Mieszkaniowa pętla

Dlaczego nie powstają tanie mieszkania? Szukając odpowiedzi, Filip Springer nie tylko odwiedził ludzi żyjących w piwnicach, garażach i kontenerach, ale cofnął się do dwudziestolecia.

06.09.2015

Czyta się kilka minut

Najdłuższy budynek mieszkalny w Polsce i jeden z najdłuższych na świecie: 11 kondygnacji, 4 segmenty po 4 klatki w tym około 110 mieszkań w każdej (razem 1792 mieszkań zamieszkanych przez okolo 6000 lokatorów). Osiedle Przymorze, Gdańsk. /  / Fot. Wojciech Strozyk/REPORTER
Najdłuższy budynek mieszkalny w Polsce i jeden z najdłuższych na świecie: 11 kondygnacji, 4 segmenty po 4 klatki w tym około 110 mieszkań w każdej (razem 1792 mieszkań zamieszkanych przez okolo 6000 lokatorów). Osiedle Przymorze, Gdańsk. / / Fot. Wojciech Strozyk/REPORTER

A gdyby tak wrócić do koncepcji miasta-ogrodu? – usłyszałam niedawno od polityka, jednego z nielicznych, którzy ciągle żywią nadzieję, że uda się im coś zmienić. – Zaproponowałem nawet, żeby wpisać taki postulat do programu partii.

– Świetnie! I znalazł się tam?

– Niestety. Wyperswadowano mi, argumentując, że wyśmiano by nas. Jako marzycieli od szklanych domów – odpowiedział szczerze.
 

Szklane domy
Odwołania do koncepcji szklanych domów (nietożsamej z miastem-ogrodem, choć jej bliskiej) pojawiają się zwykle w kontekście działań przedwojennych społeczników powiązanych z lewicą, jak Stanisław Tołwiński czy Teodor Toeplitz, którym ponoć udało się nieco ich zbudować. Jednak rzekomy sukces przedsięwzięcia, mającego na celu dostarczenie tanich i wygodnych mieszkań dla gorzej sytuowanych, do którego miało dojść w II Rzeczypospolitej za sprawą warszawskich spółdzielców, to taki sam mit jak wiara w to, że którakolwiek partia zechce podjąć podobne wyzwanie we współczesnej Polsce.

Obala go w swojej najnowszej książce „13 pięter” Filip Springer, nie ukrywając bynajmniej, że sercem jest po stronie przedwojennych socjalistów i komunistów, którzy jako pierwsi próbowali rozwiązać kwestię mieszkaniową w Polsce. Trudno się dziwić – tylko powody ideowe mogły pchnąć kogoś do porwania się na podobne szaleństwo, gdy nie dysponowało się ziemią, kapitałem ani wystarczającą siłą przebicia. Rekonstrukcja wydarzeń nie pozostawia wątpliwości: gdyby brat Toeplitza nie szefował wielkiemu bankowi, który zdecydował się wesprzeć polską reformę walutową pod warunkiem udzielenia kredytu Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej, projekt tanich domów spółdzielczych pewnie nigdy nie ujrzałby światła dziennego. Gdy zaś ujrzał, na skutek politycznych zawirowań utknął na etapie, który można nazwać pilotażowym. W najmniejszym zaś stopniu skorzystali zeń ci, z myślą o których był projektowany – najbardziej potrzebujący dachu nad głową, czyli robotnicy, bo wciąż nie było ich stać na wyasygnowanie komornego w takiej wysokości, aby budżet spółdzielni mógł się domknąć, i to niezależnie od wygibasów, jakich dokonywali zaangażowani społecznie projektanci, by obniżyć czynsze.
 

Wielka płyta

Tamten sukces należy więc uznać za naciągany. I jest to konstatacja równie smutna jak świadomość, że szczytne, nawiązujące do dobrych wzorców koncepcje w zakresie budownictwa mieszkaniowego i tak zawsze przegrają w dokumentach programowych z dbałością o partyjny wizerunek albo doraźnym interesem – niezależnie od ugrupowania.

Choć tuż po wojnie władzę w Polsce przejęli koledzy utopistów-spółdzielców i ich akolitów z kręgów architektonicznej awangardy, upaństwawiając grunty i – przynajmniej w teorii – ułatwiając posiadanie mieszkania także tym, których nigdy nie byłoby stać na jego zakup na wolnym rynku, problem nie zniknął. Springer omija tamten etap, zdając sobie sprawę z nieprzystawalności realiów, które mogłyby zwieść porównującego na mieliznę nadmiernie uproszczonych wniosków, i przeskakuje od razu do na powrót kapitalistycznej współczesności. Symbolicznie przypomina to pętlę, jaka zaciska się dziś na szyi wielu pokrzywdzonych brakiem systemowych rozwiązań tak zwanej „kwestii mieszkaniowej”.
 

Kredyt, wynajem, mrzonki

„13 pięter” nie daje odpowiedzi, dlaczego po półwiecznej przerwie od czasów dwudziestolecia międzywojennego nic się w tej materii nie zmieniło, ani tym bardziej nie zawiera recepty, jak to zrobić – musimy nagłówkować się sami. Rekonstrukcja wydarzeń zawarta w książce prowadzi do kilku spostrzeżeń. Pierwsze, które można nazwać filozoficznym, sprowadza się do niezrozumiałego, a uporczywego utożsamiania przez Polaków własności mieszkaniowej z wolnością i dorosłością (to drugie zwłaszcza w przypadku pokoleń, które PRL pamiętają jedynie z dzieciństwa). Być może to właśnie skaza po minionym systemie, próba odreagowania, która wyjaśniałaby częściowo, czemu wynajem od początku traktowany był w Polsce po macoszemu, jako rozwiązanie doraźne. Gdybyśmy odrzucili takie myślenie, mielibyśmy zapewne mniejszy odsetek utopionych w kredyty frankowe trzydziesto- i czterdziestolatków. Fakt, że w Holandii czy Szwajcarii mieszkania na wynajem stanowią 70-75 proc. oddawanych rocznie do użytku lokali, trudno jednak wytłumaczyć wyłącznie pokiereszowaną przez udawany socjalizm mentalnością, która na szczęście powoli się zmienia.

Druga obserwacja dotyczy niezrozumiałej, a równie uporczywej wiary w to, że na mieszkaniach dla najgorzej sytuowanych da się jednak zarobić. Już w czasach Toeplitza i Tołwińskiego prowadziła do prób powierzenia zadania ich budowy prywatnym (a często zaprzyjaźnionym z rządzącymi) przedsiębiorcom, każdorazowo pozwalając zabić przedsięwzięcie tuż po starcie. Ten schemat powtarza się nadal, choć na podstawie dotychczasowych doświadczeń można by już przyjąć za pewnik, że szansa na tanie i dostępne budownictwo mieszkaniowe bez myślenia o kosztach nie istnieje, a biznes, którego głównym motorem działania jest zysk, też nie będzie skłonny pomóc w jego dostarczaniu. Może to zrobić jedynie państwo, pogodziwszy się z koniecznością interwencji (straszne słowo!) na rynku.

Tyle że państwo polskie – pomijając „Memoriał mieszkaniowy” autorstwa Ireny Herbst i Andrzeja Bratkowskiego z 1992 r., niezrealizowany w pełnym kształcie (znów: powody polityczne), po którym pozostałością jest znikoma liczba lokali wybudowanych przez Towarzystwa Budownictwa Społecznego – nie miało przez ostatnie dwudziestopięciolecie pomysłu na sensowną interwencję. I nie ma nadal – stąd próby zrzucenia zadania na innych, głównie sektor prywatny. Pętla się zaciska. ©

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Pisarka i dziennikarka. Absolwentka religioznawstwa na Uniwersytecie Jagiellońskim i europeistyki na Uniwersytecie Ekonomicznym w Krakowie. Autorka ośmiu książek, w tym m.in. reportaży „Stacja Muranów” i „Betonia" (za którą była nominowana do Nagrody… więcej

Artykuł pochodzi z numeru TP 37/2015