Zamiana

To wspomnienie wypłynęło niedawno, przy jakiejś akademickiej okazji. Może jest niestosowne, ale znaczące. Dlatego się nim dzielę, nawet jeśli lepsze byłoby zdanie sprawy z oczywistych w moim pokoleniu Janionowych inspiracji.
Czyta się kilka minut

Więc tak. Jeszcze dzisiaj wielu osobom wydaje się, że Szczecin leży za granicą, w mglistej strefie przymorskiej. Zaproszenie do nas na konferencję oznacza pokonywanie w potencjalnych referentkach i referentach lęku przed odległością i pozbawianie ich złudzeń w sprawie kąpieli morskich. W drugą stronę jedzie się krócej: bez Warszawy, Krakowa, a zwłaszcza Poznania nie sposób wyobrazić sobie szczecińskiej polonistyki. Jeździłam i ja, młoda polonistka, w celach badawczo-poznawczych oraz rozwojowych. Przed samym doktoratem, tuż po, nie pamiętam tematu konferencji, nie zanotowałam dat – można je odnaleźć w rocznym sprawozdaniu, gdyby chcieć sporządzić kalendarium lub naszkicować zarys fabuły polskiej powieści kampusowej. Pisałam o Włodzimierzu Odojewskim, więc byłam czytelniczką autorki, która rozpostarła jego cykl podolski na „cierniach i różach Ukrainy”. Zapowiedziano mi w kuluarach, że Maria Janion chce zamienić ze mną dwa słowa.

Gdybyście byli z tego dalekiego Szczecina, pomyślelibyście przez chwilę, że chodzi o jakiś wspólny trop. O interpretację symbolu, a może o nawiązanie do udanego tekstu (jego, mojego, czyjegoś). Przyszłoby wam do głowy, że warto było wysiąść z pociągu nad ranem.

Autoironia każe mi zastrzec, że nie jest to felieton o cierniach w mojej duszy, o sercu złamanym. Bo ciąg dalszy mógłby sugerować potrzebę obnażenia podgojonej rany. Chodzi raczej o śledztwo w sprawie egzystencji. Profesor Janion, wówczas nienazywana jeszcze Profesorką, podeszła do mnie, co poczytałam sobie za zaszczyt, przywitała się i powiedziała, że ceni moją aktywność (może miała na myśli wysyłane regularnie ze Szczecina numery czasopisma „Pogranicza”) i ma do mnie prośbę.

Nie zdążyłam pomyśleć, co to mogłoby być. Niewiele osób „ze środowiska” znałam, chodziłam po korytarzach przy Nowym Świecie nieco spłoszona, a szczerze mówiąc – z trudem pokonywałam postępujący paraliż.

Maria Janion poprosiła mnie o zamienienie się kolejnością z referentką wpisaną w program po mnie. Pani Profesor chciała wysłuchać jej referatu, a nie mogła zostać dłużej. Gra w albo-albo. Wypadło, że mojego słuchać nie chciała. Zrozumiałam. Rozebrałam retoryczną ramę. Nie okazałam rozczarowania. A miałam nadzieję (chyba tak, raczej miałam), że skomentuje moje uwagi o Odojewskim choć jednym zdaniem.

Osoby niewtajemniczone nie wiedzą, że w takich sprawach są dwie szkoły: obowiązuje świętość programu lub dowolność. Zmiany, przesunięcia, pominięcia zdarzają się często, ale na ogół ten, komu przydzielono pasmo, jest „w prawie” i może mówić wbrew wszelkim okolicznościom: na przykład do pustej sali, bo słuchacze już pobiegli na pociąg (do Szczecina?). Osobista prośba skierowana do kogoś, kim wówczas byłam, jest świadectwem wyjątkowego trzymania się form: można było postawić mnie przed faktem dokonanym.

Dlaczego ten drobiazg przypomniał mi się niedawno? Może dlatego, że dużo myślę o kształceniu akademickim, także o swoich doktorantach i własnych zaniedbaniach. Ćwierć wieku temu poczułam, co oznacza wspólnota mistrzyni i uczennicy, zainteresowanie i troska. Nie wypuszcza się podopiecznych bez wsparcia, nie zostawia samym sobie.

Dzisiejsze życie akademickie jest tak zorganizowane, że nie sposób być wszędzie ze swoimi doktorantkami i doktorantami. Mnożą się konferencje, zmieniają standardy. Referaty są kwitowane przede wszystkim zaświadczeniem o wygłoszeniu, rzadko dyskusją.

Może młoda polonistka w delegacji zazdrościła swoim koleżankom słuchanym przez wybitną uczoną, ale przy okazji odebrała lekcję na przyszłość: trzeba traktować poważnie zobowiązanie, jakie nakłada na nas rola naukowych przewodniczek. Nie myślałam wówczas o tym, że Gdańsk był również źle skomunikowany z Warszawą i w biografii Pani Profesor pociągi odgrywały niemałą rolę. ©

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 51-52/2016