Reklama

Sądy nad byłymi prezydentami

Sądy nad byłymi prezydentami

w cyklu STRONA ŚWIATA
26.06.2020
Czyta się kilka minut
Odsunięci od władzy prezydenci sądzeni są za nadużywanie władzy, łamanie konstytucji i korupcję. Kirgiz Ałmazbek Atambajew został właśnie skazany na pobyt w karnej kolonii.
Ałmazbek Atambajew podczas wizyty w Moskwie. Fot. Sputnik/EAST NEWS
S

Sąd w kirgiskiej stolicy Biszkeku skazał byłego prezydenta na 11 lat i dwa miesiące pozbawienia wolności. Nakazał też odebrać mu wszystkie cztery nadane wcześniej państwowe odznaczenia i tytuły honorowe oraz majątek, na który składa się pokaźna liczba nieruchomości, samochodów i rachunków bankowych, firm, spółek z ograniczoną odpowiedzialnością i fundacji. Prawnicy Atambajewa zapowiadają odwołanie od wyroku.

Byłego prezydenta czeka jeszcze jeden proces i kolejny wyrok. Tym razem za współudział w zabójstwie policjanta (a także branie do niewoli zakładników, znieważanie munduru, zamach na przedstawiciela władz i próbę przewrotu), który zginął, gdy w sierpniu ubiegłego roku siły porządkowe przypuściły szturm na podmiejską rezydencję Atambajewa, by go aresztować i przymusem doprowadzić przed sąd.

Życiowy błąd

Atambajew jest trzecim prezydentem niepodległej Kirgizji i pierwszym, który złożył urząd. Pierwszy prezydent Askar Akajew (1990-2005) został obalony w wyniku ulicznej rewolucji, nazwanej „rewolucją tulipanów”, a jego pogromca i następca Kurmanbek Bakijew (2005-2010) – wskutek kolejnej ulicznej rewolucji, której wobec powszechnego rozczarowania tzw. kolorowymi rewolucjami z początku stulecia żadnej nazwy już nie nadano.

Atambajew należał do przywódców obu ulicznych buntów, ale na prezydenta został wybrany w 2011 roku w wolnych i uczciwych wyborach, z których słynie Kirgizja – od pierwszych dni istnienia zasłużenie nazywana samotną wyspą demokracji na morzu środkowoazjatyckich satrapii. W tym roku amerykańska organizacja praw człowieka Freedom House ponownie przyznała jej ten tytuł, choć pozbawionej dostępu do morza Azji Środkowej Kirgizji – Morze Kaspijskie dla wielu jest jedynie wielkim jeziorem – właściwiej byłoby ją nazywać oazą wolności pośrodku pustyni satrapii.

Kiedy upłynęła jedyna dopuszczona konstytucją, sześcioletnia prezydencka kadencja, Atambajew dobrowolnie zszedł z prezydenckiego fotela, robiąc miejsce swojemu następcy Sooronbajowi Dżeenbekowi. Były prezydent sam go wybrał i namaścił na dziedzica. Pozbawiony charyzmy i ambicji Dżeenbekow wydawał się doskonałym, bezwolnym figurantem, którym Atambajew miał manipulować jak kukiełką w teatrze lalek. W ten sposób nie ponosząc żadnej odpowiedzialności wciąż sprawowałby pełnię władzy, w której się rozsmakował. Trudno się dziwić – jak na polityka wciąż pozostaje młodym, zaledwie 63-letnim człowiekiem.

Przeliczył się bardzo, bo po wygranych w 2017 roku wyborach Dżeenbekow poczuł nagle, że chce mieć niepodzielną władzę i niespodziewanie – zapewne także dla samego siebie – odkrył w sobie męża stanu. Dała też znać o sobie druga obok porywczości cecha – albo, jak chcą niektórzy, wada – Kirgizów – ich wybujałe poczucie dumy, nakazujące, by za żadną cenę nie wystawić się na pośmiewisko.

Już w pierwszym roku prezydentury Dżeenbekow przestał słuchać rozkazów Atambajewa, a w drugim Atambajew zaczął publicznie się skarżyć, że udzielając błogosławieństwa niewdzięcznikowi popełnił największy błąd życia. Jak wielki to był błąd, przekonał się na własnej skórze, bo posłuszna prezydentowi prokuratura oskarżyła jego poprzednika o korupcję i wszczęła przeciwko niemu śledztwo. Kiedy sędziowie, równie usłużni jak prokuratorzy, kazali Atambajewowi stawić się przed trybunałem, prezydent odmówił. Władze posłały więc przeciwko niemu policję. W wiejskiej rezydencji Koj-Tasz, przerobionej na warowną twierdzę, doszło do regularnej bitwy, w której jeden z policjantów, 47-letni Usenbek Nijazbekow zginął, a 80 jego towarzyszy zostało rannych. Poszkodowanych została także setka obrońców Atambajewa. Sam były prezydent, pragnąc zapobiec wybuchowi trzeciej rewolucji, oddał się w ręce policji.

Pierwszy w historii

Na 11 lat kolonii karnej (prokuratura domagała się 15 lat więzienia) Atambajew został skazany za to, że w 2013 roku kazał wypuścić z więzienia miejscowego „księcia złodziei”, Czeczena Aziza Batukajewa. Świadectwa lekarskie, które przedstawił Batukajew, zaświadczały, że jest śmiertelnie chory. Atambajew zgodził się go uwolnić, by Batukajew mógł umrzeć w rodzinnym aule w kaukaskich górach. Uwolniony Czeczen cudownie ozdrowiał, ale kategorycznie odmawiał powrotu do kirgiskiego więzienia. Prokuratura i sąd uznały, że uwalniając przestępcę Atambajew nadużył władzy, jednocześnie nie dopełniając prezydenckich obowiązków.

Kolejny proces w sprawie bitwy w Koj-Tasz wciąż trwa, ale z powodu epidemii wirusa SARS-CoV-2 (Kirgizi zastanawiają się właśnie, czy nie wrócić do rygorów, jakie wprowadzili wiosną i poluzowali z początkiem lata) nie wiadomo, czy zakończy się przed wyborami parlamentarnymi planowanymi na początek października. Nie wiadomo też, czy same wybory nie zostaną z powodu wirusa odwołane.

Atambajew przeszedł więc do historii jako pierwszy kirgiski prezydent, który doszedł do władzy w wolnych wyborach, pierwszy, który ją po dobroci oddał, i pierwszy, który trafił za kratki. Pierwszy prezydent niepodległej Kirgizji Askar Akajew podczas Rewolucji Tulipanów wyjechał z kraju i do dziś żyje w Rosji, gdzie zresztą mieszkał i pracował jako uczony, zanim nie wrócił do ojczyzny, by zająć się polityką. Nikt w Biszkeku za nic sądzić go nie chciał.

Sąd urządzono natomiast nad następcą Akajewa i poprzednikiem Atambajewa, Kurmanbekiem Bakijewem i jego równie liczną, co pazerną rodziną, a zwłaszcza sześcioma braćmi i dwoma synami. Bakijew, który podczas rewolucji uciekł na Białoruś, gdzie przyznano mu azyl polityczny, został skazany zaocznie na dożywocie za nadużywanie władzy i korupcję. W udzielonym niedawno wywiadzie Bakijew stwierdził, że wciąż uważa się za ofiarę politycznego polowania na czarownice i że gotów jest stanąć przed każdym międzynarodowym sądem, który zapewniłby mu uczciwy proces. W Hadze, Strasburgu czy Mińsku.

Przewrót pałacowy

Sądy nad byłymi prezydentami (i to dwoma jednocześnie) odbywają się także w Armenii, dawnej siostrze Kirgizji z czasów, gdy obie wchodziły w skład Związku Radzieckiego. W zeszłym tygodniu sąd w Erywanie zgodził się, by za niewyobrażalnie wysoką jak na Armenię kaucją na wolność został wypuszczony drugi prezydent niepodległej Armenii Robert Koczarian (1998-2008) i w procesie o próbę zamachu stanu oraz korupcję odpowiadał z wolnej stopy.

Koczarian i jego następca Serż Sarkisjan (2008-18) pojawili się na politycznej scenie w Erywanie jako przywódcy i bohaterowie wojny w Górskim Karabachu, ormiańskiej enklawie w Azerbejdżanie, która pod koniec istnienia Związku Radzieckiego podniosła zbrojne powstanie, a zwyciężając w secesyjnej wojnie w 1994 roku, ogłosiła samozwańczą niepodległość. Armenia wspierała karabachskich powstańców, a ruch domagający się odłączenia Karabachu od Azerbejdżanu (Azerowie, kuzyni Turków, uważani są przez Ormian za historycznych wrogów) przeistoczył się w ruch niepodległościowy i wydał spośród siebie pierwszego prezydenta niepodległej Armenii Lewona Ter-Petrosjana (1991-98).

Pod koniec lat 90. Armenia stała się polityczną zakładniczką sprawy karabachskiej. Zapaść ormiańskiej gospodarki sprawiła, że Ter-Petrosjan zaczął przekonywać o konieczności ugody z Azerami i Turcją, a kiedy opozycja oskarżyła go o brak patriotyzmu i zdradę, sprowadził z Karabachu tamtejszych przywódców Koczariana i Sarkisjana, by w ten sposób wytrącić argumenty przeciwnikom. Okazało się to krokiem samobójczym, bo Koczarian i Sarkisjan, sprowadzeni jako sojusznicy, dokonali pałacowego przewrotu i na prawie ćwierć wieku przejęli władzę w Erywanie.

W 2008 roku, kiedy po drugiej i ostatniej kadencji Koczarian przekazywał władzę Sarkisjanowi, w Erywanie wybuchły zamieszki wywołane przez opozycję uważającą, że została oszukana w prezydenckiej elekcji, w której Sarkisjan ponownie pokonał Ter-Petrosjana. Rządzący wciąż Koczarian posłał przeciwko demonstrantom policję i wojsko. Rozruchy zostały stłumione, ale za cenę 10 zabitych i ponad 250 rannych.


Strona świata: specjalny serwis "TP" z reportażami i analizami Wojciecha Jagielskiego


 

Jednym z demonstrantów, którzy trafili wówczas do więzienia, był Nikol Paszinian, dzisiejszy premier Armenii. Wiosną 2018 roku stanął na czele ulicznej rewolucji, która udaremniła zamysł Sarkisjana, by po drugiej i ostatniej, prezydenckiej kadencji i zmianie konstytucji rządzić dalej tylko jako premier. Rewolucja zakończyła się obaleniem rządów Sarkisjana i wyniesieniem do władzy byłego buntownika i więźnia Pasziniana, który jeszcze tego samego roku kazał aresztować swojego dawnego prześladowcę Koczariana i wszcząć przeciwko niemu proces.

Koczarian trafił do aresztu już w lipcu 2018 roku. Od tego czasu kilka razy był wypuszczany na wolność i ponownie zamykany za kratkami. Prokuratura oskarża go o próbę zamachu stanu i korupcję, dzięki której dorobił się milionowego – liczonego w dolarach – majątku. Istnieje ryzyko, że pozostawiony na wolności Koczarian albo ucieknie z kraju (np. do Rosji, której był najwierniejszym sojusznikiem), albo dzięki swoim koneksjom będzie wpływał na przebieg śledztwa i zeznających w nim świadków. Obrona przekonuje, że Koczarian nie zamierza uciekać, a z wolnej stopy powinien odpowiadać choćby z powodu wieku (65 lat), kiepskiego stanu zdrowia (odkąd trafił za kratki przeszedł już trzy operacje), a wreszcie epidemii wirusa SARS-CoV-2, zagrażającego zwłaszcza chorym w wieku Koczariana. Za byłym prezydentem wstawia się Rosja, a także ormiański Kościół i jego przywódca katolikos Karekin II.

W zeszłym tygodniu erywański sąd postanowił, że Koczarian, któremu grozi 15 lat więzienia, będzie mógł odpowiadać z wolnej stopy, jeśli wpłaci kaucję w wysokości 2 mld dramów, czyli około 4,3 mln dolarów.

O korupcję i przysporzenie strat ormiańskiej gospodarce oskarżany jest również następca Koczariana, jego rówieśnik i dawny towarzysz z Karabachu, Serż Sarkisjan. Pod koniec lutego rozpoczął się jego proces – byłego prezydenta oskarża się o to, że przyznając po znajomości rządowy kontrakt naraził skarb państwa na stratę ponad miliona dolarów. Grozi mu 8 lat więzienia, ale w przeciwieństwie do Koczariana nie został osadzony w areszcie. Do końca procesu nie wolno mu jedynie wyjeżdżać z kraju. Przed ormiańskimi sądami trwają też procesy wielu członków rodziny Serża Sarkisjana, a przeciwko innym toczą się śledztwa.

Tymczasem w Gruzji

Także w innych krajach powstałych na gruzach Związku Radzieckiego byli prezydenci, którzy nie oparli się pokusom władzy, po złożeniu urzędów lub obaleni w wyniku rewolucji stawiani są przed trybunałami za nadużycia i złodziejstwo. W Gruzji niegdysiejszy bohater z czasów Rewolucji Róż, która wyniosła go do prezydentury, Micheil Saakaszwili (2003-2013), nie czekając na koniec kadencji, wyjechał z kraju do Belgii, później Holandii (jego żona jest Holenderką) i USA, a w końcu na Ukrainę. Już rok później prokuratura w Tbilisi rozesłała za nim listy gończe, a wkrótce potem sąd w Tbilisi skazał go zaocznie na 6 lat więzienia za nadużycia władzy.

Na Ukrainie, gdzie swoje drugie burzliwe polityczne życie wiedzie dziś Saakaszwili (był sojusznikiem i doradcą prezydenta Petra Poroszenki, potem jego przeciwnikiem, gubernatorem Odessy; przyznano, a następnie odebrano mu ukraiński paszport; ostatnio następca Poroszenki, Wołodymyr Zelenski znów mu go zwrócił i zaprosił do Kijowa), byłego prezydenta Leonida Kuczmę (1994-2005) prokuratura oskarżała w 2011 roku o zlecenie zabójstwa dziennikarza Heorhija Gongadzego (sprawę zamknięto z powodu braku dowodów), a Wiktora Janukowycza (2010-14) w 2019 roku kijowski sąd skazał zaocznie (b. prezydent przebywa w Rosji) na 13 lat więzienia i uznał za „zdrajcę ojczyzny”.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Reporter, pisarz, były korespondent wojenny. Specjalista od spraw Afryki, Kaukazu i Azji Środkowej. Ponad 20 lat pracował w GW, przez dziesięć - w PAP. Razem z wybitnym fotografem...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]