Reklama

Migranci i pęknięcia

Migranci i pęknięcia

w cyklu WOŚ SIĘ JEŻY
24.09.2020
Czyta się kilka minut
To bardzo dobrze, że Kościół – także polski – otwarcie nawołuje do solidarności z migrantami. Jednak szczególnie Kościół powinien uważać, by nie popaść przy tym w pułapkę hipokryzji.
Rafał Woś / FOT. GRAŻYNA MAKARA
W

W nadchodzącą niedzielę Kościół obchodzi swój własny Dzień Migranta i Uchodźcy. Został on ustanowiony w 1914 roku i jest pomyślany jako „okazja do pobudzenia wspólnot chrześcijańskich do odpowiedzialności za braci migrantów oraz do współdziałania w rozwiązywaniu ich problemów”. Z tej okazji w polskich kościołach organizowane będą zbiórki pieniężne na pomoc materialną dla migrantów znajdujących się w obozach na greckich wyspach Samos i Lesbos. Tam w strasznych warunkach  bytuje – bo trudno tu mówić o prawdziwym godnym życiu – kilkadziesiąt tysięcy przybyszów z Bliskiego Wschodu i Afryki, którzy próbowali się przedostać do Europy. Ostatnio, z powodu pandemii, ich położenie jeszcze się pogorszyło.

Zbiórki to jednak nie wszystko. Z okazji Dnia Migranta i Uchodźcy Kościół wystosował też apel do władz politycznych. Chodzi o to, by Polska przyjęła przynajmniej część znajdujących się na Lesbos i Samos dzieci, które zostały oddzielone lub straciły swoich rodziców. Jest ich w sumie ok. 1,5 tys. Wzruszająco o potrzebie pomocy przynajmniej dla nich oraz o odciążeniu przeludnionych obozów  w Grecji czy południowych Włoszech mówił kilka dni temu na konferencji w Episkopacie Polski bp Krzysztof Zadarko, odpowiedzialny w polskiej hierarchii kościelnej za tematy migranckie. Słuchanie bp. Zadarko oraz wyspecjalizowanych w pracy z uchodźcami i migrantami polskich duchownych było doświadczeniem bardzo budującym. Powinni się z nim koniecznie zapoznać ci wszyscy, którzy zbyt łatwo sięgają po stereotypowe wyobrażenia, zarzucając Kościołowi obojętność na humanitarny dramat migrantów.

Słuszne i niesłuszne

Ale jest w tym – jakże pozytywnym – obrazie coś, co budzić może pewien niepokój. Bo temat migracji nie jest prosty, a im głębiej w niego wchodzimy, tym trudniej odróżnić tu dobre od złego i słuszne od niesłusznego.

Największym zagrożeniem jest coś, co można by nazwać pułapką hipokryzji. Działa ona w sposób następujący. Najpierw stajemy instynktownie na pozycjach promigranckich. Robimy tak z przyczyn moralnych („trzeba przyjmować, bo tak się godzi”) i następnie się tą postawą kontentujemy. Każdy opór społeczny czy nawet intelektualny, na jaki napotykamy, interpretujemy zaś jako przejaw szkodliwej ksenofobii i „szczucia na obcych”. Krytyk migracji zostaje przez nas sprowadzony do godnego potępienia nienawistnika. Niezdolnego wznieść się na – dostępne oczywiście nam – wyżyny intelektualne czy moralne. „Ach, gdyby tylko porzucił nieuzasadnione obawy albo przestał wierzyć ksenofobicznym hochsztaplerom…” – myślimy.


Polecamy: WOŚ SIĘ JEŻY - autorska rubryka Rafała Wosia co czwartek w serwisie "Tygodnika Powszechnego"


Z takich pozycji osunięcie się w pułapkę hipokryzji odbywa się wręcz niepostrzeżenie. Przejawia się ta pułapka w tym, że nie chcemy usłyszeć ani dostrzec, iż przyjmowanie migrantów ma – prócz wymiaru moralnego – także swoje fundamentalne ekonomiczne implikacje. Haczyk polega oczywiście na tym, że te koszty są wewnątrz społeczeństwa rozłożone bardzo nierówno. Rozkład tych korzyści jest zaś silnie uwarunkowany klasowo. Na migracji korzystają najmocniej dwie grupy. Po pierwsze pracodawcy. Dla nich migrant to przede wszystkim tańsza siła robocza. Uzupełnia ona braki popytu na pracę po określonej (korzystnej dla pracodawców) cenie. Pracodawcy lubią argument: przecież tej roboty i tak żaden rodzimy pracownik nie chciał wziąć. Nie dodają jednak kluczowego „nie chciał wziąć na takich warunkach”. Pojawienia się migrantów sprawia, że tych warunków nie trzeba poprawiać. Na dodatek istnienie „rezerwowej armii pracy” złożonej z odpowiednio dużej liczby migrantów działa dyscyplinująco na najsłabiej sytuowanych pracowników (czasem także migrantów, którzy przybyli nieco wcześniej). Łatwo jest ich szachować, mówić, że na ich miejsce przyjedzie tańszy  Ukrainiec, Nigeryjczyk albo Nepalczyk. Ba, nie dość, że tańszy, to jeszcze wdzięczny, że dostał jakąkolwiek pracę. Za jakiś czas, gdy nowy pracownik zacznie mieć wyższe oczekiwania, manewr będzie można powtórzyć. I tak bez końca.

Klasowe tarcia

Drugim wielkim zwycięzcą migracji jest klasa średnia. Zwłaszcza ta jej część, która wyspecjalizowana jest w zawodach inteligenckich – dla migrantów, na przykład z powodów językowych, w zasadzie niedostępnych. Dla nich migranci nie są w zasadzie rywalem w dostępie do żadnego z trzech podstawowych zasobów: pracy, mieszkania ani świadczeń państwa dobrobytu. Innymi słowy, klasa średnia nie ponosi kosztów migracji oraz integracji przybyszów. Albo ponosi je w stopniu nieproporcjonalnie małym. Jednocześnie to ona najmocniej korzysta z usług, które dzięki obecności migrantów tanieją. W kraju z migrantami mniej kosztowne stają się usługi sprzątania czy opieki nad dziećmi i seniorami albo drobne remonty czy budowy.

Problem jednak w tym, że żadne społeczeństwo nie składa się tylko z klasy średniej oraz pracodawców. To ważne i wpływowe grupy, ale nie jedyne. Oprócz nich w każdym społeczeństwie są także grupy pracowników najemnych. Dla nich migranci stanowią poważne i realne wyzwanie: są konkurentami na rynku pracy, sąsiadami w biedniejszych dzielnicach miast. Na dodatek bardzo łatwo wytworzyć przekonanie, że im więcej migrantów, tym większa presja na instytucje państwa dobrobytu: dłuższe kolejki do lekarza, bardziej przeludnione szkoły.

Akurat Kościół – jako instytucja z definicji powszechna – musi brać takie klasowe tarcia pod uwagę. Przywoływana przez kolejnych papieży figura Świętej Rodziny uciekającej przed prześladowaniami Heroda na emigrację jest oczywiście czytelna. To pewne, że Kościół nie powinien milczeć, gdy na Lesbos czy Lampedusie dzieją się ludzkie dramaty. Z drugiej jednak strony, Kościół nie może uciekać także przed socjalno-bytowymi troskami swoich wiernych. Bo one też są realne. Stawanie po stronie pryncypialnego otwarcia na migrantów i odmowa rozmowy o jakiejkolwiek regulacji tej kwestii szybko poprowadzi do alienacji wielu członków Kościoła. A także do pęknięć w samym Kościele.

Coś takiego zdarzyło się już u nas w pierwszym okresie polskiej transformacji, gdy jej przegrani nie bardzo chcieli i potrafili odnaleźć się w afirmującym neoliberalną rzeczywistość tzw. Kościele Otwartym. I poszli w kierunku wychodzącego naprzeciw wielu ich obawom Kościoła spod znaku Radia Maryja. Podobny scenariusz jest możliwy do powtórzenia, gdy migracja w Polsce znów zacznie przybierać na sile.

Oczywiście, są sposoby, by się przed tym zabezpieczyć. Trzeba jednak jasno i wyraźnie mówić o potrzebie bardziej sprawiedliwego podziału kosztów i korzyści płynących z przyjęcia i integracji migrantów. Ale żeby to zrobić, należy najpierw być świadomym, że takie wyzwanie w ogóle istnieje.

Na tym polu wiele mamy do zrobienia. Zapytałem biskupa Zadarko, czy – jego zdaniem – polski Kościół dostrzega całościowy wymiar zagadnienia migracji. Odpowiedział samokrytycznie, że... raczej nie. Jest jeszcze czas, żeby takie myślenie zbudować. 


UCHODŹCY I MIGRANCI  CZYTAJ WIĘCEJ W SERWISIE SPECJALNYM >>>

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarz ekonomiczny, laureat m.in. Nagrody im. Dariusza Fikusa, Nagrody NBP im. Władysława Grabskiego i Grand Press Economy, wielokrotnie nominowany do innych nagród dziennikarskich, np...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Panie redaktorze, argumentacja logiczna jak zawsze, ale pominął Pan pewien szczegół, który powinien być priorytetowy dla Kościoła. Migranci na Samos i Lesbos wegetują w dramatycznych warunkach (jak Pan zauważył). Nieporównywalnych w żadnym stopniu do warunków najgorzej nawet sytuowanych polskich pracowników najemnych. Kościół to również polscy pracownicy najemni i również oni powinni stanąć w obronie swoich braci i sióstr z Lesbos i Samos. Tym bardziej, że przyjęcie nawet 1500 sierot do Polski w żaden sposób nie wpłynie na ich sytuację na rynku pracy. Co więcej, zwiększenie liczby pracowników (przy na razie nierealnym scenariuszu przyjmowania licznych migrantów w wieku produkcyjnym) dostępnych na rynku pracy może (choć nie musi) doprowadzić do ożywienia gospodarki i nie pogorszyć znacząco sytuacji pracowników najemnych. A tym gorzej sytuowanym Kościół byłby w stanie ze swoich środków finansowych dopomóc.
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]