Reklama

Ojczyzna

Ojczyzna

08.07.2019
Czyta się kilka minut
Nigdzie nie jadę. Żadnych wakacji. Żadnych pustyń ani stepów. Najwyżej będę tęsknił. Najwyżej będzie mi się śniła spalona słońcem ziemia i niebieskawe jak woda fatamorgany.
T

Trudno. Zostaję, żeby patrzeć na mój kraj. Tak jak w czerwcu, który już minął. Aż się pienił żądzą życia. Od czwartej, od piątej rano. Rosa i ptasi skwir. I potem czarne, topniejące powoli cienie na srebrnej trawie. Ustępujący z wolna chłód. I słodki głos wilgi gdzieś wysoko w koronach drzew. I jej szybki lot, jakby wśród zieleni błyskał żółty płomyk. I nieruchome, zimne powietrze o czwartej, o piątej rano. Jak tafla świetlistego lodu. A potem wstające zza Mareszki słońce roztapia zimne, stężałe szkło. O czwartej, o piątej rano.

Piszę o tym, bo niczego podobnego nie mogę znaleźć w gazetach. Ani w necie, a pewnie i w tiwi. Tak jakbyśmy mieli gdzieś to, skąd się wzięliśmy i dokąd ostatecznie odejdziemy. Nic tylko głupia autoerotyczna ględźba. Nic tylko trupie selfie. Dlatego heroicznie piszę o minionym czerwcu. Burzył się i pienił od zieloności, od jej stu odcieni. O...

3369

Dodaj komentarz

Chcesz czytać więcej?

Wykup dostęp »

Załóż bezpłatne konto i zaloguj się, a będziesz mógł za darmo czytać 6 tekstów miesięcznie! 

Wybierz dogodną opcję dostępu płatnego – abonament miesięczny, roczny lub płatność za pojedynczy artykuł.

Tygodnik Powszechny - weź, czytaj!

Więcej informacji: najczęściej zadawane pytania »

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

generalnie to nie ma sensu, poza rozmnażaniem go, rzecz jasna [ale skoro już żyć trzeba, to kompletnym idiotyzmem byłoby się w tym życiu umartwiać albo unikać przyjemności] p.s. zazdroszczę Autorowi tych chłodnych czerwcowych poranków, a może to tylko licentia poetica?

Panie Andrzeju, bardzo dziękuję! Podobnie widzę świat jak Pan, ale mieszkając w dużym mieście nie mam możliwości takich obserwacji natury i nie jestem rannym ptaszkiem.

Ale dekadencja. Potrzebny reset. Zero tv, internetu, gazet, mediów wszelakich przez tydzień, może miesiąc - działka, ogródek, park. Życie zwalnia i nabiera sensu.

Ale wilgi niedługo odlecą. I co wtedy, jak żyć? A tak na serio: cieszy mnie, że nie jestem sam jeden, dziwak, który tak małe rzeczy dostrzega i czerpie z nich radość. Nawet o piątej rano!

Od razu przypomniałem sobie noc w motelu w Tennessee (niedaleko Nashville). Nad łóżkiem wisiał telewizor. Pstrykałem po kanałach i właściwie to nawet ze znalezienia na nich jakiegoś polityka byłbym zadowolony (nie mówiąc o programie przyrodniczym). Bo na każdym jednym kanale człowiek w kowbojskim kapeluszu na głowie zachwalał samochód do sprzedaży. Wcześniej pogadałem z recepcjonistą, który właściwie zmusił mnie do rozmowy, na początku wypowiadając swoje kwestie w sposób tak nieustępliwy, że niepodobna było nie odpowiedzieć. Potem przez kilka minut byliśmy najlepszymi kumplami na świecie, znającymi się od przedszkola. Trochę to dziwne było albo jakieś niesamowite, bo słyszałem co prawda o amerykańskiej powierzchowności (że Amerykanie się uśmiechają, poklepują po plecach, a pięć minut później nie poznają rozmówcy), ale trzeba było znaleźć się w USA, żeby skumać skąd to się bierze. Choćby z przeszywającej na wylot samotności, na którą antidotum jest właśnie okazjonalne zaprzyjaźnienie się choćby z recepcjonistą z motelu. Jestem co prawda podejrzliwy, co do wątków autobiograficznych (bo często motywacje z przeszłości dopasowuje się do tego, czego akurat aktualnie chce się dowieść), ale ile razy się nie zastanowię (i porównam się z innymi), to wychodzi mi na to, że w Ameryce (czy w ogóle na zachodzie, choć Ameryka to był ten zachód właściwy i najważniejszy) szukałem na swój sposób męskości. I że nie zawiozłem do niej też kompleksów, o tyle, że nie uważałem, że jako Polak jestem mniej męski. Tyle, że póki co na księżycu wylądował Buzz, a nie Krzysztof czy Piotr, a te wszystkie cuda jak pociągi śmigające na poduszkach powietrznych czy samoloty naddźwiękowe pokazywane w programie „Sonda”, który oglądałem jako dzieciak choćby, powstawały gdzieś indziej, składane do kupy przez wyluzowanych i pewnych siebie mężczyzn, podczas kiedy mężczyznom w Polsce póki co zdaje się, że podległość ZSRR (bo istniało jakieś mgliste pojęcie, że „przed wojną” było w jakiś sposób „lepiej”, przynajmniej przedwojenny Kazimierz Rudzki miał „to coś”, czego nie mieli choćby działacze PZPR na swoich zebraniach) – a potem jej pozostałości - najbardziej przeszkadzała w podążeniu podobną drogą. (Swoją drogą Rosjanie też produkowali przecież samoloty naddźwiękowe i statki kosmiczne, ale jakoś dziwnie nie mogli stać się wzorem. Prawdopodobnie było w tym za dużo wojska za mało indywidualizmu, choć znowu nie zawsze się to zgadza, bo akurat Tupolew – który projektował bardzo dobre samoloty cywilne - był tym, który miał swoje pomysły, za co zapłacił okresowymi „wczasami” na Syberii, ale to pewnie można znów docenić, patrząc na nich z perspektywy). Przynajmniej tak to sobie wyobrażałem. Nie mogę też powiedzieć że się na – męskości - zawiodłem, czy że nie pomogła mi w życiu. W latach 90’ zaciągnąłem do Warszawy kolegę ze szkoły tj. z zachodnioniemieckiej szkoły. Piszę zaciągnąłem bo pierwotnie chciał jechać do Pragi Czeskiej, co już było dla niego przygodą. Jednego z uczniów w mojej szkole rodzice nie chcieli puścić nawet to b.NRD, argumentując że „nie zgadzają żeby był „zmuszony w ten sposób do rezygnowania na okres tygodnia z poziomu życia, jakie prowadzi w zachodniej części Niemiec”. Wysadziłem go w każdym razie na dworcu wschodnim w Warszawie od strony Kijowskiej. Wyglądało na to że się boi, ale po paru dniach, kiedy się rozejrzał powiedział, że za kilkanaście lat Warszawa dobije do Frankfurtu. I miał rację. Uniknąłem w każdym razie dzięki swoim peregrynacjom wyszukiwania problemów tam gdzie ich nie ma, a co więcej dowiedziałem się choćby, że warszawskie linie nocne postawione zostały za wzór we Frankfurcie (myk jest w tym, że autobusy spotykają się, a potem rozjeżdżają z jednego miejsca o ustalonej godzinie, zamiast jeździć po tych samych trasach co dzienne, tyle że rzadziej). Czyli jest też coś takiego jak „polnische Ordnung” w tym przypadku.

Każdy w USA się z Panem zaprzyjaźni i przyjaźń przetrwa aż do momentu wręczenia napiwku. Teraz już nie samochody a remonty zdezelowanych domostw są na topie. Tak, to oni rządzą światem, a my patrzymy w ociekające męczeńską krwią lustro. Wybieram wróble i resztki zieleni, która zieleńsza jest od amerykańskiej.

Jednocześnie jednak dowiedziałem się, że – czego można było swoją drogą oczekiwać – że „american dream” może być też złym snem. Jak w motelu w Tenneesee. Jak po zrozumieniu tekstów z „Nebraski” Springsteena, która to płyta nie okazała się zbiorem mruczanek poświęconych jeździe samochodem, ale płytą z największą ilością trupów w historii rock’n’rolla (to już nadmieniałem chyba swoją drogą). A amerykańska paranoja okazała się zaraźliwa. W tylnym lusterku „widziałem” światła wozów policyjnych, na pustkowiach po obu stronach drogi stanowej nadciągające trąby powietrzne a bagnach w stanie Missisippi czyhały ludożercze aligatory. No i nie brałem autostopowiczów, bo przypominał mi się film o tytule „Autostopowicz”. Wcześniej w Waszyngtonie, w drodze z lotniska zatrzymałem się przed Pentagonem, który okazał się ponurym gmaszyskiem, który sprawiał na mnie dokładnie to samo wrażenie, jakie swego czasu sprawiały budynki wojskowe przy Chałubińskiego, oglądane zza szyby malucha. W mieście akurat kwitły wiśnie, podarowane rządowi USA przez Japończyków. Ma to coś w sobie. Całe miasto w tonęło w płatkach kwiatów. Przypominających o Hiroshimie. Jest więc widać jakaś cena, jaką płaci się za bycie silnym i sprawczym i – w tym sensie – męskim widać. I pewnie dlatego wychodzi to już trochę z mody. Już się nie „prowadzi wozów”, tylko jeździ samochodami w każdym razie. Albo hulajnogami. Pewnie dlatego Hawthorne wyśmiał amerykańską administrację a Poe amerykański sen. Niemniej zastanowiło mnie jeszcze dlaczego nasi przodkowie nie poszli tą drogą. W końcu kiedy Rosjanie pokazują swoje defilady, to nie za każdym razem nie zapominają umieścić w kadrze ręki Pożarskiego, który wypędził naszych przodków z Kremla, a amerykańska popkultura wsadza Kowalskich do muscle cars. Podczas jakiejś youtubowej głupawki dotarłem do filmiku w której podliczone zostały kraje z największą ilością wygranych bitew na koncie. Wyprzedzamy Szwecję, Japonię i Imperium Romanum. Statystykom na youtubie nie można pewnie do końca ufać, ale że tacy potulni i biedni nie jesteśmy, to jakoś zawsze podejrzewałem. W końcu żeby nas rozebrać potrzeba było trzech, a ci nie do końca wierzyli że im się uda nas rozebrać, więc próbowali trzy razy. A jak już nas rozebrali to godzili się na tę czy inną autonomię. Dlaczego więc nie zostaliśmy porządnym imperium, rezygnując z wolności osobistej na rzecz ustawiania się w czworobokach, budowy fortów i hołdowania kolejnych zdobytych terenów i osiągania dzięki temu korzyści. Dla mnie trop prowadzi na Jasną Górę. Do obrazu Bogini który skojarzy każdy i który w tej postaci każdemu wpisał się do podświadomości, która nam króluje i tonuje testosteronowe uniesienia w zarodku i nie każe postrzegać końca świata jako Ragnaroek. W końcu mocarstwowi i „nie lubiący cudzoziemców, szczególnie z Bliskiego Wschodu” adepci wielkości ledwo wstaną i zaczną maszerować, a już leżą plackiem przed „czarną” (czy też „ciapatą”) Madonną. Nawet tęczy nie trzeba jej właściwie domalowywać, to było nic innego jak zwrócenie uwagi na jeden z jej atrybutów.

Przyjrzałem się dokładniej temu obrazowi (w formie jpg oczywiście). Na ścianach, stolikach i telewizorach wydawała mi się zawsze jakaś groźna. Z bliska i przede wszystkim bez ozdób mniej. Właściwie w ogóle nie. Nawet surowa nie jest właściwie, tyle że nie pozwala na spoufalanie się. W końcu jest Boginą. Usta za to są pełne i kuszące do złożenia na nich pocałunku. Za to dziecko obok nie jest właściwie dzieckiem (jak już to zdaje się trochę psotnym), tylko „małym dorosłym” który unosząc do góry jedną z rąk nie wiadomo czy naucza czy wskazuje na matkę. Choć nie wiem czy na matkę, bo właściwie tworzą jakiś tandem czy w ogóle jedność, jakby B-g wskazywał na kobiecy element swojej natury. Myślę, że Autor ma rację. „Matka” to co najwyżej jeden z atrybutów Bogini. Albo też jako taka nie przepada pewnie za mężczyznami na kolanach (i w sukienkach). Pozostaje pytanie jacy ci mężczyźni mają wobec tego być, jeśli nie mają się zajmować dobudowaniem do myśliwców nowej generacji – które mają być ponoć nabyte – lotniskowców. Kiedy byłem nastolatkiem, to słyszałem że dziewczyny to księżniczki (szczególnie nasze), podczas kiedy Niemki są „łatwe”. Nie wspominałbym tego, gdyby nie to, że coś kropa w kropę podobnego przeczytałem dużo później u Paska. Wymaga to pewnie sprostowania. Niemki wcale nie są „łatwe” (a przynajmniej nie „trudniejsze” niż kobiety innych nacji), tylko że niemieckie wychowanie jest po prostu bardziej podkreśla nieładnie mówiąc „socjalizację w grupie”, co pewnie bierze się m.in – jak w przypadku większości krajów zachodu, żeby nie było zawsze na Niemców – z cnót militarnych, ale i często obywatelskich. Tym samym ich kobiecość nie jest dominująca w codziennych kontaktach. Z drugiej strony jeśli polskie kobiety są księżniczkami, to mężczyźni książątkami (rozprawiałem sobie kiedyś o tym z koleżankami po pracy, powiedziały: „Polak ? yyy… będzie się mądrzył i miał pretensję). Czyli problemem jest bardziej stosunek do grupy w ogóle, albo też jego brak. Sam mam wrażenie – i tak to też czuję – że atmosfera w Polsce jest tym lepsza, im bardziej (my) Polacy jesteśmy w stanie myśleć i działać w kategoriach przekraczających nasze bezpośrednie (tj. rodzinne czy zawodowe) otoczenie. Problem z tym jest tak stary jak nasza historia i nawolywania o „zgodzę” (czyli w sytuację w której ktoś wykrzyczy swoje racje, a nie jeśli nie znajdzie odzewu pielęgnował będzie swój uraz) można znaleźć w najstarszych tekstach. Ale i ten brak zgody jest o tyle naturalny, że w kraju którego obywatele robili (i swoją drogą) słusznie, żeby nie dopuścić do jednowładztwa nie może być o nią łatwo. Co nie znaczy że nie próbowano, często z dobrymi efektami. Tyle że jest to trudna droga. Przygotowanie od udziału w sejmach choćby młodzieży szlacheckiej zajmowało lata. Albo zatrudniani byli oddzielni – znów nieładne słowo – specjaliści, którzy zajmowali się witaniem i usadzaniem obok siebie czy ustalaniem kolejności wystąpień przybywających na sejmy, tak aby nikogo z nich nie obrazić czy nie urazić. Swoją drogą Jan Paweł II (sam niejako władca absolutny, albo przynajmniej rodzaj króla, który pogodził strony) miał to znakomicie opanowane. Podczas swoich homilii nie zapominał pozdrowić najmniejszej z parafii i na temat każdej miał do powiedzenia parę słów, rozbrajając te czy inne lokalne konflikty. To też pewnie przyczyniło się do tego wyczuwalnego „czaru” jaki roztaczał wokół siebie „karnawał Solidarności”. Sam pamiętam go ledwo ledwo bo i dzieckiem byłem, ale że unosił się w powietrzu, to jak dwa razy dwa. I brał się pewnie nie z czego innego, tylko z poczucia solidarności właśnie. Dziś ten czar jest właściwie nieobecny, chyba że solidarność zastąpił tu i ówdzie nacjonalizm tak jak pornografia potrafi zastąpić nieudany związek. Ale jak zwykle na chorobę można znaleźć antidotum: Prawdziwą księgą pełną zaklęć będzie na przykład Kodeks Postępowania Administracyjnego. Sama tytuł przyprawia co prawda o ziewanie, ale weźmy choćby sprawę drogi budowanej w parku narodowym, opisaną przez Autora w poprzednim felietonie. Sprawa jak dwa razy dwa choćby dla sądu administracyjnego. A tam, jeśli obywatele się dogadają wiele mogą osiągnąć. Jeśli się dogadają: tu sprawy w lokalnej społeczności trzeba pewnie załatwiać co też nie jest łatwe. Ale jedno i drugie rozwija koniec końców zmysł wspólnoty, jak i umiejętność poruszanie się w niej. Umiejętność, którą przodkowie wielokroć musieli odbudowywać z ruin i teraz po prostu nadeszła nasza kolej.

Aha. Tym razem się już odmeldowuję z tego forum :) Może na do widzenia: https://www.youtube.com/watch?v=FZJKuk3gVdU :))

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]