Parasol autoryzacji

Było tak: Gazeta Krościańska przeprowadziła wywiad z posłem SLD Tadeuszem Mylerem, oskarżanym w innych mediach o wyłudzanie kredytów. Spisana z taśmy rozmowa liczyła 40 stron. Dziennikarze zredagowali wywiad i przedstawili parlamentarzyście do autoryzacji. Ten odpowiedział listem, w którym stwierdził, że rezygnuje z autoryzacji, bo tekst nie oddaje charakteru ani merytorycznej zawartości wypowiedzi.
Czyta się kilka minut

W tej sytuacji “Gazeta" zdecydowała się opublikować najciekawsze jej zdaniem fragmenty wypowiedzi posła wiernie spisane z taśmy magnetofonowej. Polityk oskarżył redakcję o złamanie prawa prasowego. Sądy dwóch instancji przyznały mu rację, z racji jednak, że “wina i społeczna szkodliwość czynu nie są znaczne", postępowanie w końcu umorzono. “Gazeta" zdecydowała się na kasację do Rzecznika Praw Obywatelskich.

Kłopot w tym, że sąd innego wyroku wydać nie mógł. Bowiem polskie prawo prasowe wciąż utrzymuje regułę autoryzacji publikowanych wypowiedzi (jeśli rozmówca wyrazi takie życzenie). Dla polityków jest to zbawienne: pod pozorem uściślania swoich wypowiedzi mogą manipulować dziennikarzem i opinią publiczną. Bywa też wygodne dla samych żurnalistów: akceptacja tekstu przez rozmówcę - choćby wersja ostateczna odbiegała od rzeczywistego przebiegu rozmowy - zabezpiecza przed ewentualnymi pozwami sądowymi, a poniekąd zwalnia od odpowiedzialności zawodowej.

Oczywiście: inaczej rzecz się ma w przypadku rozmów przeprowadzanych nie z czynnymi politykami bądź urzędnikami, lecz z analitykami życia publicznego, naukowcami itp. Tu autoryzacja może faktycznie służyć precyzowaniu i porządkowaniu wygłaszanych tez. Jasne jest też, że zaniechanie zasady autoryzacji na rzecz reguły, że każda wypowiedź udzielona przez polityka dziennikarzowi może być publikowana bez żadnych korekt, przynieść może i taki skutek, że rozmówcy z obawy przed odpowiedzialnością za swe słowa uciekać będą w ogólniki i frazesy. Ale wtedy wszystko w rękach dziennikarza - wszak już nieustępliwość połączona z umiejętnym doborem pytań może być wymowna.

Tak jest m.in. w Stanach Zjednoczonych, gdzie żadnemu politykowi do głowy by nie przyszło żądać wglądu do tekstu wywiadu przed jego publikacją, bo uznane by to zostało za kompromitujące, a także za pośredni dowód, że chce coś ukryć przed opinią publiczną. Obowiązuje zwyczaj, że wszystkie wypowiedzi - o ile nie zostanie to wyraźnie zastrzeżone, są poufne i off the record - udzielone dziennikarzom mogą być ogłaszane bez żadnych korekt. Efektem jest większa przejrzystość życia publicznego oraz większy szacunek między ludźmi władzy i mediów, a wreszcie - co też ważne - ciekawsza prasa.

W Polsce instytucja autoryzacji wciąż trzyma się mocno. Podobnie jak niewzruszona jest mentalność w tej mierze zarówno wśród polityków, jak i żurnalistów.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 02/2005