbaniach. Ćwierć wieku temu poczułam, co oznacza wspólnota mistrzyni i uczennicy, zainteresowanie i troska. Nie wypuszcza się podopiecznych bez wsparcia, nie zostawia samym sobie.
Dzisiejsze życie akademickie jest tak zorganizowane, że nie sposób być wszędzie ze swoimi doktorantkami i doktorantami. Mnożą się konferencje, zmieniają standardy. Referaty są kwitowane przede wszystkim zaświadczeniem o wygłoszeniu, rzadko dyskusją.
Może młoda polonistka w delegacji zazdrościła swoim koleżankom słuchanym przez wybitną uczoną, ale przy okazji odebrała lekcję na przyszłość: trzeba traktować poważnie zobowiązanie, jakie nakłada na nas rola naukowych przewodniczek. Nie myślałam wówczas o tym, że Gdańsk był również źle skomunikowany z Warszawą i w biografii Pani Profesor pociągi odgrywały niemałą rolę. ©

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]