Reklama

W pułapce kompetencji

W pułapce kompetencji

30.01.2017
Czyta się kilka minut
Nie co dzień zdarza się, że dzwoni do człowieka redaktor naczelny „Tygodnika Powszechnego”, więc trochę się zdziwiłam, usłyszawszy niski głos w słuchawce.
Fot. Maciej Zienkiewicz dla TP
Fot. Maciej Zienkiewicz dla TP
S

Stałam akurat na parkingu pod supermarketem w Przasnyszu, w drodze na Mazury, usiłując zabawić znudzone podróżą dzieci. Przez ich pokrzykiwania trochę słabo było słychać krakowską redakcję, toteż propozycja zostania felietonistką zdała mi się najpierw jakimś poważnym zakłóceniem na linii. Gdy jednak po krótkiej weryfikacji okazała się prawdą, pomyślałam: „Jaka wielka szkoda, że będę musiała im odmówić”.

Mój trzeźwo myślący mąż, który chwilę później wsiadł do auta, spytał od razu: „Ale dlaczego?”. Patrząc melancholijnie na mijane przasnyskie okolice, odpowiedziałam: „Po prostu nie czuję się wystarczająco kompetentna”.

Westchnął: „No nie, to ty też?”. A potem opowiedział o swojej wieloletniej obserwacji. Prowadzi w telewizji informacyjnej program, do którego zaprasza różnych ludzi – pisarzy, dziennikarzy, aktorów, reżyserów. Co sobotę gadają o świecie i Polsce, w niewymuszonej atmosferze, pomstując a to na tych, a to na owych. Przez tych kilka lat, niemal za każdym razem gdy dzwonił z pierwszym zaproszeniem do jakiejś kobiety – zazwyczaj już uznanej pisarki, dziennikarki, reżyserki czy aktorki, słyszał zawsze to samo: „Och, doprawdy przemiła propozycja, ale wie pan, ja się jednak nie czuję wystarczająco kompetentna. Mnie się wydaje, że w telewizji mogę opowiedzieć ewentualnie o swojej pracy. Nie jestem pewna, czy mi wypada tak iść i mówić po prostu o tym, co ja myślę o świecie. Niech pan zadzwoni za miesiąc, może będę gotowa”.

Dało mi to do myślenia. By nabrać kompetencji w dziedzinie kobiecego poczucia braku kompetencji, postanowiłam od razu poszukać czegoś na ten temat. Reporterka ABC News Claire Shipman i Katty Kay, jedna z najważniejszych dziennikarek amerykańskiej sekcji BBC World News, przez lata rozmawiały z najbardziej wpływowymi kobietami sukcesu w Ameryce. Osoby ze świata nauki, sportu, szefowie wielkich korporacji – wszystkie te kobiety łączyło jedno: mimo swoich ogromnych i niekwestionowanych sukcesów zawodowych czuły się niepewnie, tak jakby te stanowiska i sukcesy, do których doszły, nie do końca im się należały.

Jedna z najbardziej wpływowych kobiet świata, dyrektor do spraw operacyjnych Facebooka Sheryl Sandberg, przyznała się im w rozmowie, że bywają dni, podczas których ma poczucie, że jest jak oszustka, której psim swędem się udało, jak Nikodem Dyzma mediów społecznościowych, że gryzie ją sumienie, bo w głębi serca czuje, iż nie zasługuje na to, by być tam, gdzie jest.
Clara Shih, jedna z niewielu kobiet na najwyższych stanowiskach w Dolinie Krzemowej, mówi zaś, że przez całe życie miała poczucie, że jest gorsza od swoich kolegów (choć obiektywnie była lepsza, o czym świadczyły jej wyniki na studiach, a potem osiągnięcia zawodowe).

Obie dziennikarki badające problem kobiecego braku wiary we własne siły zauważyły ów syndrom także u siebie. Shipman przyznała, że owszem, przez całe życie uważa się za niewystarczająco dobrą w tym, co robi, wszelkie swoje sukcesy (a korespodentką CNN w Moskwie została w wieku lat dwudziestu paru) tłumacząc zawsze szczęściem, a Katty Kay swój sukces w amerykańskich mediach wyjaśniała po prostu swoim brytyjskim akcentem („sprawia, że brzmi się bardziej inteligentnie” – rzekła).

Wnioski, do których dziennikarki doszły, pracując nad swoją książką „The Confidence Code” były oczywiste – kobiety w porównaniu z mężczyznami nie czują się wystarczająco dobre, by zasłużyć na awans, w większości przypadków zakładają, że pójdzie im gorzej i generalnie nieustająco podważają własną wiarę w siebie i swe możliwości.

Mężczyźni, rzecz jasna, miewają także wątpliwości co do pewnych aspektów swej kariery czy umiejętności, wygląda jednak na to, że nie stanowią one dla nich tak silnej bariery jak dla kobiet. U kobiet brak wiary we własne siły często oznacza, że po prostu rezygnują z podjęcia działań. Przewidując porażkę, wolą jej uniknąć, nie dając sobie najmniejszych szans na sprawdzenie się.
Trudno, żeby było inaczej, skoro już od przedszkola jesteśmy socjalizowane do bycia grzecznymi i ułożonymi, niewystępującymi przed szereg i pokornymi. Dziewczynka jako niesforny łobuz, który robi to, co chce i jak chce – doprawdy rzadkie to dziwo, zresztą każda instytucja ma w zanadrzu jakiś walec do przejechania po takim rarogu. O ile jednak bycie ulubioną uczennicą pani być może jakoś popłaca na etapie szkoły podstawowej, o tyle postawa „siedź w kącie, a znajdą cię” już tak przydatna w dorosłym życiu nie jest.

„A powiedz, mężu – zapytałam w końcu – czy kiedyś jakiś facet powiedział ci, że nie przyjdzie do programu, bo nie czuje się wystarczająco kompetentny?”. „No coś ty” – odpowiedział.

A zatem dzień dobry, oto jestem. Bierzmy tego byka za rogi. ©

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Pani Anno, kobiety się organizują, już zobaczyły jaką mają siłę i chyba czas aby przejęły w wielu sprawach "stery"... I to mówię ja, facet. Powodzenia i czekam z niecierpliwością na kolejne teksty.

Internet, słowo pisane, daje wyjątkową okazję do tego by oderwać się od własnej płciowości i wejść w czysty nieskażony balastem relacji damsko męskich ludzki intelekt. Tu jednak póki co widzę jednak płciową inwazję w tą sferę. W swoim otoczeniu kobiety na stanowiskach widzę raczej, że częściej odznaczają się totalnym brakiem jakiegokolwiek samokrytycyzmu aniżeli czymś co można nazwać "brakiem pewności siebie". Jak na mój gust to raczej rzecz indywidualna nie podlegająca jakiejś regule. Amerykańskie aktorki i piosenkarki bez kompleksów mają się za wystarczająco kompetentne by pouczać prezydenta USA. No i jeśli jakaś kobieta jest faktycznie "niepewna siebie" i w jakiś stopniu sprawia to, że utrudnia jej to "wykorzystanie szansy" to kochający ją mężczyzna posunie się do każdego kłamstwa by ją podbudować :)))

Może to nie jest powszechne zjawisko, ale dość częste, jako przykład polecam lekturę "Kobiet Solidarności" Marty Dzido (najpierw był film dokumentalny) - tam jest szereg wspomnień typu: "na pewno ktoś lepiej poradzi sobie ode mnie", "ja tam nie będę przecież się rozpychać w polityce", a potem jest smutna refleksja, że gdzieś po drodze naprawdę wypchnięto kobiety z głównego nurtu, niekoniecznie świadomie, ale na taki efekt nakładają się też nie zawsze uświadamiane, głęboko zinternalizowane postawy - po obu "stronach" (płciach). Jeśli spotykasz w swoim otoczeniu same pewne siebie kobiety (takie naprawdę asertywne, pozytywnie silne), to tylko pozazdrościć. Poza tym pewność siebie nie wyklucza samokrytycyzmu, zaś wsparcie najbliższych jest bardzo cenne, a nie każda kobieta (podobnie jak nie każdy mężczyzna) je otrzymuje - tylko czemu zaraz to musi być kłamstwo, czemu uwagi Marcina Mellera muszą być bezpodstawne, może jednak są trafne i uzasadnione?

Teza, że brak pewności siebie dotyczy tylko kobiet jest tak nieprawdziwa (na dobrą sprawę rasistowska), że w ustach inteligentnego człowieka to po prostu musi być kłamstwo.

Pani Aniu, w swoim imieniu serdecznie dziękuję, że zawitała Pani na strony Tygodnika. Męża pozdrawiam, oglądam w soboty. Książki Państwa czytam, od Guamardżos po Górę Tajget. Cieszę się, że będę mogła czytać i tu.

Pierwszy raz spotkałam się z taką diagnozą podczas rekrutacji do jednej z dużych firm doradczych - rozmawiałyśmy o wynikach moich testów i miałam określić swój poziom językowy. Rekruterka skwitowała rozmowę stwierdzeniem "wierzę, bo jest pani kobietą" i wyjaśniła, że kiedy kobieta mówi o znajomości języka na poziomie komunikatywnym tzn. że biegle mówi i rozumie, podczas gdy mężczyzna za poziom komunikatywny uznaje już opanowanie zwrotów typu: beautiful lady wonna sex? Od tamtej rozmowy minęło ponad 15 lat i wielokrotnie znalazłam potwierdzenie tej tezy. Kobiety są niekiedy bardziej fachowe niż panowie, ale boją się popełnić błąd, badają sprawę skrupulatniej niż mężczyźni i bywa że mają problemy decyzyjne. Mężczyźni nie boją się niczego - potrafią się spektakularnie mylić i wciskać otoczeniu, że mają rację, robiąc przy tym minę świetnego fachowca nieskażonego żadną wątpliwością. Świat to kupuje bo w większości nie jesteśmy w stanie zweryfikować wiedzy takiego fachowca, więc jego pewność siebie nas przekonuje. Biorąc kredyt spotkałam panów wciskających mi jakieś lipne rozwiązania i przekonujących że to dla mnie korzystne, podczas gdy panie tłumaczyły wszystkie aspekty o wiele rzetelniej. W moim środowisku zawodowym mężczyźni przeważają ogromną pewnością siebie podczas gdy to kobieta (mamy już tylko jedną) jest fachowcem z którego opinią najbardziej się liczę, bo jest skrupulatna i nie przepuści fuszerki. Ogromne różnice między płciami widzę też wychowując dzieci - mój syn bije sobie brawo za każdym razem, niezależnie od tego czy zrobił zadanie dobrze czy źle – po prostu nie widzi błędu - córka była o wiele rzetelniejsza ale mniej pewna siebie. Syn jest ciekawy świata, głośny, ekspansywny i mimo że dość mądry to raczej niechlujny, córka w tym wieku była lepsza w każdym aspekcie ale wycofana i cicha – obawiam się że oboje te cechy przeniosą w dorosłość .

I patologiczne zasady panujące w niektórych koncernach tłumaczy się jakimiś wydumanymi rasistowskimi koncepcjami, a że te rodem z koncernów schematy przenosi się na własny dom i podświadomie zaszczepia dzieciom, to już prawdziwa tragedia. Dawni Afroamerykanie z epoki niewolnictwa też na ogół byli mocno "niepewni siebie", dzisiejsi wprost przeciwnie, to wybitnie dowodzi, że kwestia jest na ogół systemowa, a nie wrodzona.

w rodzinie, czy w przedszkolu. Czy dana osoba będzie przedmiotem, czy podmiotem. Czy będziemy słuchać, czy słyszeć, kochać prawdziwie, czy na pokaz. Pani Anno - czekamy na Panią

Cieszę się bardzo, że będzie Pani nową felietonistką „TP”. Chętnie będę sięgał po Pani tutejsze teksty. Natomiast pozwolę sobie na komentarz do powyższej głównej tezy. Otóż wydaje mi się, że nawet jeśli statystycznie prawdziwa, to w zaprezentowanej wersji jest ona co najmniej „naciągana”. Nie chciałbym wyrokować o kobietach, ale znam dość dobrze pewnego mężczyznę, który właściwie idealnie odpowiada Pani powyższemu opisowi nieczujących się kompetentnymi kobiet: jest wcale inteligentny, ma nie najmniejszą wiedzę ogólną, natomiast bardzo solidną w tych kilku dziedzinach, w których się specjalizuje – jednocześnie jak ognia unika wyrażania swojego zdania na zewnątrz właśnie dlatego, że, jak twierdzi, czuje się nie dość kompetentny, ma zgodne zresztą z prawdą poczucie, że istnieją w Polsce czy na świecie więksi od niego eksperci w poszczególnych kwestiach, ale to, że akurat nie z nimi ma do czynienia, że akurat swojego rozmówcę czy słuchacza wiedzą i doświadczeniem w jakiejś sprawie przewyższa, że mógłby go czegoś nauczyć czy zainspirować... tego jakoś nie bierze pod uwagę i właściwie zawsze, kiedy może się konstruktywnie odezwać, woli siedzieć cicho; a jeśli już się odzywa (zwykle w wąskim i zaufanym gronie, właściwie nigdy publicznie), obudowuje swoje zdanie szeregiem zastrzeżeń co do swoich kompetencji i możliwości mylenia się. Tym mężczyzną jestem ja. (Żeby było śmieszniej – w przedszkolu byłem bardzo przebojowy i raczej niesforny; ciekawe, co sprawiło, że gdzieś u progu podstawówki zmieniłem się tak diametralnie...). Nie wiem, według jakiego klucza rozmówców dobiera sobie Pani Mąż, ale przypuszczam, że jeśli zacznie zapraszać np. naukowców (w takim środowisku się zwykle obracam), to regularnie zacznie słyszeć i od mężczyzn, że są zmuszeni odmówić ze względu na swój brak kompetencji. A wówczas (co oczywiście odnosi się i do kobiet, i do mężczyzn) warto zorientować się, w jakich dziedzinach taka osoba czuje się choć troszkę kompetentna – jeśli da się namówić na taki temat, rozmowa powinna wypaść znakomicie pod względem merytorycznym. :-)

Odradzam, to typowo męskie zajęcie :) W każdym razie witamy Panią serdecznie na pokładzie TP. Tekst mi się podobał.

Znam tylko jeden udokumentowany przypadek "brania byka za rogi" (Masutatsu Oyama), tak na ogół stosuje się takie kółeczko w nozdrzach, nikt przy zdrowych zmysłach (no chyba, że się jest Oyamą) byka za rogi nie bierze.

Myślałem tutaj o torreadorach. Wśród nich, o ile wiem, kobiety to rzadkość :) Ale dziękuję za informację o krzepkim Japończyku. Pozdrawiam serdecznie.

Pani Annie "jestem-niekompetentna-jak-twierdzą-wszystkie-najbardziej-kompetentne-kobiety-świata" Dziewit-Meller radzę, żeby nieco powściągnęła swoją hipokryzję.Odrobinę większa dawka byłaby już śmiertelna.

wstyd...
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]