Przywracanie normalności

Prawo jest jasne: posiadacze nielegalnych archiwów, „sprywatyzowanych” w latach 1989-90, mają obowiązek oddać je do IPN, a niestosowanie się do tego jest przestępstwem.
Czyta się kilka minut
Wojciech Pięciak / / Fot. Grażyna Makara
Wojciech Pięciak / / Fot. Grażyna Makara

Wyobraźmy sobie, że nie o Kiszczaka i Jaruzelskiego tu chodzi. Że prokuratorzy IPN przeprowadzili rewizję nie w domach przywódców PRL, i że na liście podejrzanych o nielegalne posiadanie akt, które z mocy prawa nie powinny być w prywatnych rękach, nie ma kolejnych prominentów PRL, ale że chodzi o kogoś z drugiej strony tamtej barykady. Wyobraźmy sobie, że to jakiś dawny działacz Solidarności, np. przeciwnik Wałęsy, wszedł w posiadanie materiałów o jego współpracy z SB, i że to do niego zapukali prokuratorzy.

Czy wtedy komentator „Gazety Wyborczej” też pisałby, że w Polsce szaleje „policja historyczna” (tj. IPN)? Jest okoliczność, która każe wątpić: choć Sławomir Cenckiewicz, Piotr Gontarczyk i Paweł Zyzak, autorzy wydanych kilka lat temu biografii Wałęsy, nie popełnili przestępstwa, i choć uruchomiono przeciw nim mechanizmy, które istotnie zasługują na miano „policji historycznej” (prokuraturę, ABW itd.), wielu z obecnych krytyków IPN nie protestowało, a nawet to pochwalało.

Prawo jest jasne: posiadacze nielegalnych archiwów, „sprywatyzowanych” w latach 1989-90, mają obowiązek oddać je do IPN, a niestosowanie się do tego jest przestępstwem. Realizując to prawo, IPN przywraca normalność, gdzie nie ma równych i równiejszych. Dodajmy, że takie przepisy nie są polską osobliwością: podobne znalazły się w ustawie o niemieckim urzędzie ds. akt Stasi, gdzie za takie przestępstwo groziła m.in. grzywna pół miliona marek. Bo także w NRD „prywatyzowano” akta, choć inny charakter tej rewolucji (mniej „reglamentowanej” niż polska) sprawił, że gdy w 1991 r. w projekcie ustawy pojawił się ów zapis, w dyskusji początkowo go krytykowano, uznając, iż wymierzony jest (też) w ludzi z opozycji, którzy okupowali komendy Stasi (ratując akta od zniszczenia, ale – sądził ustawodawca – także w nich buszując).

I na koniec: w ostatnich latach pojawiało się sporo informacji, że w „prywatyzacji” archiwów uczestniczył też Wałęsa. Jako prezydent miał wypożyczyć z UOP akta o swej współpracy z SB, po czym koperty wróciły puste. Nie powinno zatem oburzać, jeśli prokuratorzy zapukają też do niego. Nie powinno w każdym razie tych, którzy uważają, że wobec prawa wszyscy są równi. ©℗

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 11/2016