W Sienie

Na oryginały “Miasta nad morzem" i “Zamku nad jeziorem" Ambrogia Lorenzettiego mogłem patrzeć dopiero piętnaście lat po zobaczeniu ich na kartkach pocztowych.
Czyta się kilka minut

Nastąpiło to już w okresie mego pobytu w Paryżu. Gdy tylko znalazłem się w posiadaniu nieco większej sumy, ruszyłem w swą pierwszą podróż do Włoch, przez Szwajcarię. Rozpocząłem ją po sezonie turystycznym, w początkach listopada. Było ciepło i słonecznie. Zabrany płaszcz przez cały czas pozostawał w torbie podróżnej. Jedynie rankami używałem szalika. W każdym kolejnym mieście, gdy wchodząc do wybranego hoteliku słyszałem cenę pokoju, lekko skłoniwszy głowę wycofywałem się ku wyjściu. Wszędzie bez wyjątku osoba z recepcji biegła za mną kolejno obniżając swe propozycje. Zwykle wracałem już przy połowie pierwszej sumy. Dzięki temu nie musiałem się śpieszyć chodząc po Weronie, Padwie czy Rawennie.

Plan, by błądzić po miastach bez ściśle określonego celu i zasięgać wiadomości o mijanych miejscach dopiero, gdy ich wygląd szczególnie mnie zainteresuje, był oczywiście nie do zrealizowania w Wenecji i Florencji. Tam odwiedzałem miejsca powszechnie i zasadnie uważane za najważniejsze, popatrując tylko nieco na boki. Korzystałem z kolei, nabierając przekonania, że jeśli przybędę na dworzec kilka minut przed czasem, zdążę jeszcze złapać pociąg, który miał odjechać dwie godziny wcześniej. Ruszałem zwykle rano, by zobaczyć coś przez okno i przybyć do nowego miejsca w pełni dnia.

W Sienie po wyborze hoteliku zostawiłem w nim torbę i udałem się na poszukiwanie Pinakoteki. Okazało się, że od listopada do połowy marca popołudniami jest zamknięta. Nazajutrz po drugiej kawie tam skierowałem swe kroki. Na progu pierwszej z sal parteru trafiłem na coś sprawiającego wrażenie zebrania związku zawodowego. Zgromadził się tam najpewniej cały personel pałacu Buonsignori. Debatę prowadzono podniesionymi głosami; jedni mówcy wchodzili innym w słowo. W miarę przechodzenia do kolejnych sal zostawiałem tę wrzawę za sobą. Nie mogłem się jednak nie dostrzec kontrastu między opisaną przez Herberta słodyczą i melancholią na twarzach postaci sienieńskiego malarstwa z XIII wieku a podnieceniem dzisiejszych mieszkańców miasta.

Sale pierwszego piętra przebyłem nadal w całkowitej samotności szybkim krokiem. Herbert nie powstrzymał się tam od obelg. Sodoma: “Jest tłusty, wulgarny, a jego forma cierpi na wodną puchlinę. »Omdlenie św.Katarzyny« ma kompozycję ciężką i pretensjonalną, a piaskowy kolor obrazu jest mdły"... Beccafumi: “Ogląda się go z prawdziwą przykrością. Ze świetnej szkoły został już tylko kolorowy dym".

Wreszcie w ostatniej sali drugiego piętra stanąłem przed “Miastem nad morzem" i “Zamkiem nad jeziorem". Po jakimś czasie, doprawdy nie wiem jakim, usłyszałem za sobą głosy. Zacząłem sobie zdawać powoli sprawę z odmiennej melodii. Mówiono nieco ciszej niż na dole. Nie spierano się, lecz raczej nawzajem uzupełniano swe uwagi. Zmieniając miejsce, z którego chciałem patrzeć na te same dwa małe płótna, zobaczyłem w progu sali dwu woźnych nie spuszczających ze mnie wzroku. Wychodząc, dostrzegłem w ich oczach wyraźną niechęć.

Oglądając popołudniem tamtego dnia w Palazzo Publico olbrzymi fresk “Alegoria dobrych i złych rządów" pomyślałem, że gdybym tego nie wiedział, nie przyszłoby mi do głowy, że jest to dzieło tego samego malarza, z którym obcowałem przed paroma godzinami. Piszący o tym dziele, od Herberta do Wojciecha Karpińskiego, znajdują świetną okazję, by opowiadać o historii Sieny, odsyłać do innych lektur. Lorenzetti w Pinakotece jest po prostu do patrzenia.

Wchodzac tam następnego dnia, od razu na drugie piętro, byłem od początku w towarzystwie. Mój stróż zmienił się chyba dwukrotnie.

Trzeciego dnia zostałem wpuszczony, lecz dwu rosłych mężczyzn nie odstępowało mnie na krok, gotowych uprzedzić każdy mój gwałtowny ruch. Gdyby wówczas cokolwiek złego wydarzyło się w innych salach muzeum, miałbym dwu świadków mej niewinności najgłębiej przekonanych o mojej winie.

Nazajutrz rano wyjechałem do Rzymu.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 43/2003