Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Unia: nowe otwarcie

Unia: nowe otwarcie

03.04.2017
Czyta się kilka minut
Jak wypracować nowy europejski konsensus? Wbrew pozorom zwolennicy Angeli Merkel i Viktora Orbána mogą się ze sobą porozumieć.
P

Patrząc na stan Unii Europejskiej w 60. rocznicę rozpoczęcia procesu jej integracji widać, że wiele z tradycyjnej retoryki europejskiej, jak ujęłaby to zapewne kanclerz Niemiec Angela Merkel, „nie jest już pomocne”. Oto kilka przykładów na poparcie tej tezy. Można je nazwać „mantrami” klasycznej debaty europejskiej – w sanskrycie określa się tym słowem często powtarzane dźwięki, które energii duchowej mają nadać wymiar materialny.

Zmierzmy się z trzema z nich – tymi najczęściej powtarzanymi.

Tak, ale...

Mantra pierwsza: „Kryzysy wzmacniają Unię Europejską”. Faktycznie, do tej pory często tak bywało. Jednak nawet najwięksi optymiści przyznają, że przy takim skumulowaniu kryzysów, z jakim mamy do czynienia obecnie, Unia Europejska może się rozpaść. Taka ewentualność bywa potem interpretowana jako wezwanie do zacieśnienia integracji, ale jeżeli to, co jeszcze wczoraj było oczywiste, dzisiaj się nie sprawdza, to czy nie oznacza to, że „recepty z wczoraj” już nie pomagają?

Mantra druga: „Więcej Europy”, czyli metafora rowerzysty. Przenoszenie kompetencji rządów państw członkowskich na instytucje Unii Europejskiej oraz postrzeganie jako historycznej konieczności coraz ściślejszej współpracy w ramach Unii bywa porównywane do rowerzysty, który musi wybierać między jazdą a upadkiem. A przecież logika podpowiada inną odpowiedź: wystarczyłoby, jak sugerował John Bruton, b. premier Irlandii, postawić stopę na ziemi. Innymi słowy: dekada bez zmian traktatowych wyszłaby nam wszystkim na dobre. Dziś każda próba wprowadzenia jakichkolwiek zmian w traktatach, przy tak wyraźnych rozbieżnościach zdań wewnątrz Unii, skończyłaby się polityczną katastrofą. Nie zmieni tego ani Brexit, ani szok wywołany prezydenturą Donalda Trumpa.

Mantra trzecia: „Gdy znikną państwa narodowe, wszystko będzie w porządku”. Takie przekonanie przez długi czas utrzymywało się zwłaszcza w Niemczech. Nie doceniliśmy jednak siły tożsamości narodowych i odrzuciliśmy możliwość połączenia nowoczesnego państwa narodowego z demokracją. „Stany Zjednoczone Europy” jeszcze przez długi czas pozostaną utopią. W najbliższym czasie nie wchodzi też w grę jakiekolwiek poszerzenie stosowania tzw. metody wspólnotowej dla Komisji Europejskiej. W czasie kryzysu strefy euro państwa członkowskie już uzyskały w Radzie Unii Europejskiej realny wpływ na KE. Nie ma w tym nic złego. Przekonanie, że tylko ponadnarodowe instytucje, jak Komisja Europejska, mogą realizować racjonalną politykę, jest błędne; podobnie jak powrót do państw narodowych nie jest możliwą do przyjęcia alternatywą. Jeśli państwa narodowe będą działać wyłącznie na rzecz własnych, krótkookresowych interesów; jeżeli nie będą uznawać wspólnych wartości, których należy bronić (przejściowo ponosić wręcz dla ich spełnienia ofiary) – staniemy wobec ryzyka regresu na ogromną skalę.

Co należy zrobić?

Jeśli Unia Europejska chce odzyskać nadszarpniętą ostatnio wiarygodność, musi wykazać się konkretnymi sukcesami. Oznacza to przede wszystkim przywrócenie zrównoważonego wzrostu gospodarczego. Tego nie da się jednak osiągnąć wyłącznie poprzez zacieśnienie współpracy w ramach strefy euro czy też poprzez wymagające programy inwestycyjne, jak chociażby tzw. Plan Junckera. Należy zacząć od ustabilizowania budżetów i reform strukturalnych – rynku pracy, systemu emerytalnego, ograniczenia biurokracji.

Potrzebujemy także konkretnych sukcesów w dziedzinie bezpieczeństwa wewnętrznego i zewnętrznego. W walce z terroryzmem służby wywiadowcze powinny lepiej ze sobą współpracować; należy zwiększyć budżety wszystkich państw członkowskich na obronność. Nie dlatego, że chce tego Donald Trump, ale dlatego, że jest to konieczne wobec narastającej agresji rosyjskiej (oraz, to prawda, zwyczajnie przyzwoite wobec amerykańskich podatników i żołnierzy). Ponadto, należy pilnie zacieśnić współpracę Unii z NATO. Niemcy muszą wreszcie przestać koncentrować się na logistyce i działaniach typu soft power czy unikać udziału w misjach zbrojnych. Bez znaczącej zmiany podejścia Niemiec do prawnie uzasadnionego użycia sił zbrojnych nie dokona się żaden postęp w rozwoju zdolności Unii do obrony i działań interwencyjnych, bez których nie będziemy mogli wspierać stabilizacji w naszym najbliższym sąsiedztwie.

Wszystkich tych zmian nie da się przeprowadzić pod presją (lub jeszcze gorzej: pod przymusem) Brukseli. Powinny one wynikać ze zrozumienia ich konieczności przez rządy państw członkowskich. Centralizacja całej Unii lub jej części (tzw. jądra Europy) – wskazywana czasem np. jako możliwa reakcja na Brexit – nie jest ani możliwa, ani pożądana. Zamiast tego lepiej byłoby dla Europy, gdyby odwołała się do starej, dobrej zasady subsydiarności, zakorzenionej m.in. w chrześcijańskiej nauce społecznej. Odnosi się to w szczególności do kwestii społeczno-politycznych, jak małżeństwa osób tej samej płci czy aborcja. Obszary te nie należą do kompetencji Unii i przy całej mojej sympatii dla skutecznych protestów w Polsce przeciwko całkowitemu zakazowi aborcji – nie można pozwolić eurosceptykom z prawej strony, aby urwalali wrażenie, że wyłącznie Unia o nich decyduje.

Ułatwiłoby się im w ten sposób podsycanie złości na Brukselę. Jedynym obszarem, w którym wywieranie nacisku przez Unię jest uzasadnione, jest przestrzeganie zasad państwa prawa: podziału władzy, pluralizmu i prawidłowo funkcjonującego społeczeństwa obywatelskiego.

Ważną kwestią w tym kontekście jest też idea tzw. Europy różnych prędkości. Niektóre państwa członkowskie mogą pogłębiać integrację w pewnych dziedzinach bez zobowiązywania innych do ich naśladowania. Już teraz jest to możliwe w ramach obowiązujących traktatów – przykładem służą strefa euro oraz strefa Schengen. Tak długo, jak w ramach tych grup nie powstaną nowe instytucje (np. nowy parlament) i nie powstanie żadne centrum decyzyjne, które oddziaływałoby także na konkretne terytorium (np. państwa „starej” Unii), nie powinno to budzić niepokoju.

Rządzić musi prawo

W dyskusjach i sporach na temat, kim – jako obywatele Unii Europejskiej – chcemy być za 20 lat (a o nic innego nie chodzi np. w debacie dotyczącej uchodźców), trzeba nieustannie słuchać, starać się rozumieć i komunikować. Kiedy wizję Angeli Merkel przeciwstawia się tej prezentowanej przez Viktora Orbána, to dla wielu Europejczyków Merkel opowiada się za Europą wieloetniczną i wieloreligijną, zaś Orbán obstaje przy Europie „białej” i chrześcijańskiej. Obydwie wizje powinny jednak w niecowiększym stopniu uwzględniać zasadę społeczeństwa otwartego.

Bez względu na to, co Fidesz, partia węgierskiego premiera, uważa za politykę konserwatywną, w Budapeszcie należy przestrzegać zasady praworządności. Niezależnie od tego, jakim poparciem węgierscy wyborcy obdarzyli partię rządzącą, wszystkie państwa członkowskie Unii tę podstawową zasadę uznały. Podobnie niezachwiani zwolennicy kanclerz Niemiec powinni przyjąć do wiadomości, że niekontrolowana migracja z najbiedniejszych i ogarniętych przemocą regionów świata (jak również toksyczność samej debaty na ten temat) stanowi ryzyko dla społeczeństwa otwartego. Każda ze stron powinna powstrzymać się od odmawiania tej drugiej „europejskości” i uzurpowania sobie prawa do głoszenia jedynej słusznej wizji przyszłości.

W ten sposób można by dokonać nowego otwarcia dla Europy, otwarcia, które oderwie nas od tradycyjnych sposobów myślenia, i przedłożyć realny postęp nad wielkie wizje. To nowe otwarcie musi stworzyć możliwość wypracowania nowego europejskiego konsensusu.

Rozmawiajmy o tym. Prowadźmy dialog – a nie monologi. ©

ROLAND FREUDENSTEIN jest zastępcą dyrektora fundacji Wilfried Martens Centre for European Studies; w latach 1995–2001 był dyrektorem Fundacji Konrada Adenauera w Polsce.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]