Wiele filarów klęski

Nawet Merkel czegoś takiego by nie przetrwała – komentuje życzliwa na ogół Matteo Renziemu gazeta „La Repubblica”, wskazując na to, że włoski premier popełnił błąd uzależniając swoje dalsze rządy od wyniku referendum.
Czyta się kilka minut
Matteo Renzi po konferencji prasowej, 04.12.2016 r. / / Fot. Andreas SOLARO/AFP/EAST NEWS
Matteo Renzi po konferencji prasowej, 04.12.2016 r. / / Fot. Andreas SOLARO/AFP/EAST NEWS

W istocie, żaden z urzędujących ważnych polityków europejskich nie ma poparcia powyżej 40 procent. Tyle bowiem (albo znacznie mniej) wystarczy, by zmontować większość w parlamencie, ale referendum, zamienione w plebiscyt, było nie do wygrania, wtedy bowiem jest to gra wszystkich na jednego.

A tych „wszystkich” okazało się być naprawdę sporo, z całkiem różnych parafii. Ruch 5 Gwiazd, jak wiadomo, jest przeciw wszystkim, a już zwłaszcza tym, którzy – o zgrozo – spełniają część jego bardziej „socjalnych” postulatów. Renzi potrafił dobrze grać z nastrojami tłumu, tak jak Beppe Grillo, ale za to był mocno przywiązany do projektu europejskiego (zresztą zaangażowanie na rzecz Unii i tak jest we włoskiej klasie politycznej wysoko powyżej średniej) – tego były komik, ostatnio dmący głównie w antyunijne trąby, nie mógł wytrzymać. Liga Północna, czyli ksenofobiczni populiści, zwalcza programowo wszystko, co wyjdzie z okolic Partii Demokratycznej. Ale były też mniej oczywiste filary klęski. Matteo Renzi, słusznie uważany za pewnego rodzaju nowe twórcze wcielenie Berlusconiego (niejeden z punktów jego reformy ustrojowej pojawiał się z dziesięć lat temu w programach boskiego Silvia), był w stanie przez pierwszą fazę tysiąca dni w rządzie zdziałać tak wiele, bo właśnie z liderem Forza Italia umiał zawrzeć pakt, który zerwał nieopatrznie w styczniu tego roku. Uznał wtedy, że nie będzie z Berlusconim negocjował wyboru prezydenta republiki; funkcja to we Włoszech raczej ceremonialna, ale Berlusconi poczuł ujmę na honorze, co wraz z innymi wcześniejszymi urazami skłoniło go do wycofania poparcia.

Najgorzej jednak zaszkodzili Renziemu zazdrośnicy z własnej partii, ludzie, którzy nie mogli mu darować, że startując z zupełnego dna (cztery lata temu jeszcze przegrał partyjne prawybory na premiera) zdobył sprytnym manewrem ster rządów, po czym w paręnaście miesięcy wdrożył lub solidnie przygotował do wdrożenia więcej reform i zmian niż jakikolwiek inny premier po wojnie. Słusznie się obawiali, że związani z poprzednim establishmentem partyjnym nie dostaną przy najbliższych wyborach dobrego miejsca na listach – a w przeciwieństwie do wielu ludzi, których przyciągnął do polityki Renzi, są to przeważnie zawodowi politycy niejako skazani na dożywotnie zasiadanie w parlamencie albo śmierć cywilną.

Zmiany zresztą zniechęciły do Renziego ważne środowiska. Reforma prawa pracy (nawet teraz jest znacznie sztywniejsze niż w Polsce) – tego mu nie darują związkowcy. Próba przepchnięcia i dokończenia kilkunastu wielkich inwestycji infrastrukturalnych o znaczeniu krajowym z pominięciem szczebla regionalnego – wściekli szefowie regionów (odpowiednicy naszych marszałków województw), którym Renzi usiłował zabrać zabawki. Przebudowa edukacji – milion nauczycieli na ulicach, chociaż dla młodszych było trochę marchewek oprócz kija. Ustawa o związkach partnerskich – niechęć wielu środowisk kościelnych, a pamiętajmy, że Renzi to wedle naszych standardów żaden socjalista, tylko lewicujący chadek, i ciche poparcie Kościoła było dlań szalenie ważne. I tak się to złożyło na ogólne poruszenie, do tego zwyczajna dla elektoratu w tej epoce europejskiej niechęć do wszelkich polityków, nawet tych świeżych i młodych. A także złość i frustracja z powodu realnych problemów i niespełnionych obietnic (fatalna kondycja gospodarki, ciągłe widmo krachu systemu bankowego, zablokowane możliwości awansu i rozczarowanie młodych).

Renzi przegrał więc z całkowicie niespójną koalicją ekologów z myśliwymi, redaktorów „Economista” (namawiali do głosowania na „nie”, bo bali się nadmiaru władzy premiera, jaki zapewniała nowa konstytucja) z twardymi antybankowymi krzykaczami, regionalnych baronów chroniących swoje sitwy z ich rywalami marzącymi dopiero o zamianie miejsc. Przegrał więc głównie ze swoją pychą. Sęk w tym, że im dalej będziemy od jego tysiąca dni, tym bardziej będzie oczywiste, że temu człowiekowi udało się tak wiele właśnie dlatego, że kierują nim, niebywałe nawet jak na świat polityki, pycha i ambicja. Połączone z umiejętnością sprytnej kalkulacji i wykorzystywania wszystkich słabości swoich przeciwników.

Krótkie pożegnalne przemówienie Renziego zeszłej nocy było uczciwe, bez kokieterii, z tym minimalnym marginesem miłości własnej, do jakiej mają prawo ludzie zostawiający po sobie realny ślad. Sama końcówka – „Muszę znów iść swoją drogą” – oznacza zapewne, że jeszcze o nim wkrótce usłyszymy. Już nic gorszego niż wczoraj przytrafić mu się nie może. 

 

A my, czyli reszta Europy, jeśli nie chcemy, by Włochy, pozbawione na razie sensownego rządu, nie „pociągnęły w dół” Europy, musimy tym bardziej wykazać solidarność z tym krajem w kwestii uchodźców. Od kiedy szlak przez Turcję został zatamowany, przybywa ich na brzegi Lampedusy i Sycylii coraz więcej – sami Włosi nie dają rady nad tym zapanować, to znaczy przyjąć, ugościć i jakoś zintegrować tych tłumów. Jeśli dalej będą się czuli osamotnieni, zaczną łamać ustalone w ramach Europy reguły. Czyli przymykać coraz bardziej oko na to, że imigranci pomkną dalej na północ. To zaś może pogrzebać szanse na reelekcję kanclerz Merkel za niecały rok. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”