Reklama

Ładowanie...

Prawak też ekolog

Prawak też ekolog

w cyklu WOŚ SIĘ JEŻY
11.03.2021
Czyta się kilka minut
A może to mit, że prawica i prowincja nie lubią albo nie rozumieją troski o środowisko naturalne?
Rafał Woś / FOT. GRAŻYNA MAKARA
U

Ugruntowało się przekonanie, że troska o środowisko naturalne jest domeną lewicy oraz (ewentualnie) liberałów. Przekonanie to zostało – jak bardzo wiele innych przekonań – w dużej mierze zaimportowane z Zachodu, a zwłaszcza ze Stanów Zjednoczonych. Tam w ciągu ostatniego półwiecza to raczej Demokraci uchwalali proekologiczne prawa, a Republikanie – często z inspiracji lobby naftowo-samochodowego – robili wszystko, by te prawa osłabiać. 

Narracja „lewica jest eko, a prawica nie” co dnia ulega samopotwierdzeniu i reprodukcji na skalę masową. Robią to media o (mówiąc ogólnie) nieprawicowych sympatiach. Z drugiej strony, nie sposób zaprzeczyć, że ludzie prawicy – politycy, publicyści, sympatycy – bardzo często się w ów stereotyp prawaka, który nawet do dużego pokoju musi wjechać swoim paliwożernym SUV-em, doskonale się wpisują. Czasem wręcz celowo. Takie wypowiedzi są oczywiście przez antyprawicowe media bardzo chętnie podchwytywane i rozdmuchiwane. Podobnie zresztą czynią media prawicowe, gdy tylko na horyzoncie pojawi się jakiś łakomy kąsek w postaci wypowiedzi znajdującej się po przeciwnej stronie ideowego spektrum. Na przykład sławiącej wojujący wegetarianizm lub radykalny naturocentryzm – choćby w formie padającego tu i ówdzie przekonania, że posiadanie większej liczby potomstwa to zbrodnia na matce naturze. Tak klei się na prawicy stereotyp lewaka, co to kocha zwierzątka bardziej niż ludzi. I tak to się wzajemnie nakręca. 


Polecamy: WOŚ SIĘ JEŻY – autorska rubryka Rafała Wosia co czwartek w serwisie "Tygodnika Powszechnego"


Taki rozkład ról w debacie publicznej to nie tylko błahe socialmediowe spięcia. To także dużo bardziej konkretne konsekwencje społeczne. Dzieje się tak dlatego, że w Polsce minionej dekady jest jednak tak, że prawica wciąż wyraża/reprezentuje nastroje Polski prowincjonalnej i nieelitarystycznej. Zaś liberałowie i (w dużej mierze także lewica) ustawili się w roli obrońcy perspektywy wielkomiejskich elit. Czasem są wobec niej w kontrze, ale zawsze bardzo przyjacielskiej i na swój sposób koncesjonowanej. Oczywiście i od tej zasady znajdą się wyjątki. Jeśli jednak mocniej wczytać się np. w wyniki wyborcze, to trend ten jest jednoznaczny. W efekcie mamy więc w Polsce przekonanie, że prawica i prowincja nie są eko. Do pewnego stopnia uwierzyła w to sama prawica – co potwierdza jesienny bunt partii przeciw piątce dla zwierząt Jarosława Kaczyńskiego. Pierwszy tak duży i otwarty sprzeciw wobec woli prezesa PiS ze strony sporej części jego politycznego obozu – akurat w temacie dotyczącym natury. Po drugiej stronie politycznego spektrum kiełkuje zaś przekonanie, że ekologię trzeba Polakom narzucić. Bo zwykli Polacy do ekologii nie dorośli i gdyby to od zwykłych Polaków zależało, to już dawno zadusiłby nas smog, a elektrownie na węgiel wielkości tej w Bełchatowie byłyby w każdym województwie. 

Daj się przekonać

Ostatnio kilku autorów próbuje ten zastany układ jednak trochę rozhuśtać. I tu zaczyna się wreszcie robić ciekawie. Publicysta Jakub Wiech wydał właśnie książkę pod wiele mówiącym tytułem „Globalne ocieplenie. Podręcznik dla zielonej prawicy”, w której pisze tak: „Ta książka powstała z wielu powodów. Ale najistotniejszymi z nich są smutek i zażenowanie”. Ten „smutek i zażenowanie” Wiecha, który identyfikuje się z szeroko rozumianą prawicą, bierze się stąd, że akurat w kwestii globalnego ocieplenia jego własna formacja wzięła „rozwód z osiągnięciami nauki i uczciwą debatą”. Właśnie dlatego autor tej publikacji próbuje prawicę do ekologii przekonać.

Jeszcze ciekawszy jest jednak tekst Piotra Trudnowskiego, prezesa Klubu Jagiellońskiego. Autor tego ważnego prawicowego think-tanku wskazuje tu kilka przyczyn mylnego – jego zdaniem – przekonania, że prawica nie jest eko. 

Po pierwsze – powiada Trudnowski – dzieje się tak dlatego, że doszło do „spakietowania” narracji ekologicznych w szerszy zbiór postaw progresywnych, zachodnich, cywilizowanych czy postępowych. Czyli w pakiet idei postrzeganych jako jednoznacznie lewicowe. Dla lewicowca takie zdanie nie będzie może brzmiało odkrywczo, ale pamiętajmy, że w Polsce lewica nie jest postawą większościową. W związku z czym pakietowanie ekologii w jedną niepodzielną całość z postulatami rewolucji obyczajowej, przekonaniem o wyższości indywidualizmu nad wspólnotowością, pochwałą globalizacji jako czegoś nieuchronnego albo – w niektórych przypadkach – ze zwalczaniem religii jako zabobonu, wszystko to prowadzi do dystansu wobec samej ekologii. Która dostaje tu po prostu rykoszetem. Aby nie być gołosłownym, Trudnowski przywołuje fenomen Grety Thunberg i zestawia go z danymi dotyczącymi postawy prawicy wobec ekologii. Szef KJ stawia tezę, że dopóki (lata 2016-2018) dyskusja na temat ekologii koncentrowała się u nas wokół takich tematów jak np. smog albo susza, to deklarowana otwartość osób o poglądach prawicowych na ekologię rosła. Co potwierdza, że prawacy bynajmniej nie są na problemy środowiska na głucho pozamykani. Kiedy jednak na scenę (rok 2019) wkroczyła Greta i jej Młodzieżowy Strajk Klimatyczny oraz ruch Extinction Rebellion, poziom zaniepokojenia problematyką ekologiczną na prawicy spadł. Co może – proponuje Trudnowski – świadczyć o pewnej nieufności Polaków wobec narracji globalistycznej.


CZYTAJ TAKŻE

DZIEŃ DOBRY, UMIERAMY: Zakłócamy codzienność i złudzenie, że wszystko jest w porządku – mówią aktywiści klimatyczni z Extinction Rebellion. Ostatnio znów protestowali w kilkudziesięciu miejscach w Polsce >>>


Po drugie, Polaków (zwłaszcza prawicowych) od ekologii odpycha przyznawanie jej absolutnego priorytetu wśród wyzwań stojących przed światem. Z punktu widzenia sporej części lewicy powiedzenie, że globalne ocieplenie to problem TAK SAMO ważny i domagający się TAKIEJ SAMEJ uwagi rządzących jak np. nierówności ekonomiczne czy dominacja cyfrowych gigantów w sferze komunikacji, jest niewystarczające. Bo ekologia musi być na szczycie wyzwań. Echem tej różnicy są spory, o których pisałem w tym miejscu niedawno przy okazji tekstu o protestach pracowników rafinerii ropy we francuskim Grandpuits. To spór – mówiąc umownie – pomiędzy tymi, co „martwią się końcem świata” (katastrofa ekologiczna), a tymi, którzy w skutek polityki klimatycznej tracą źródło utrzymania i mogą nie dotrwać do „końca miesiąca”. W Polsce ten temat powraca oczywiście w kontekście przyszłości wydobycia węgla. 

Trudnowski dorzuca tu jeszcze jeden strach. Strach przed wspomnianą już antropofobią, którą spora część ruchów ekologicznych jest dziś podszyta. Powiedzenie „człowiek niszczy planetę i to jest złe” byłoby dla wielu Polaków łatwiejsze do przełknięcia. Gdyby nie obawa, że zaraz za tym stwierdzeniem pójdzie argumentacja antynatalistyczna: głosząca, że posiadanie nadmiernej ilości potomstwa jest w istocie antyekologiczne i powinno być zwalczane. Dla wielu bardziej konserwatywnych Polaków taki naturocentryzm to zwyczajne wylanie – nomen omen – dziecka z kąpielą. 

Podsumowując: powyższe argumenty Trudnowskiego podważają łatwą tezę o niezdolności prawicy/konserwatywnej prowincji do pojęcia powagi sytuacji, w jakiej się z powodu kryzysu ekologicznego znalazła ludzkość. Ale szef KJ idzie jeszcze krok dalej. Stawia tezę, że prawica/prowincja nie tylko nie odrzuca co do zasady troski o planetę, ale wręcz przeciwnie. Patrząc wyłącznie na sferę faktów (a nie tylko na słowa), to na polskiej prowincji wykształciło się wiele autentycznie proekologicznych zachowań, które nierzadko przynoszą środowisku więcej faktycznych pożytków niż kolejne seminarium na zoomie na temat globalnego ocieplenia.

Wśród przykładów wymienia instynktowny patriotyzm (a może nawet nacjonalizm) gospodarczy łączony zwykle z przekonaniem o lepszej jakości polskiej żywności, a w praktyce oznaczający skrócenie śladu węglowego w procesie dostaw. Albo preferencję na rzecz naturalnych produktów bez dodatków chemii czy GMO, często nisko lub samodzielnie przetworzonych. Albo prowincjonalne (wyrosłe z oszczędności) przekonanie, że lepiej naprawić, niż kupować nowe. W warunkach wielkomiejskiego pośpiechu niestety coraz rzadziej praktykowane. 

Cała propozycja Trudnowskiego wydaje się interesująca również dlatego, że postuluje odejście od praktyki zawstydzania ekologią. Przejawiającą się choćby w anegdotycznym (ale niestety rozpowszechnionym) przekonaniu, że głównymi winowajcami złego stanu polskiego powietrza są mieszkańcy biedadomków, którzy palą w piecach starymi kaloszami. Każdy, kto chce tę pedagogikę wstydu porzucić, ma u Trudnowskiego wiele gotowych tropów. Pytanie tylko, czy znajdzie się odpowiednio dużo gotowości. Zawstydzanie słabszych od siebie – ekonomicznie, społecznie, kulturowo – to wszak bardzo wygodny sposób na sprawowanie władzy i budowanie poczucia własnej wartości. Właśnie na zasadzie „my światli i ekologiczni” i „prawicowa zacofana hołota”.


KRYZYS KLIMATYCZNY: CZYTAJ WIĘCEJ W SERWISIE SPECJALNYM >>>

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]