Wielka próba

Okazało się, że Jean Vanier i jego duchowy mentor stworzyli wokół siebie coś w rodzaju sekty, która pozwalała im na zaspokajanie pragnień seksualnych kosztem kontrolowanych przez nich kobiet.

Reklama

Wielka próba

Wielka próba

02.03.2020
Czyta się kilka minut
Okazało się, że Jean Vanier i jego duchowy mentor stworzyli wokół siebie coś w rodzaju sekty, która pozwalała im na zaspokajanie pragnień seksualnych kosztem kontrolowanych przez nich kobiet.
GRZEGORZ KOZAKIEWICZ / FORUM
D

Dziś rano mieliśmy spotkanie całej wspólnoty. Jest nas przeszło setka. Cisza tego spotkania była porażająca” – napisała moja przyjaciółka, mieszkająca w jednej ze wspólnot Arki (­L’­Arche) w zachodniej Europie. Spotkanie odbyło się rankiem 24 lutego, dwa dni po tym, jak przez media przetoczyła się fala wstrząsających informacji na temat zmarłego w ubiegłym roku Jeana Vaniera. „Założyciel Arki przez kilka dekad wykorzystywał seksualnie kobiety” – brzmiały nagłówki na portalach internetowych.

Liderzy Arki – federacji wspólnot tworzonych przez osoby z niepełnosprawnością intelektualną i towarzyszących im wolontariuszy – zamierzali zawczasu przygotować członków ruchu na ten wstrząs. Jednak informacja o raporcie, który zlecili i którego streszczenie miało trafić najpierw do odpowiedzialnych za wspólnoty, przedostała się do mediów, zanim streszczenie zostało rozesłane.

– Najtrudniejsze były pytania osób – usłyszałem od mojej przyjaciółki („osoby” to w języku Arki niepełnosprawni członkowie wspólnot). – Wiele z nich rozumie, jakie są zarzuty wobec ­Jeana. Pytają: „Czemu to ogłoszono?” i „Jak on mógł to robić?”.

Zwłaszcza drugie pytanie zadawali sobie w tych dniach także wszyscy, dla których Jean Vanier był kimś ważnym: autorytetem, świadkiem, przewodnikiem. A takich ludzi – na świecie i w Polsce – jest bardzo wielu. Jean to nie tylko twórca Arki, ale też współzałożyciel ruchu „Wiara i Światło”. Ten ruch także jest skupiony wokół osób z niepełnosprawnością intelektualną, jednak jego członkowie nie mieszkają razem, lecz spotykają się i przyjaźnią. Wiele osób poznało Vaniera jako inspirującego rekolekcjonistę i wykładowcę. Jeszcze inni znają go z książek, których napisał kilkadziesiąt: „Każda osoba jest historią świętą”, „Wspólnota miejscem radości i przebaczenia”, „Odnaleźć pokój”, „Tajemnica Jezusa”, „Mężczyzną i kobietą stworzył ich”. Na egzemplarzu tego ostatniego tytułu mam nawet osobistą dedykację autora...

„Nie mogę się pogodzić...”

Pierwsza wspólnota Arki powstała w 1964 r. U jej początków, oprócz Jeana Vaniera, stał dominikanin o. Thomas Philippe. Vanier z uporem podkreślał że o. Philippe nie był współzałożycielem Arki, a jedynie zainspirował go do pójścia w tym kierunku. Ta uporczywość była trochę dziwna – mówią dziś osoby, które znały Jeana blisko. Dla interesujących się korzeniami tego ruchu było oczywiste, że bez udziału o. Thomasa wiele rzeczy po prostu by się nie wydarzyło. Zresztą Vanier zawsze wypowiadał się o nim z największym szacunkiem, a pod koniec życia z równym uporem bronił go przed zarzutami, które okazywały się coraz poważniejsze. „Nie mogę spokojnie pogodzić tego, co o nim wiem, z tym, co słyszę na jego temat” – miał powiedzieć podczas jednej z rozmów, kiedy spytano go, czy wiedział o podejrzanych praktykach o. Thomasa.

Poznali się na początku lat 50. ubiegłego wieku. Jean, dobrze zapowiadający się oficer kanadyjskiej marynarki, właśnie porzucił karierę wojskową, by poświęcić się poszukiwaniom duchowym. Jego pobożna matka, Pauline ­Vanier, która jako żona ambasadora kanadyjskiego we Francji miała nad Sekwaną liczne kontakty, postanowiła zapoznać syna z cenionym duszpasterzem, o. Thomasem Philippe’em. Ten namówił Jeana, aby wstąpił do stworzonej przez niego wspólnoty Eau Vive (Żywa Woda), która skupiała studentów chcących lepiej poznać chrześcijańską duchowość. Równocześnie Jean zaczął studia przygotowujące do kapłaństwa.

Jednak wokół wspólnoty szybko pojawiły się kontrowersje. Przez lata mówiło się, że miały charakter teologiczny. O. Philippe nie był żadnym „progresistą”, ale w swoim nauczaniu pozwalał sobie na dość swobodne interpretacje Ewangelii i doktryny katolickiej. W 1956 r. władze kościelne zażądały, żeby inni członkowie wspólnoty zerwali wszelkie kontakty z założycielem, który został przez Święte Oficjum (czyli obecną Kongregację Nauki Wiary) ukarany całkowitym zakazem publicznego i prywatnego sprawowania funkcji kapłańskich. Vanier wielokrotnie podkreślał, że oskarżenia o odstępstwa od kościelnej ortodoksji nie miały podstaw. Przez pewien czas twierdził wręcz, że późniejsze wewnątrzzakonne śledztwo ich nie potwierdziło (ufając jego osobistej opinii, jeszcze niespełna rok temu na łamach „TP” również napisałem, że oskarżenia wobec o. ­Philippe’a były niesprawiedliwe).

Vanier nie przestał kontaktować się ze swoim ojcem duchowym. Porzucił za to myśl o zostaniu księdzem i skierował się w stronę filozofii. Na początku lat 60. o. Philippe zaprosił go do małego miasteczka Trosly-Breuil (80 km od Paryża), gdzie w domu opieki dla mężczyzn z upośledzeniem umysłowym Val Fleuri pełnił obowiązki kapelana. (Nie jest jasne, jak na razie, w jakich okolicznościach cofnięto nałożoną nań karę; dominikanie właśnie rozpoczęli wyjaśnianie tej sprawy). Ta wizyta zmieniła plany Jeana, który już zaczął wykłady z etyki na uniwersytecie w Toronto. Postanowił kupić w Trosly mały domek i zamieszkał w nim z dwójką mężczyzn, którzy wcześniej byli pensjonariuszami domu opieki. Prowadzili proste życie, wypełnione pracą, modlitwą i – Jean bardzo lubił to słowo – świętowaniem. Właśnie tak powstała pierwsza Arka, która stała się wzorem dla następnych wspólnot. O. Philippe został jej kapelanem i towarzyszył w rozwoju ruchu w kolejnych latach.

„Czemu to ogłoszono?”

W 2014 r. – kiedy o. Thomas nie żył już od 21 lat, a Jean skończył 86 i nie pełnił już żadnych funkcji w Arce – do liderów ruchu dotarły informacje, że dominikanin jako kierownik duchowy wykorzystywał seksualnie zgłaszające się doń kobiety. Liderzy natychmiast poprosili o kościelne śledztwo w tej sprawie. Śledczy potwierdzili zarzuty: stosując pokrętną argumentację teologiczną, o. Philippe potrafił skłonić niektóre z szukających u niego pomocy kobiet do kontaktów seksualnych. Kobiety były pełnoletnie i nie były niepełnosprawne, duchowny miał jednak nad nimi „psychiczną i duchową władzę” (to cytat z wyników śledztwa). Tłumaczył im m.in., że w kontaktach z nim doświadczają „specjalnej łaski”, o której nie powinny nikomu mówić, bo „inni tego nie zrozumieją”.

Zaniepokojeni tymi rewelacjami odpowiedzialni za nich dwukrotnie zapytali Vaniera, czy wiedział o postępowaniu swego duchowego ojca. Jean ­dwukrotnie zaprzeczył. Jednakże w 2016 r. wpłynęło kolejne świadectwo, tym razem kobiety, która o podobne czyny oskarżyła samego założyciela Arki. Vanier przyznał, że w latach 70. miał kontakty z tą kobietą, ale był przekonany, iż doszło do nich za obopólną zgodą. Kiedy w marcu 2019 r. pojawiła się kolejna kobieta z podobną historią (liderzy wciąż zbierali informacje, chcąc się upewnić, czy nie było więcej podobnych przypadków), postanowiono śledztwo powierzyć firmie przygotowanej profesjonalnie do tego typu badań. Umowę z firmą podpisano w kwietniu, ale właściwe śledztwo rozpoczęło się krótko po śmierci Jeana Vaniera, który zmarł 7 maja.

Śledztwo objęło wszystkie etapy: zarówno to, co działo się we wspólnocie Eau Vive, jak początki Arki, a także okres późniejszy, kiedy Arka się rozwijała, a jej założyciel i jego duchowy ojciec pozostawali w bliskim kontakcie. Dla oceny przebiegu śledztwa i jego wyników powołano dodatkowo dwóch zewnętrznych audytorów, posiadających doświadczenie w tego typu sprawach. W ciągu następnych miesięcy przesłuchano kilkudziesięciu świadków i przeglądnięto archiwa, m.in. przechowaną przez zakon dominikanów korespondencję Jeana Vaniera z lat 50., w tym 184 listy od o. Philippe’a. W bardzo trudnym momencie, kiedy z wielu stron rozlegały się głosy, że trzeba rozpocząć proces beatyfikacyjny Vaniera, liderzy Arki poznawali kolejne fakty, które przedstawiały bliskiego im człowieka w innym świetle.

Trzeba podkreślić niezwykłą odwagę tych ludzi. Śledztwo burzyło przecież nie tylko obraz założyciela, za którego przykładem poszli. Burzyło też wyobrażenia o początkach Arki. W późniejszych komentarzach pojawiać się będzie często słowo „sekta”: rzeczywiście, wyniki śledztwa wskazują, że o. Philippe i Vanier, wykorzystując swój autorytet, stworzyli wokół siebie coś w rodzaju struktury, która pozwalała im na zaspokajanie swoich pragnień kosztem kontrolowanych przez nich kobiet. Struktura ta działała trochę wewnątrz, a trochę na obrzeżach Arki; nie objęła mieszkających w niej niepełnosprawnych, nie zdominowała też ruchu, który ostatecznie rozwinął się w międzynarodową sieć wspólnot.

Niemniej samo odkrycie, że istniała, musiało być dla odpowiedzialnych za Arkę wielkim szokiem. „Jesteśmy świadomi, jak wielki zamęt i ból zostanie spowodowany tą informacją” – piszą w liście komentującym wyniki śledztwa. „Pomimo tego, że w ciągu swojego życia Jean uczynił wiele dobrego, co nie podlega wątpliwości, będziemy musieli przeżyć żałobę po utracie ukształtowanego sobie wcześniej pewnego wizerunku Jeana i początków L’Arche”. W tym samym liście liderzy zapewniają o wprowadzeniu dodatkowych procedur, które pozwolą wyłapywać podobne przypadki, i tłumaczą, dlaczego zdecydowali się na ujawnienie przykrej prawdy. „L’Arche nie ma przyszłości, jeżeli nie jesteśmy w stanie spojrzeć na naszą przeszłość otwartymi oczyma. To, czego się dzisiaj dowiadujemy, jest ogromnym ciosem i powodem wielkiego zamętu, ale to, co tracimy w postaci poczucia pewności, mamy nadzieję pozyskać w obszarze większej dojrzałości”.

„Jak on mógł to robić?”

Co odkryto? Odkryto najpierw, że zarzuty wobec wspólnoty Eau Vive nie dotyczyły tylko głoszonej przez o. Philippe’a „fałszywej mistyki”, ale też inspirowanych nią praktyk o charakterze seksualnym (Vanier również brał w nich udział). Według ustaleń śledztwa, opierającego się w znacznym stopniu na źródłach zebranych w latach 50., kobiety uczestniczące w tych praktykach wyrażały na to zgodę. Niemniej nieprawdą jest, że w kontrowersjach wokół Wody Żywej „chodziło tylko o teologię”. Słysząc o nowych zarzutach wobec o. Philippe’a, Vanier konsekwentnie zaprzeczał, jakoby wiedział coś na ten temat. Dziś wiemy, że kłamał.

Po rozwiązaniu Eau Vive w 1956 r. jej założyciel otrzymał zakaz kontaktowania się z młodymi ludźmi, którzy ją tworzyli. „Pomimo tego”, czytamy w liście liderów Arki, „o. Thomas Philippe, Jean oraz kilka kobiet pozostało w kontakcie aż do założenia L’Arche w 1964 r. Niektóre osoby z tej grupy były w naszej wspólnocie w Trosly na samym początku L’Arche oraz uczestniczyły w życiu ­L’Arche przez wiele lat, nigdy nie ujawniając charakteru swoich pierwotnych relacji”. To tłumaczy konsekwencję, z jaką Jean Vanier wystawiał o. Philippe’owi jak najlepsze świadectwo, rozwiewając równocześnie wątpliwości co do jego wcześniejszych działań. „Zdradzić go, zostawić to byłoby tak, jakbym popełnił samobójstwo” – mówił jeszcze w ostatnich latach życia. Trzeba podkreślić, że dzięki związaniu się z Arką autorytet o. Philippe’a bardzo wzrósł, a liczba osób szukających jego rady i sięgających po jego książki stale się zwiększała. Stwarzało to też okazję do kolejnych nadużyć.

Jednak najmocniejszym echem odbił się inny fragment listu. „Dodatkowo w trakcie śledztwa – piszą obecni liderzy Arki – dotarły do nas wiarygodne oraz spójne zeznania obejmujące okres od 1970 do 2005 roku od 6 dorosłych kobiet, bez niepełnosprawności i niepowiązanych z wcześniej wspomnianą grupą osób. Każda z tych kobiet zeznała, że Jean Vanier inicjował z nimi zachowania seksualne, zazwyczaj w kontekście towarzyszenia duchowego. Niektóre z tych kobiet zostały głęboko zranione przez te doświadczenia. Jean Vanier prosił każdą z tych kobiet o zachowanie tych wydarzeń w sekrecie. Kobiety te nie miały wcześniejszej wiedzy na temat swoich wzajemnych doświadczeń, a mimo to każda z nich zeznała podobne fakty związane z bardzo niezwykłymi duchowymi czy też mistycznymi tłumaczeniami wykorzystywanymi po to, aby usprawiedliwić te czynności seksualne. Czyny te wskazują na głęboko kontrolujący wpływ psychologiczny i duchowy nad tymi kobietami przez Jeana Vaniera oraz ujawniają przyswojenie sobie przez niego niektórych dewiacyjnych teorii i praktyk o. Thomasa Philippe’a, które kontynuował przez bardzo długi okres”.

Przyznam, że łatwiej czytać ten zniuansowany opis od cytatów z zeznań, które bez trudu można znaleźć w internetowych relacjach i komentarzach. Dostatecznie wstrząsający jest już sam fakt, że kobiety, które przychodziły po pomoc, dostawały w zamian coś, co było dodatkowym zranieniem. Nie sposób też nie poczuć się źle, czytając, że aby przełamać opór kobiet, Vanier sięgał po język religijny, którym na co dzień posługiwał się, żeby inspirować ludzi do szlachetnych działań. Oczywiście, nie był to dokładnie ten sam język. Kiedy jednak patrzę na przywołane daty, myślę o tym, że właśnie w tym czasie – dokładnie: od końca lat 80. do roku 2005 – wychodziłem poruszony z jego konferencji, jeździłem doń, żeby robić wywiady, a nawet doprowadziłem do wydania po polsku jednej z jego książek.

„Dlaczego milczał?”

W komentarzach, które pojawiły się w pierwszych dniach po ogłoszeniu tych informacji, dominowało rozczarowanie, ból i złość. Dlaczego nic nie powiedział? Dlaczego nie wysłał nam choćby subtelnego sygnału, że żałuje? Dlaczego – to chyba najbardziej bolesne – nie zwrócił się do osób, które wykorzystał? Wydawał się tak spójny i równocześnie tak prosty. Dziś myślimy, że coś musiało umknąć naszej uwadze.

Piotr Wierzchosławski, który znał go bardzo blisko, bo pełnił szereg funkcji w strukturach „Wiary i Światła”, przypomniał na profilu polskiej Arki, że z okazji 90. urodzin Vanier został poproszony o wypełnienie słynnego kwestionariusza Prousta. Zapytany o cechę, jaką najwyżej ceni u mężczyzny, wymienił integralność oraz bycie prawdziwym i sprawiedliwym. A na pytanie o błędy, wobec których byłby najbardziej wyrozumiały, odpowiedział: „Błędy wynikające z uzależnienia od alkoholu, narkotyków, seksu... Osoby, które są nimi dotknięte, głęboko mnie poruszają, gdyż nie potrafią się od nich powstrzymać”. „Czy miał na myśli także siebie?” – zastanawia się Piotr.

Niektórzy komentujący podkreślają, żeby „nie pokładać nadziei w człowieku” i że dojrzałość polega na tym, aby obchodzić się bez autorytetów. Inni dodają: nie trzeba było wynosić go tak wysoko, to upadek tak by nie bolał. Problem w tym, że autorytet Vaniera – przynajmniej dla wielu z nas, nie wiem, czy dla wszystkich – nie był autorytetem „pionowym”, lecz raczej „poziomym”. Trafnie napisał o tym Zbigniew Nosowski (w „Więzi”): szczęście, jakie płynęło ze spotkań z nim, brało się z poczucia, że oto jest ktoś, kto „nie tylko mówi o ubogich, ale z nimi żyje na co dzień”, kto „jest prorokiem współczesnego chrześcijaństwa, ale prorokiem cichym, pokazującym nie na siebie, lecz na Jezusa i ubogich”, kto wreszcie jest „po prostu zwyczajny, pokorny, szczery i autentyczny”. Tego chyba najbardziej będzie teraz brakowało: przykładu, który pociągał, a w trudnych chwilach pomagał się mobilizować.

Ale dzieła zostają. „Arka nie może cierpieć za jego winy”, pisze słusznie Joanna Petry Mroczkowska (Deon.pl). Budująca jest nie tylko postawa liderów Arki, ale też to powszechne oczekiwanie, że zainicjowane przez Vaniera ruchy przetrwają. ©


ogłoszenie społeczne

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Wojciech Bonowicz / Fot. Grażyna Makara
Poeta, publicysta, stały felietonista „Tygodnika Powszechnego”. Jako poeta debiutował w 1995 tomem „Wybór większości”. Laureat m.in. nagrody głównej w konkursach poetyckich „Nowego Nurtu” (...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Mnie porusza inna kwestia: czy my jestesm slepi czy naiwni, ze nie mozemy poznac zboczenca w drugim czlowieku? Przeciez musialo go cos zdradzac, spojrzenia, rozmowy (jak u ks. Jankowskiego: wszyscy ktorzy z nim mieli do czynienia opowiadali o jego oblesnych komentarzach)... A moze wznieslismy go na tak wysoki piedestal, ze nie mozna bylo mu spojrzec w oczy?

Vanier nie gwałcił kobiet o ile mi wiadomo. Owszem uwodził i cudzołożył co jest powszechną praktyką we Francji i całej Europie. No przecież nie potępiamy ludzi rocka i nie nazywamy ich zboczeńcami za to, że do seksu zazwyczaj podchodzą dość swobodnie. Największym problemem jaki dostrzegam jest to, że Vanier kłamał i to kłamał do końca. A tak na marginesie to zawsze miałem takie przekonanie, że zadanie jakiego się Vanier podjął było ponad ludzkie siły. To co robią choćby dominikanki w Broniszewicach albo Misjonarki Miłości od Matki Teresy z Kalkuty było i jest organizowane w duchu miłości i radości z tego co się robi. U Vaniera chyba czegoś zabrakło.

Jankowski to był jednak inny przypadek, jawny bandyta pod kościelnym parasolem - Vanier to przykład klasycznego oszusta wykorzystującego kościół i religię do uprawiania swego procederu, to one budowały zaufanie do niego - a jak wiadomo najlepszy oszust ten, który największe zaufanie budzi; druga sprawa: niejedno bezeceństwo i przestępstwo duchownych, nie tylko na tle seksualnym, było zgłaszane organom ścigania tak w PRL, jak i w III RP, relacji i dowodów wiele - powiązania kościoła z władzami wtedy i teraz powodowały, że czyny te uchodziły duchownym bezkarnie, w PRL dodatkowo wykorzystywane były jako element szantażu i nakłaniania do współpracy z SB - nb nic nie wskazuje, by takie praktyki zostały zaniechane w III RP, a kościół katolicki dostaje od władz dodatkową ochronę w zamian za polityczne poparcie - ale czy takie oczywiste oczywistości trzeba dziś jeszcze kawa na ławę wykładać?...

Jedna z moich przyjaciółek przed laty opowiadała mi, że jej koleżanka została zgwałcona przez syna ważnego partyjnego dygnitarza a sprawę skręcono i zamieciono pod dywan. Tak bywało za komuny. TV PiS, która mnie często irytuje pokazuje czasem ciekawe analogiczne przypadki z udziałem dzieci działaczy z PSL i PO. Żeby nie być gołosłownym podaje jeden z takich przypadków. Chodzi o gwałt zbiorowy na 16-o letniej dziewczynie. Wasz demokratyczny system zadziałał wzorcowo. Prokuratura oraz sędziowie postarali się aby syn znanego działacza PSL zbytnio nie ucierpiał. https://katowice.wyborcza.pl/katowice/1,35063,19977058,gwalt-zbiorowy-na-16-latce-jeszcze-raz-do-zbadania.html

@plainduncan w piątek, 06.03.2020, 13:04. To prawda. Mimo że gość ze zdjęcia patrzy kaprawym okiem, to był jak najbardziej "straight", jeśli chodzi o upodobania seksualne. Tyle że do zdobywania serc i ciał niewieścich używał wabika duchowego, zamiast portfela, szybkiego auta, czy wyrzeźbionej na siłce sylwetki. Otoczka wspólnego sekretu tylko wzmagała działanie tego specyficznego feromonu. Istnieją kobiety - i to całkiem liczne - dla których najważniejszym organem męskim jest mózg. No i istnieją faceci, dla których najważniejszym celem jest zapewnianie sobie zwyczajnych uciech seksualnych na wszelkie możliwe sposoby, w tym tak niezwykłe, jak stosowane przez JV. "How to seduce a woman with spirituality" to tytuł autentycznego poradnika do nabycia w Amazonie. ;) A tutaj coś dla miłosników jogi: https://www.yogiapproved.com/love-sex/why-the-spiritual-guy-always-gets-the-girl/

Człowiek to jest bardzo skomplikowane zwierzę. Pewnie sporo racji ma pan Ashton, który - jak rozumiem - empirycznie sprawdził swoje teorie. Uważam, że pojęcie "wabik duchowy" nie musi wcale precyzyjnie opisywać zachowania Vaniera. Podejrzewam, że dla wielu kobiet Vanier mógł być atrakcyjnym mężczyzną nawet wtedy gdy nic nie mówił. Z drugiej strony Vanier musiał zdawać sobie sprawę s tego, że miał słabość do kobiet skoro nie zdecydował się na stan kapłański. Napisałem "słabość" albowiem chyba jednak nie mieliśmy do czynienia z perfidnym, opracowanym z chłodną głową planem zdobywania kobiet. Ciekawe czy Vanier spowiadał się ze swoich grzechów i co robili spowiednicy aby ratować jego dzieło przed nim samym.

Każdy katolik, bez względu na funkcję czy swój status winien się spowiadać. Papież,prezydent profesor, robotnik, itd. Znamy warunki dobrej spowiedzi. One są bardzo proste,choć to wcale nie oznacza że łatwe.Obowiązują wszystkich jednakowo.No właśnie. Nie wiem czy Vanier,był osobą konsekrowaną czy nie.Bo z tego coś wynika.Zakładam że nie. Wtedy się spowiadał i upadał.Ludzie tego typu z reguły mają kierownika duchowego. I wtedy on ich prowadzi, po ścieżkach duchowego rozwoju. Tymczasem zamiast wznosić się ku górze, to babranie się w bagnie ciężkiego grzechu. Smutne to, bardzo smutne.Jak bardzo muszą ranić Pana,grzechy ludzi wybranych? Zamiast prowadzić do nieba, wiodą do piekła. Zamiast stać na straży, rozpraszają. Za to musi być jakaś kara.

Ludzie są słabi i grzeszni i świadomość tego jest silna w Kościele katolickim. Dominikanki i Dominikanie czy też Franciszkanki i Franciszkanie przebywają w osobnych klasztorach co może wydawać się staromodne czy też dziwaczne dla wielu osób postronnych ale ma duży sens ( to widać także przy okazji omawianej afery ). W krajach gdzie katolicy stanowią mniejszość zwykle z czasem rezygnują oni ze spowiedzi ( chyba często nie potrafią wykazać, że spowiedź ma sens i wymiękają w konfrontacji z protestantami, którzy spowiadać się nie muszą ). W Holandii widziałem różne rzeczy mniej i bardziej budujące. Nigdy nie widziałem księdza, który by spowiadał. Przypuszczam, że osoby, które odczuwają potrzebę spowiedzi umawiają się z księdzem indywidualnie co też ma swoje dobre strony. Do komunii świętej przystępują zazwyczaj wszyscy obecni w świątyni.

to ciekawe, co Pan pisze - każdy katolik powinien się spowiadać, rzecz jasna nie dla samej tradycji i formalnych wymogów jak rozumiem, a z powodu zbawiennego wpływu spowiedzi na życie i postawy owieczek... mocno kontrowersyjna teza, proszę Pana - nic, dokładnie nic nie wskazuje na to, by spowiedź miała jakikolwiek dobroczynny wpływ na ludzi, społeczności - za to nietrudno sobie wyobrazić a potem uzasadnić korzyści, jakie ze spowiedzi czerpie instytucja, w szczególności jej funkcjonariusze - swoją drogą gdyby na serio wziąć Pana uwagi to aż dziw bierze, że jakoś sobie bez spowiedzi radzą inne kościoły czy nawet religie, i to o millenia dłużej niż katolicy...

spowiadać.Dlaczego? Ponieważ osobista spowiedź ma ogromny wpływ na moją osobistą wiarę. Umacnia ją i rozwija. Pozwala też sycić się Ciałem Pana, bez obawy o Jego profanację. Zresztą zauważył to w swojej mądrość Kościół, który nakazuje to czynić w czasie wielkanocnym. Tak na marginesie Eddie. Przecież ty się nie spowiadasz. Może tam kiedyś, 20,25 lat temu. Twoje wewnętrzne, duchowe sumienie, przypomina wieczną zmarzlinę. Twój kontakt z KK, to podróżowanie wedle muru. Dlaczego zatem tak bardzo przeszkadza ci coś, co nie jest twoim udziałem? Rozmowa psychologa z pacjentem, nazywana psychoanalizą, pewno ci nie przeszkadza. A przecież to nic innego jak spowiedź, tylko inaczej nazwana. Na koniec zaś. Jeżeli tak bardzo chcesz się przekonać o ważności lub nie spowiedzi, dlaczego nie sprawdzisz tego osobiście? Zrób rachunek sumienia, wyspowiadaj się a potem przyjmij Komunię Świętą. Przecież możesz. Świat się nie zawali a będziesz miał osobiste doświadczenia w temacie. Na tacę za to nie musisz dawać, ani gotówką, ani przelewem.

Myślę, że ważne rzeczy napisałeś. Wiara nie pielęgnowana zamiera. Spowiedź to jedna z najważniejszych elementów owej pielęgnacji. Dlatego tak bardzo jest wykpiwana i wyszydzana przez wrogów KK. Jeżeli się nie spowiadam, to moje sumienie, powoli, acz systematycznie zamiera. Sumienie zachwaszczają, te małe grzechy,które robią drogę, tym większym. Jeżeli trwa to lata, to taki człowiek, to duchowy trup, bowiem w moim rozumieniu, powiedzenie że spowiadam się Bogu, to takie opowiastki w stylu poczytaj mi mamo.W takiej sytuacji nasz bohater stał się tym kim stał, bowiem w znacznej części, zatracił swoje sumienie. A otoczony był przez ludzi, którzy go kochali i szanowali, którym ( oprócz wtajemniczonych)na myśl by nie przyszło,co się działo. Jakie zatem jest remedium na duchową pustkę, której nie zaspokoi zewnętrzny blichtr? Moim zdaniem, powrót do korzeni katolickiej wiary w którym Spowiedź Święta, to jeden z Sakramentów. Nie od parady,jak widać.

na wielkim obszarze pomiędzy Odrą a Bugiem, Tatrami i Bałtykiem, ludność spowiada się masowo od wielu wieków - nie widać żadnych, ale to absolutnie żadnych pozytywnych efektów tego procederu - są też wśród nas niewielkie społeczności które nie dość, że się bez spowiedzi obywają, to jeszcze na plus wyróżniają na katolickim tle - niech Pan to przemyśli, zanim kolejną laurkę konfesjonałom napisze

@eddiepolo w sobota, 07.03.2020, 07:52. Puste słowa. Weźmy konkretną społeczność wyróżniającą się (niestety na minus) na tle ogółu ludności między Odrą a Bugiem, a mianowicie skazanych. Jako niewierzący określiło się 11,8% respondentów, jako indyferentni – 23%, jako wskazujący na wiarę deklaratywną – 30,6%, jako konfesyjni – 27,7% oraz religijnie głęboko wierzący – 6,9%. Uczestnictwo we mszy świętej i innych zbiorowych spotkaniach modlitewnych deklaruje 5% młodocianych, 14% pierwszy raz karanych i 9% recydywistów. Z kolei indywidualną modlitwę praktykuje 4,6% młodocianych, 25% pierwszy raz karanych i 10% recydywistów. Ilu z nich spowiadało się na wolności? Tego autorzy badania nie podają, ale stwierdzają jednoznacznie: "aktywność religijna wśród więźniów jest na bardzo niskim poziomie". (B. Skowroński, A. Domżalska, "Duchowość osób odbywających karę pozbawienia wolności", Resocjalizacja Polska 3/2017)

proszę porównać na przykład poziom przestępczości w krajach niekatolickich z tym w Polsce - a co do polskich przestępców, toż oni od tysiąca lat z pokolenia na pokolenie spowiadani i ewangelizowani - proszę nie robić sobie złudnych nadziei w tej kwestii

@eddiepolo w sobota, 07.03.2020, 18:26. A proszę sobie porównać. Dane Eurostatu za 2017 mogą być? [https://ec.europa.eu/eurostat/statistics-explained/pdfscache/53031.pdf] Wystarczy rzucić okiem na wykresy. Przepraszam, ale na ewentualne kolejne komentarze tego rodzaju już nie odpowiem. To jest wiedza, której Google dostarcza w kilka sekund - krócej niż napisanie kolejnej bzdury z głowy, czyli z niczego.

nie wystarczy wykresów oglądać, warto także umieć je czytać - z tych z eurostatu klarownie wynika, że najbliższe nam kulturowo i geograficznie, a odmienne pod względem religijności państwo czyli Czechy ma wskaźniki kradzieży niższe niż w Polsce, a na czele w statystyce takich przestępstw są katolickie Hiszpania czy Portugalia - w zabójstwach także wyprzedzamy Czechy, a brylują protestancko-katolickie republiki nadbałtyckie, o włos wyprzedzając na przykład katolicką Maltę - i po co to Panu było??...

@eddiepolo w sobota, 07.03.2020, 23:59. Jakiś subtelniejszy trolling może należałoby zostawić, ale tu mamy wyjątkowy pouczający przykład pewnego stylu polemiki niszczącego sens wszelkiej dyskusji. Mniejsza o zmianę "tezy" po tym, jak druga strona ją obaliła - skąd się wzięły tutaj Czechy razem z nieoczekiwanym kryterium rzekomej "najbliższości" kulturowej? - gorzej, że nawet potem ignoruje się lub odwraca oczywiste fakty. Polska w każdej z trzech kategorii zajmuje skromne 23. miejsce na (przypominam) 30 krajów, co przy z grubsza wykładniczym spadku oznacza, że w ujęciu liczbowym jest wręcz dramatycznie daleko za liderami, a blisko krajów od niej bezpieczniejszych. Na przykład u nas w 2017 na 100000 mieszkańców było 7 zabójstw, w Czechach 6, ale na przodującej w statystykach Łotwie (katolicko-protestanckiej? really?) 56. W rozbojach i kradzieżach Polska wyprzedza Czechy (15) o mniej więcej 25-30% (wartości liczbowej nie podano, ale wykres nie pozostawia wątpliwości), Czechy jednak jeszcze bardziej wyprzedzają naprawdę bliską im a katolicką Słowację (9). No i znów, w porównaniu z liderami (Belgia 167, Francja 150, Hiszpania 144, Anglia i Walia 132) to jest tyle, co nic. Za to w pospolitym złodziejstwie (kradzieże aut) Czesi gonią czołówkę: 2004, co daje im 6. miejsce, podczas gdy w tej rzekomo narodowej specjalności wskaźnik w Polsce wynosi 329.

Nie mógł się po prostu ożenić ?

Nie, bo nie chodziło seks tylko w władzę i podziw. To psychopatyczny narcyz musiał być..

Zapewne nic to nie zmieni. Wszyscy pokiwają głowami, zmartwią się, oburzą, inni napiszą że przeceiż tylko uwodził a nie gwałcił. Kluczowe pytanie nie jest też czy warto kontynuować drogę miłości bliźniego bo na to odpowiedź dla każdego kto choć niewielki dar Bożej łaski jest oczywista. Najważniejsze pytanie, które coraz więcej ludzi dobrej woli sobie zadaje to po co nam taki kościół? I może więcej - czy kościół założony przez Pawła i Piotra rzeczywiście dobrze rozeznał naukę i wolę Jezusa. Czy też jest tylko fasadą dla cwaniaków i hipokrytów (a czasem bandytów).
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]