Skradła serce Ludwika XV i zgorszyła cały jego dwór. Kim była Jeanne du Barry?

Popkultura uwielbia takie bohaterki – czy może być coś bardziej pociągającego niż wystawny kostium, szczypta seksu i umiarkowany feminizm w jednym? A w tle historia, plotka i legenda zmieszane w dość swobodnych proporcjach.
Czyta się kilka minut
Kadr z filmu „Kochanica króla Jeanne du Barry” / MATERIAŁY PRASOWE GUTEK FILM
Kadr z filmu „Kochanica króla Jeanne du Barry” / MATERIAŁY PRASOWE GUTEK FILM

Jeanne du Barry, „dziewczyna znikąd”, która stała się królewską faworytą, doskonale uosabia buduarowe fantazje podszyte bardziej krytycznym przekazem. Była wszak stręczoną przez przyszłego męża luksusową kurtyzaną, a zarazem kobietą próbującą używać swoich wdzięków i przekuwać wyznaczone jej role na własną korzyść. Prócz urody miała w sobie błyskotliwość, niespotykany tupet, pasję do lektur i jeszcze większą pasję życia, czym skradła serce Ludwika XV i zgorszyła niemal cały jego dwór.

Lubiła nosić rozpuszczone włosy, męskie ubrania i niekonwencjonalne pasiaste suknie. Otrzymawszy w prezencie czarnoskórego chłopczyka, nie uczyniła go niewolnikiem, lecz codziennym towarzyszem, nieomal własnym dzieckiem. W przeciwieństwie do mieszkańców Wersalu potrafiła wyrażać uczucia i przywiązywać się, chroniła słabszych i pokazywała język silniejszym. Słowem, wyprzedzała swój czas. Nic więc dziwnego, że postać tak popularna w okresie klasycznym kina, grana przez Thedę Barę, Polę Negri czy Martine Carol, ponownie wypłynęła właśnie teraz. Choć przecież polski nadtytuł, „Kochanica króla”, nie pozostawia wątpliwości, co w tej bohaterce nadal wydaje się twórcom najbardziej atrakcyjne.

Mówi się, że współscenarzystka i reżyserka strzeliła sobie w stopę obsadzając samą siebie w roli głównej. Pomijając drażliwą kwestię różnicy wieku (nie takie przekroczenia już widzieliśmy na ekranie), film momentami bardziej przypomina aktorski benefis w autentycznej scenografii wersalskich wnętrz i ogrodów aniżeli biografię. Ale w tej decyzji obsadowej jest jakaś metoda.

Aktorka ma w sobie współczesny, zawadiacki wdzięk, który pozwalałby zobaczyć w Jeanne kogoś więcej niż rozdokazywanego „hajduczka”, łasą na klejnoty „sroczkę” albo po prostu wprowadzoną na salony „ulicznicę”. Również biografia i filmografia Maïwenn, mocno naznaczone przez znanego francuskiego reżysera, mogłyby wskazywać na śmielsze odczytanie historycznej postaci.

Tymczasem twórczyni, która w nader spektakularny sposób broni dziś Luca Bessona przed oskarżeniami o seksualne nadużycia, okazuje się równie spektakularna i równie zachowawcza w swojej wizji ­Jeanne du Barry. A uszminkowany Johnny Depp w roli Ludwika XV gra niejako siebie – zabalsamowanego żywcem gwiazdora i króla tabloidów, skompromitowanego przez łóżkowe afery. I mogłaby z tego wyjść zabawna wielopoziomowa gra: z epoką, biografią, wizerunkiem, wymagałaby jednakże bardziej zdecydowanego liftingu dla romansu sprzed wieków.

Zamiast tego oglądamy eleganckie widowisko z elementami umoralniającej (raczej w dzisiejszym duchu) przypowiastki. Schowany za kadrem i szeleszczący papierem narrator raz po raz ustępuje miejsca groteskowemu teatrzykowi dworskiemu, w którym to zresztą kobiety, zapiekłe antagonistki Jeanne, wypadają najbardziej operetkowo. Konkurować mogą z nimi chyba tylko kościelni notable, nadający ton Wersalowi, choć unosi się już nad nim duch Wielkiej Rewolucji. Toteż na ironię zakrawa fakt, że pochodząca z ludu dziewczyna, nieślubne dziecko krawcowej, tak zaciekle walcząca o swoje miejsce na dworze i zarazem tak niepasująca do niego, wkrótce podzieli los swoich chlebodawców i prześladowców.

Problem z Maïwenn polega na tym, że podobnie jak jej bohaterka chciałaby być zbuntowana i jednocześnie pozostaje zakładniczką konwencji. Zrobiła film dziwnie staromodny, jakby Sofia Coppola nie nakręciła dużo wcześniej campowej „Marii Antoniny”, Yórgos Lánthimos tragikomicznej „Faworyty” czy Albert Serra „Śmierci Ludwika XIV”, kontemplującej trawione chorobą ciało króla. Nie mówiąc o wywrotowym „W gorsecie” Marie Kreutzer, choć ten akurat tytuł powstawał równolegle do filmu o du Barry.

W czasach #MeToo coraz chętniej sięga się po kostium „z epoki”, by z jednej strony rewidować przeszłość, z drugiej zaś powiedzieć coś istotnego o nas dzisiaj. Udało się to np. François Ozonowi w „Mojej zbrodni”, ciągle pokazywanej na dużych ekranach. Czyli w bulwarowej komedii osadzonej, dla odmiany, w Paryżu lat 30., gdzie satyra na ówczesne stosunki panujące w teatrze, kinie, mediach, sądownictwie i relacjach damsko-męskich poddaje wszystko brawurowej karnawalizacji.

Na takim tle „Jeanne du Barry” staje się przyjemną dla oka konfekcją historyczno-obyczajową. I nie chodzi o to, by przypadek królewskiej kurtyzany musiał od razu zamieniać się w polemiczny głos na temat miejsca kobiet w historii. Albo żeby wsadzać kij w mrowisko, jakim jest dyskusja wokół normalizacji pracy seksualnej – na ile w tym przypadku była to konieczność, na ile wybór. Adaptacje „Niebezpiecznych związków” czy seriale typu „The Crown” przekonują, że pod paradnym kostiumem, wyrafinowaną intrygą i odwiecznymi hierarchiami kryją się powszechnie odczuwane namiętności czy słabości, które oglądamy z perwersyjną rozkoszą, zrównują bowiem mieszkańców Olimpu i zwykłych śmiertelników. Tutaj chodziło zapewne o wyjście poza zwykłą identyfikację – o indywidualną herstorię, którą trzeba było opowiedzieć na nowo. Ta obietnica, podobnie jak wiele innych w „Kochanicy”, okazała się przestrzelona.

W jednej ze scen filmu pojawia się metalowa krynolina, symbol zbytku i zarazem pozycji kobiet w XVIII wieku, przybierający wówczas najbardziej karykaturalne rozmiary. Wygląda niczym pusta klatka. Szkoda, że wypełniono ją głównie ckliwymi emocjami czy krotochwilną krytyką dworskiego ceremoniału i hipokryzji. Ani też nie uwolniono z niej samej bohaterki.

Bo wierząc w szczerość jej finałowych łez, nie bardzo wiemy, czy Jeanne płacze bardziej za utraconą miłością, czy może za utraconą pozycją społeczną i pałacowym splendorem. Chwilę później gilotyna unieważni podobne dylematy, co nie zmienia faktu, że robiąc z madame du Barry wielką heroinę, ofiarę feudalizmu, patriarchatu i przewrotnego losu, film serwuje nam tragiczność mocno upudrowaną. Nazbyt dekoracyjną i deklarowaną, a przez to mało wiarygodną. ©

KOCHANICA KRÓLA JEANNE DU BARRY – reż. Maïwenn. Prod. Francja 2023. Dystryb. Gutek Film. W kinach od 25 sierpnia.

Maïwenn to francuska aktorka, która karierę w kinie zaczynała jako dziecko. Jej związek z Lukiem Bessonem, twórcą „Leona zawodowca”, i macierzyństwo w wieku 16 lat wywołały wiele kontrowersji. Od 2004 r. pisze scenariusze i kręci filmy. Za „Polisse” otrzymała Nagrodę Jury w Cannes. Ma też na koncie „Moją miłość” i „DNA”, gdzie nawiązuje do swych algierskich korzeni.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 35/2023

W druku ukazał się pod tytułem: Pusta klatka