Reklama

Siła zmyślenia

Siła zmyślenia

23.10.2016
Czyta się kilka minut
Gdy 500 lat temu Tomasz Morus drukował w Louvain swą „Utopię”, wiedział, do jakiego świata I co chciałby w nim usłyszeć.
U

Utopia – co zawarł w jej nazwie (z greckiego „nie-miejsce”, czyli „miejsce, którego nie ma”) – była jednak krainą nieprawdopodobną. To jedynie marzenie, hipoteza, w której istnienie nie można uwierzyć – i słuchacze opowieści, realne postaci z Antwerpii, tylko podkreślają dystans, jaki dzieli nas od zmyślenia. Od świata, w którym panuje równość i sprawiedliwość, zorganizowanego tak, by jego mieszkańcy byli w nim szczęśliwi. Na marginesie i nie wprost, ale dowiadujemy się też, że to szczęście albo wszelkie inne uczucia wyrażać oni mogą muzyką. I to nie byle jaką: „ich muzyka, zarówno wokalna, jak i instrumentalna, tym niewątpliwie góruje nad naszą, że doskonale naśladuje i wyraża naturalne nastroje duszy: tony tak są dostosowane do charakteru uczuć, czy chodzi o wyrażenie postawy błagalnej modlącego się, czy jego radości, skruchy, niepokoju, smutku lub gniewu, melodie tak prawdziwie oddają treść tych stanów psychicznych, że w dziwny sposób wzruszają, przenikają i zapalają serca słuchaczy”.

Waga zmysłów

Był rok 1516 i pełny rozkwit polifonii zwanej renesansową. Najwyraźniej jednak nie była ona spełnieniem marzeń humanisty. Nowocześnie wyedukowany, najpewniej wiedział, o jakie siły muzykę podejrzewali – albo wręcz oskarżali – starożytni. Z jednej strony człowiek miał być istotą harmonijną, w której muzyka – właśnie dzięki zgodności tonów – przywraca wewnętrzny ład i porządek (co głosi Platon w „Timaiosie”). Na tej zasadzie opierała się śpiewana w katedrach polifonia i tę muzykę Morus znał.

Na kartach „Utopii” pada jednak negatywna jej ocena, skoro mieszkańcy wyśnionej krainy mają muzykę całkiem inną i lepszą. Późniejszy święty męczennik okazuje się estetykiem i krytykiem, zrywającym radykalnie ze wszystkimi obowiązującymi wówczas jeszcze od czasów Boecjusza koncepcjami. Nie dość na tym: ewidentnie poddaje muzykę osądowi doświadczalnemu – zamiast zestawiać ją z teorią – i na tej podstawie formułuje opinię. Otóż może i nasza muzyka, którą śpiewamy i gramy (musica instrumentalis) ma mieć funkcję odzwierciedlania boskiej harmonii świata (musica mundana), a jej brzmienie powinno ożywić harmonię istoty człowieka (musica humana), ale najwyraźniej ten mechanizm nie działa. Gdyby działał, nie byłoby potrzeby szukania innego.

Skąd to wie? Wystarczy, że słyszy, bo jako istota ludzka ma ostateczne prawo, by to ocenić: „Natura tak to urządziła, że wyłącznie człowiek posługuje się tymi zmysłami z przyjemnością (...); żadne wreszcie stworzenie poza człowiekiem nie rozpoznaje [z pomocą słuchu] różnicy między harmoniami dźwięków i dysonansem”.

Nie mniej niż dla nas dzisiaj jasne jest też dla Morusa, że muzyka nie jest kwestią metafizycznej spekulacji, lecz zjawiskiem zmysłowym. Przecież „rozkosz jest [także] wynikiem wyraźnego działania jakiejś tajemnej siły, która nasze zmysły łechce, czaruje i pociąga ku sobie; takiej rozkoszy doznajemy słuchając muzyki”.

Naturalnie pomysł z przejmującym wyrażaniem przez muzykę uczuć, tak radykalny i wówczas – nomen omen – utopijny, Morus najpewniej również wyczytał, i to z tego samego Platona. W „Państwie” mamy wyraźnie powiedziane, że słuchanie poszczególnych tonacji powoduje konkretne zachowania ludzi – w związku z tym należy dopasować je do zadań, jakie człowiek ma do wykonania, a niektórych wręcz zabronić. Ba, muzyka jest dla państwa sprawą fundamentalną: każda zmiana w jej stylu pociąga za sobą wstrząsy i przemiany polityczne. Nie dziwmy się, skoro taki wpływ mają same tonacje... Jeżeli jednak połączymy te myśli z poetyką, w konsekwencji stanie się oczywiste, że muzyka kształtuje, ale i wyraża uczucia. I że to właśnie może być jej zasadnicze znaczenie, największa wartość. I że to właśnie się sprawdzi. Co lutnista Tomasz Morus mógł wiedzieć. Również z doświadczenia.
Skoro tak, to może czas na nasz postulat? Autor „Utopii” patronem krytyków muzycznych! Brzmi... emblematycznie?

Niedoczekanie

Tomasz Morus nie miałby szczęścia dożyć spełnienia swych artystycznych koncepcji, nawet gdyby Henryk VIII w łaskawości swojej nie uznał, że ścięcie głowy będzie wystarczającym wyrazem podziękowania – za służbę i domniemaną rezerwę wobec prawowitości kolejnej królowej oraz uczynienia z króla lokalnego papieża – nie jest więc konieczne, by byłego już lorda kanclerza dodatkowo wieszać, topić i ćwiartować. Co proponował światły i niezależny sąd, złożony z najbardziej odpowiedzialnych osób, jak następca Morusa na państwowej godności albo nowy szwagier czy teść króla. Choć w Europie odrodzenie właśnie w pełni dojrzało i zbierało owoce, cały wiek XVI zanurzył się w problemach religii tak głęboko, że nie sposób było wyciągnąć z niej muzyki, chyba że pod groźbą całkowitej anatemy. Do czego nie doszło, ale skutkiem było zakonserwowanie roli polifonii – muzyki uświęconej tradycją, jedynej, na którą można się było zgodzić, gdy walka szła o zbawienie całych narodów. Trzeba było, by emocje opadły (choćby nietrwale), by ustąpił stan wzajemnego oblężenia (choćby iluzorycznie) – i wówczas dopiero można było wrócić do problemu muzyki według koncepcji starożytnych. Czyli de facto renesansu w muzyce.

Zadanie, jak uczy historia, dopiero w samym końcu stulecia wypełnili goście odwiedzający Palazzo Bardi we Florencji i tworzący towarzystwo zwane cameratą. Tam też, nieświadomie i paradoksalnie inaugurując barok, dzięki wypracowanemu połączeniu ze słowem i jego znaczeniem, zaczęła powstawać muzyka, która miała za zadanie „dostosować [tony] do charakteru uczuć”, by „melodie tak prawdziwie oddawały treść stanów psychicznych”.

Niebawem, już w 1607 r., marzenie Morusa ostatecznie zrealizowane zostało w „Orfeuszu” Monteverdiego. Pierwszą operę pozostającą żywym arcydziełem, po czterech stuleciach wciąż „zapalającą serca słuchaczy”, otwiera wiele mówiąca deklaracja: „Ja jestem Muzyka, co słodkimi akcentami / umie ukoić każde udręczone serce, / albo też szlachetnym gniewem lub miłością / / rozpalić najbardziej skostniałe umysły”. ©

Muzycznych związków z „Utopią” Morusa szukać będzie zespół La Morra 8 listopada o godz. 18.00 w Centrum Kultury Zamek w Poznaniu

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

Podobne teksty

Chris Hadfield, Wojciech Brzeziński
Pablopavo, Błażej Strzelczyk
Wojciech Waglewski, Katarzyna Kubisiowska

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]